Całe życie biedna/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Całe życie biedna
Pochodzenie Szkice obyczajowe i historyczne
Wydawca Józef Zawadzki
Data powstania 1839
Data wyd. 1840
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
CAŁE ŻYCIE
BIEDNA.


Pozwolono drukować pod warunkiem złożenia po wydrukowaniu exemplarzy prawem przepisanych w Komitecie Cenzury. Wilno 1839 roku 25 Października.
Cenzor, Sowietnik Wileńskiéj Medyko-Chirurgicznéj
Akademii Jan Waszkiewicz.



JULIANOWI
STATKOWSKIEMU
na pamiątkę
OD
AUTORA.
Omelno d. 28 Września
1839. r.
I.

Wśród rozległéj równiny, którą gaje brzóz i sosen zamykały w oddaleniu, wznosił się stary, wysoki dom drewniany, otoczony obszernym sadem i zabudowaniami gospodarskiemi. Do niego wiodła droga wysadzana staremi lipami, wśród których bielała kapliczka S. Jana Nepomucena u źródła. Dziedziniec był obszerny i przerznięty kilkakroć ścieżkami wydeptanemi od kuchni do tak zwanego pałacu, do officyny i stajen. Stary dom, który tak pompatycznie pałacem nazywała czeladź i chłopi; była to budowa wysoka, z wyniosłym dachem nastrzępionym kominami, z oknami wielkiemi, z gankiem wspartym na czterech drewnianych kolumnach. Z jednéj strony czyściejsze szyby w oknach, bielejące z za nich firanki i gdzie niegdzie przeglądające wazony z kwiatami, dowodziły, że to była strona pańska, pokoje od zabawy; z drugiéj mniejsze i w części potłuczone szybki, pozasłaniane bielizną rozwieszoną, tłumaczyły, że tu były izby kobiet służących i czeladzi dworskiéj. Przed domem była grzęda kwiatów pożółkłych, otoczona śplecionym z gałęzi brzozowych koszem. Stara jedynaczka topola, wznosiła się jeszcze pod oknami, z jednéj strony już uschła i niedaleka losu swoich siostr, których tylko pnie suche w téj saméj linii pod oknami sterczały. Na ganku stary mops posiwiały na usługach domu, siedział poważnie i patrzał w lipową aleję. Koło stajen, przy wyciągniętéj staréj karecie, pracowało kilku ludzi. Przed officyną, prano bieliznę, a pod kuchnią rozmawiało kilku ludzi dworskich.
Cicho było i poważnie w około tego domu, którego staroświecka fizjognomja i stare otaczające go drzewa, dowodziły w mieszkańcach spokojnego gustu i przywiązania do téj siedziby. Wszystko, co się działo do koła, miało pozór rzeczy zwyczajnych, koniecznych, odbywających się nałogowie. Każdy z ludzi był na swojém miejscu, przy swojém zatrudnieniu, mops nawet używał świeżego powietrza z przekonania o potrzebie i nałogu, nie z żadnéj przypadkowéj fantazii; była to jego gankowa godzina. Wszedłszy wewnątrz domu, dawała się czuć ta sama spokojność, ten sam odwieczny porządek, każdy przedmiot godził się z drugim jakby z niego wyniknął i z nim razem był stworzony; nie było nic nowego, nic uderzającego dysharmonijnie. W sieniach stare świecące od wycierania ławy i skrzynie, stary zegar z kukawką gdakający bez ustanku, na ścianach zapylone wieńce kilkoletnich dożynek. U drzwi wiodących do sali na lewo, leżała słomianka do otarcia nóg. W oknie śpiewały w klatce kanarki.
