Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T1.djvu/271

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   271   —

    La Fontaine napróżno chciał mówić swoją poezję, Loret recytował jednocześnie swój czterowiersz....
    Już chciał zwrócić zapał swój ku hrabiemu Chanost, lecz w tej chwili Fouquet uprowadził hrabiego.
    Opat spostrzegł to i zrozumiał, że poeta, roztargniony jak zawsze, gotów iść za rozmawiającymi: zastąpił mu wiec drogę.
    La Fontaine w tejże chwili uczepił się opata i prawił mu swoje wiersze.
    Opat nie umiał po łacinie, kiwał tylko głową w takt poruszeń figury la Fontaina, jakiemi tenże akcentował sylaby długie i krótkie.
    Gdy się to działo, poza stołem, zastawionym piramidami konfitur, Fouquet opowiadał wypadki tego wieczoru panu Chanost, swemu zięciowi.
    — Trzeba wyprawić niepotrzebnych do ogrodu, niech się bawią fajerwerkami — mówił Pellisson do Gourvilla — my przez ten czas porozmawiamy.
    — Dobrze — odpowiedział GourvilIe — i szepnął parę słów na ucho Vatelowi.
    Ten zaprosił większą część młodzieży, kobiet i gadułów na spacer — podczas gdy ludzie poważni spacerowali w galerji, oświeconej trzystu świecami woskowemi, nie zwracając na siebie uwagi amatorów fajerwerków, zajętych bieganiem po całym ogrodzie.
    Gourville przysunął się do Fouqueta i rzekł:
    — Panie, jesteśmy tu wszyscy.
    — Wszyscy?
    — Chciej porachować.
    Minister odwrócił się i rachował.
    Osiem osób pozostało.
    Pellisson z Gourvillem chodzili, trzymając się pod ręce, jakgdyby rozmawiali o rzeczach błahych i nic nieznaczących.
    Loret i dwóch wojskowych naśladowali ich, spacerując opodal.
    Opat Fouquet sam chodził.