W sali znowu ten sam porządek odwieczny. Przez całą jéj długość leżało płótno zabezpieczające starą niegdy woskowaną posadzkę od szwanku. Na niebiesko malowanéj ścianie, wisiało źwierciadło w ramach drewnianych z bronzami i dwa portrety mężczyzny w peruce i kobiety z różą w ręku upudrowanéj i w rogówce. Pod niemi stała kanapa obciągnięta nawleczką i widocznie w niektórych miejscach wysiedziana, przed nią uporządkowane do koła stolika krzesła w pokrowcach także, które tylko od święta zdejmowano. Na kominie był osadzisty zegar niegdyś bronzowany, a dziś do niepoznania czarny, ozdobny w kwiaty, źwierzęta, wiszące medaljony i t. p. Obok niego porcellanowe stały i siedziały pasterek i pasterzy arkadyjskich figurki, skamieniałości, gruszka kamienna, ślimak i kilka konch zamorskich. Ekran stary i wypłowiały zasłaniał kominek, którego strzegły w zupełnym komplecie, mieszek, łopatka, szczypce i kruczek. Przy ścianach stały w największym porządku krzesełka, gdzie niegdzie stolik od roboty, okryty suknem. Okna otaczały firanki haftowane, dość zżółkłe, ale starannie zawieszone. Boczne ściany okrywały sztychy za szkłem, i emblematyczne cyfry z wieńcami, pamiątki imienin, ślubów i dni wesołych. Nikt zwykle w sali nie siedział, był to pokój od gości i dopiero za nim w gabineciku niemniéj porządnym, przebywała pani domu, zacna wdowa Jaśnie Wielmożna Dorota z Dylągowskich Szumińska.
Niemłoda to już była osoba, i do młodości już była nawet wszelkie straciła pretensje. Na wygodném krześle rozparta, umieściwszy nogi na stołeczku, w okularach, zacna matrona spoglądając na dwoje piesków u nóg jej na poduszkach spoczywających ciągnęła kabałę, z miną tak poważną, tak zajętą, jak gdyby pisała najważniejsze dzieło, albo liczyła odległość ziemi od słońca. Przy niej leżał sznureczek od związywania kart i futerał od okularów, daléj nieco stał dzwonek staruszek i szklanka wody z cukrem przykryta spodkiem od filiżanki.
W oknie siedziała druga osoba, Jejmość Panna Anna, siestrzenica Pani Doroty, zajęta pończoszką; a niekiedy spoglądająca ukradkiem w długą lipową aleję. Nic nie przerywało milczenia, prócz jednostajnego faworytów piesków chrapania, które, jak chód regularny zegaru, odzywało się.
Pani Dorota była już wcale niemłodą; ale przez regularne życie potrafiła się zachować w pozorach średniego wieku. Sucha, wyprostowana, poważna, z oczyma szaremi, z włosem siwym ale pokrytym czapeczką i lokami, całe tak swoje życie ze wszelką przyzwoitością i w największym przepędziła porządku. Z nieboszczykiem mężem w zgodzie i błogosławieństwie bożém przeżywszy lat dwadzieścia kilka, bezdzietna, już lat kilkanaście nosiła czepiec wdowi, i jak prawéj przystało niewieście, pobożna, miłosierna, oszczędna, gderliwa, kończyła życie kabałą i pieskami.
U Pani Doroty najznamienitszą figurą w domu, był ten zegar w sieniach, który rozporządzał dniem i wyrokował kiedy trzeba było spać, jeść, chodzić, wstawać i t. p. Wszystko działo się według jego rozkazów, słudzy bali go się może więcéj niż saméj pani; sama Jéjmość słuchała go z pokorą, dając piérwsza dobry przykład nieograniczonego posłuszeństwa. Gdyby kiedy staremu zegarowi przyszła była ochota stanąć, cały dom byłby stanął i nie wiedział co począć, szczęściem panujący ten starzec, mimo podeszłego wieku, nie groził jeszcze bezkrólewiem, a co rok zegarmistrz z bliskiego miasteczka zaglądał wewnątrz, badając pilnie jego zdrowie.
Panna Anna, siestrzenica pani domu, było to młodziuchne i miłe stworzenie. Miała ledwie lat szesnaście; gdy ją przysposobiła ciotka i osadziła przy sobie. Blondynka, niebiesko-oka, średniego wzrostu, wysmukła i zręczna, chociaż nie była cudem piękności, tak jednak harmonijnie wszystko w niéj się z sobą godziło i odpowiadało sobie, iż na piérwszy rzut oka, każdego musiała ściągnąć uwagę. Na jéj twarzy panował wyraz nieprzebranéj słodyczy, śmiały się usta, uśmiechały oczy, ale nie tym szyderskim uśmiechem zalotnictwa lub szyderstwa, lecz łagodnością chrześciańską. Zdawało się patrząc na nię, że się nigdy gniewać nie mogła, nigdy zniecierpliwić, wyglądała jak anioł przebaczenia i cierpliwości.
To też Pani Dorota bardzo kochała siestrzenicę i głośno się z tém odzywała, że jéj wszystko zapisze, co miała z siebie i z zapisów nieboszczyka męża. Niemało to młodzież okoliczną nęciło, ale na nieszczęście, panna Anna nie śmiała za nikim się odezwać, a ciotka nikogo jeszcze godnym jéj nie osądziła. Czy śpieszno było młodéj dziewczynie wyjść za mąż? tego nie wiem, to pewna, że czasem spoglądała niespokojnie w okno, zamyślała się nad robotą, szukała rozrywki pielęgnując kwiatki, nie sypiała w nocy i modliła się gorąco; jednakże, gdy zalotnicy przyjeżdzali, przyjmowała ich tak zimno, poważnie, obojętnie, że każdy z nich odjeżdzał zrażony.
Ciotka też ze wszelką przyzwoitością, i wedle wszystkich reguł przyjmowała ich, i żadnego jeszcze nie dopuściła do oświadczenia się. Większa część młodych sąsiadów, już nawet znudziwszy się porzuciła była pannę Annę, uważając ją za niezdobytą fortecę.
Tak się miały rzeczy w chwili, kiedy się ta historja zaczyna. Wybiła czwarta na zegarze w sieniach, skrzypły drzwi od sali, dał się słyszeć chód powolny, i łysy, siwy, wysoki, chudy Jan, stary sługa domu, w szaraczkowéj kurtce, palonych bótach, z chustką od nosa i tabakierką wyglądającą z kieszeni, wszedł, jak zwykł był wchodzić od lat dwudziestu, z tacą na któréj była kawa i sucharki. Postawiwszy ją na stoliku przed panią, cofnął się ku drzwiom i stanął pod progiem, zażywając tabakę.
W téj chwili pani Dorota związała sznurkiem karty, zdjęła z nosa i schowała w futerał okulary, przysunęła tacę i zaczęła nalewać kawę. Pieski przywykłe zbudziły się słysząc dźwięk garnuszka i filiżanki, a Jan założywszy w tył ręce, stał w milczeniu.
— Chłodno na dworze, Janie? zapytała pani, bo zwykła go była pytać zawsze o toż samo od lat dwudziestu.
— Chłodno pani, ale pogodnie.
— A co się tam dzieje z kanarkami?
— Zdrowe pani, tylko się troszkę samce poczubiły.
— Aniela nigdy dobrze nie dopilnuje śmietanki. Jan zamilkł, bo nie śmiał ani wymawiać ukochanéj Anieli, ani sprzeciwiać się pani.
— Panno Anno, rozléj pieskom śmietankę.
Posłuszna porzuciła robotę i poszła pieskom służyć, w czém Jan pośpieszył jéj dopomódz. W nagrodę dostała panna Anna sucharek, który pocałowawszy ciotkę w rękę, położyła na oknie. Następnie Jan zabrał tacę i mierzonym krokiem wyszedł, zamykając pilnie drzwi za sobą. Tu zaszła zmiana dekoracij. Pani Dorota kazawszy sobie podać xiążkę od nabożeństwa, wzięła się do pacierzy, a panna Anna wyszła do sali bawić pieski ciocine.
Jeszcze zegar nie uderzył był pół do piątéj, gdy w ulicy lipowéj ukazał się powóz, prosto dążący do dworu. Postrzegła go panna Anna i pobiegła uwiadomić Ciotkę. Natychmiast pani Dorota wyszła do sali i usiadła za stolikiem, a siestrzenicę wyprawiła, aby przygotowano herbatę.
Tym czasem coraz się zbliżał powóz, stuknął o próg we wrotach i z turkotem zajechał przed ganek. Pani Dorota podniosła się nieco dla zobaczenia kto przyjechał, ale rozpoznać nie mogła.
W sieniach dały się słyszeć głosy, chrząkania, szeptania, wreście zakręcono klamką i otyły, rumiany pan Sędzia Buczkowski wszedł ze wszelką przyzwoitością i uszanowaniem, cisnąc się do ucałowania ręki gospodyni, która na widok jego powstała i niby się uśmiechnęła. Za nim szedł młody człowiek (i to niemało zmięszało panią Dorotę) bardzo świeżo i przyzwoicie ubrany, mogący mieć lat około trzydziestu, rumiany, wesołéj twarzy, oczu błyszczących, ledwie poczynający odrobinę łysieć, zbudowany jak Bóg przykazał, przytém ciemnoblondyn. Ubranie jego okazywało człowieka dobrego towarzystwa i wcale niewieśniaka; toż potwierdzał lekki trochę szyderski ust uśmiech i jakaś mina, po któréj łatwo poznać nadpsutego swobodą kawalerskiego życia człowieka. Pan Sędzia otyły i dawniéj zalotny a miły człowiek (taka była o nim przynajmniéj tradycja w sąsiedztwie) z rewerencją przystąpiwszy do ręki pani Doroty, przedstawił jéj młodego człowieka, jako swojego krewnego, pana Mateusza Wideckiego, niedawno osiadłego w tych stronach, który śpieszył ze złożeniem swego uszanowania pani Podkomorzynéj Dobrodziejce.
Naszastawszy mocno nogami na znak uszanowania przybyli, usiedli na wskazanych krzesełkach i uroczyste rozpoczęło się milczenie.
Pani Dorota szukała w głowie, od czego zwykła była rozmowę z przybywającemi zaczynać, pan Sędzia patrzał po ścianach i uderzał palcami po kolanie, pan Mateusz oglądał się z miną człowieka, który bada ducha domu. Gdy wszyscy milczą jeszcze, przez drzwi od bocznego pokoju, weszła z rumieńcem na twarzy panna Anna, goście powstali, ukłony, przywitanie i znowu milczenie. Pan Mateusz tylko poglądał już nie po ścianach, ale najpilniéj, jak bydź może, wlepił oczy w pannę Annę.
Gdy się to dzieje, pani Dorota odchrząknęła i zaczęła rozmowę.
— Pan Sędzia już zapewne ukończył siejbę?
— O! nie jeszcze, odpowiedział zapytany, jeszcze mam kilkadziesiąt korcy żyta do posiania.
— A jakże tegoroczne wydaje?
— Ledwie po korcu kopa, bardzo źle, będzie drożyzna. Żydzi już się zaczynają dowiadywać o żyto. Pani Dobrodziéjka ma podobno kilkoletnie?
— Tak jest, z trzech lat.
Tu uznał potrzebném wtrącić się w rozmowę pan Mateusz.
— Jest to bardzo dobra rachuba, rzekł, nie przedawać w tanie czasy.
— Oczywiście!
— Oczywiście! dodali P. Podkomorzyna i Pan Sędzia. Po czém znowu nastąpiło milczenie.
Jan przebrany w surdut nowiuteńki, w którym wyglądał jak w worku, wniósł talerz jabłek, następnie podano herbatę. Rozmowa zwolna i ze wszelką przyzwoitością toczyła się, jak to pospolicie na wsi bywa, o gospodarstwie, o cenach zboża i t. p.
Pani Dorota, zawsze w każdym młodym człowieku domyślająca się konkurenta do P. Anny, ze wszelką przyzwoitością z pod oka mierzyła Pana Mateusza i w duchu osądziła go bardzo przyzwoitym człowiekiem.
Lecz dziwne wrażenie zrobił on na Annie, ona co przywykła była z jednaką obojętnością spoglądać na wszystkich, kiedy weszła do pokoju i spójrzała na niego, uczuła jakiś dreszcz przechodzący po ciele i drżeć poczęła, sama niewiedząc czego. Serce jéj biło gwałtownie, nie śmiała spójrzeć, obrócić się, ruszyć, bała się ust otworzyć. Kto inny byłby to wziął za przeczucie, lecz ona nawet się nad tém niezastanowiła co to było; tak bowiem przejęta była posłuszeństwem, że nie czuła w sobie woli, nie przypuszczała przeczucia; w prostocie ducha zdawało jéj się, że Ciotka powinna była czuć i myśleć za nię, że to do niéj wcale nie należało. Znając przytém panią Dorotę, wiedziała, że jéj niewolno mieć swojéj woli i myśli; bo jak zegar kierował całym domem, tak wola pani rządziła wszystkiém, co ją otaczało, aż do najdrobniejszych czynności. Przytłumiła więc bicie swego serca, niespokojność i usiłując zapomnieć o gościu, który ją takim strachem nabawił, wzięła się do robienia herbaty. Wtém, gdy ją zalewa starannie, słyszy, że ktoś wstaje, idzie, zbliża się i w końcu ujrzała młodego gościa przy sobie. Zupełnie już wtedy nie wiedziała co począć, w uszach jéj zaszumiało, w głowie się przewracało, w oczach ćmiło; a Ciotka z niesłychaném także zdumieniem i nieukontentowaniem spójrzała na kawalera, który tak nieprzyzwoicie, przy piérwszéj bytności, ośmielał się zbliżyć do Panny Anny.
Nic tego nie zważał P. Mateusz i śmiało ofiarował swoję pomoc Annie do robienia herbaty. Zaledwie biedna zebrała się na niewyraźną odpowiedź.
— Bardzo dziękuję, ja tak jestem przywykła — — — Uparty gość nic na to niezważając, koniecznie obstawał przy zaczęciu rozmowy z Anną.
— Pani zapewne lubi kwiaty?
— Tak, tak jest, niewyraźnie odpowiedziała.
— Musi tu bydź piękny ogród.
— Tak, piękny ogród. —
Znowu się urwało, biedna Anna rzucała okiem na Ciotkę, któréj szare oko wytrzeszczone i usta zacisnięte, grozić jéj się zdawały i bronić nieprzyzwoitéj z kawalerem rozmowy. Nareście po kilku probach, przekonawszy się Pan Mateusz, że z tego nic nie będzie, usiadł i zamilkł.
Podano herbatę, Pan Sędzia głośno gadał, Panna Anna siadła zdaleka pomięszana, Pan Mateusz już znowu po ścianach tylko patrzał, Ciotka okazywała najfatalnieyszy humor. Gdy Jan wyniósł tacę, goście zaczęli spoglądać na zégarki, powoli wdzieli rękawiczki, pożegnali się i odjechali.
Zaledwie zahuczało, Pani Dorota ruszając ramionami powstała z kanapy, rozkazała stoły pościerać, pozwoływała rozpierzchnione pieski i odezwała się.
— Ależ to jakiś Jegomość impertynent! Tak zaraz obcesowo sobie do panienki się przysiada. Bardzoś WPanna dobrze uczyniła, żeś mu nie odpowiadała.
— Ja Ciociu odpowiadałam! rzekła Anna.
— A to bardzo źle, to nieprzyzwoicie, trzeba było udawać że się nie słyszy. Któż to widział kiedy z piérwszą wizytą i zaraz do Panny w konwersacje! Proszę, żebyś mi WPanna drugi raz to pamiętała, udawać że się nie słyszy. To wcale nie uchodzi żeby młoda Panienka gadała z kawalerami. Powiedz Aspanna niech Jan tu pościera, podaj mi mój różaniec. Idź precz Amor! idź precz! Jaki impertynent! Ale, bo i ten Sędzia, po co go tu było przywozić! Na poduszkę Żolka, na poduszkę! W Imie Ojca i Syna i — Idź Aspanna do ogrodu, a okryj się ciepło, niechaj Aniela przyjdzie z pończochą do przedpokoju! W Imie Ojca i — A nie pójdziesz precz z krzesła! Weź Aspanna chustkę od nosa i trzewiki ciepłe! A która tam godzina? po szóstej! Poźno! Dajże Aspanna pokój, już nie chodź do ogrodu, bo rosa pada!

separator poziomy

II.

Taką jednak, jakośmy ją odmalowali, powierzchownie nic przez się nieznaczącą istotą, nie była Panna Anna. Pokryte tą suknią pokory, łagodności, posłuszeństwa, biło w niéj pełne czucia serce, a w głowie roiły się myśli, którychby zacna Ciotka nigdy była nie zrozumiała, gdyby nieostróżna siestrzenica wydać się chciała z niemi. Była to kobiéta pełna czucia, rozumu, przygotowana i uzbrojona do życia; lecz reguły przyzwoitości i zupełne zdziecinienie Ciotki, nie dozwalały jéj się z tém okazywać. To też Anna zdawała się na pozór nic nieznaczącą istotą, choć była wcale niepospolitą kobiétą. Wszystko w niéj tłumiła ta niewola, w któréj karby brała otaczających ją Pani Dorota. Zostawiona sama sobie Anna czasem płakała, ale przekonanie o obowiązkach, konieczności takiego położenia, prędko ją umiały natchnąć rezygnacyą, z którą nie tylko znosiła złe humory i ciągły despotyzm Ciotki, lecz brak zupełny życia, rozmowy i uczuć niezbędnych w młodym wieku. Usiłowała przywyknąć do tego spokojnego i regularnego życia, w które była wprzężona, starała się wytłumaczyć sobie że tak jak było, było dobrze. Lecz napróżno.
Trudno to młodéj panience oswoić się z takiém życiem zimném zégaru, jakie prowadzono w Złotéj Woli u Pani Doroty. Męczyła się biédna Anna i ofiarując Bogu swoje męczarnie, usiłowała przed Ciotką nigdy się nie wydać z tém, że jéj było źle, i że miała w duszy większy zapas czucia i myśli, którego niepodobna było zażyć przy kanarkach i pieskach.
Tym czasem pocieszała się wspomnieniem swojéj młodości. Inna bowiem całkiem była pierwsza jéj młodość, inne wówczas życie, i przygotowanie do innego. Rodzice Anny byli bardzo bogaci, nieszczęściem, jak to u nas często bywa, los ich osadził przy bogatszych jeszcze, w stronie, w któréj zbytek był w powietrzu, koniecznością, potrzebą; na zbytki więc stracili wszystko co mieli. Po świetnych balach, zabawach, z pałacu i karet zejść potrzeba było w ubogie życie nędznego dworku i karmić się zgryzotami. Anna odebrała była wychowanie niepospolicie staranne, matka, która ją kochała, jak zwykle jedynaków kochają rodzice; poświęciła się była całkiem najświetniejszéj edukacyi ulubionego dziecięcia. Trzeba wyznać, że koszta, jakie ztąd wyniknęły, przy dość nieporządném utrzymywaniu interessów, przyczyniły się niemało do zniszczenia na majątku rodziców Anny. W ostatnich czasach, gdy z przestrachem poglądali na przyszłość coraz groźniejszą, gdy dłużnicy po jednéj zabierali wioski, cieszyły ich tylko postępy córki, jéj wdzięki i charakter słodki. Nauczyciele ubóstwiali tę uczennicę skromną przy największych postępach w nauce, a zawsze jak dziecię łagodną. Kiedy wreście rodzice Anny ujrzeli się nagle w ubóstwie, nie tyle im żal było majątku dla siebie, ile dla córki. To bowiem, co przeznaczali na jéj uszczęśliwienie, wychowanie, stawało się przy ubóstwie, jedną więcéj męczarnią. Może się to komu wydać śmieszném, lecz któż nie przyzna, że wychowanie staranne daje gusta wytworne, czyni potrzebą towarzystwo dobre, xiążki i t. p., a z jakiemiż trudnościami walczyć musi ubogi, żeby te przyjemności życia, do których nawykł, bez upokorzenia pozyskać? Anna nagle przeniesiona z pięknego pałacu do mizernego dworku, który z całego majątku rodzicom jéj pozostał, nie miała nauczycieli, fortepiana, xiążek, arfy, kwiatków swoich, ogródka, pięknych obrazów i pięknych sukienek; z początku było jéj bardzo ciężko znieść taką odmianę, lecz gdy ujrzała posępne twarze ojca i matki, gdy uczuła potrzebę pocieszania ich; udała, że jest dobrze, że lepiéj jak wprzódy, włożyła uśmiech na usta, i biedni rodzice uwierzyli dziecięciu, które z nieporównaném poświęceniem uśmiechało się do nich, płacząc w sercu. Anna miała już tyle siły i tyle miłości, że potrafiła udawać, i do śmierci rodziców nie pokazała smutku, który serce jéj ściskał. Naówczas poznała ona świat najlepiéj, i myśląc o nim w cichości powiedziała sobie, że cierpienie jest przeznaczeniem człowieka na ziemi, że szczęście jest niepodobném, a jeśli kiedy zaświeci, to chyba dla tego, żeby po nim czarniéj się jeszcze świat wydał. Opuszczeni, sami jedni rodzice Anny, nie narzekali na przyjaciół, nie cisnęli się do panów, którzy póty tylko żyli z niemi, póki byli bogaci; cierpieli także i milczeli. Nie przyszło im nawet na myśl, że Anna miała Ciotkę bogatą, któraby się jéj losem zająć była powinna, całkiem inaczéj obmyślali dla niéj przyszłość, i innych wyznaczali jéj opiekunów na przypadek swojéj śmierci. Lecz Ciotka nudziła się sama jedna, zasłyszała coś o nieszczęściu siostry, dowiedziała się o jéj córce, i zażądała ją mieć przy sobie, obiecując wszystko, co miała, jéj zostawić. Wielka to była radość w ubogim domku, gdy ze wszelką przyzwoitością napisany list pani Doroty, doszedł rąk rodziców Anny. Odżyli oni w dziecięciu i płacząc dziękowali Bogu. Tylko młoda dziewczyna nie dzieliła ich radości, przywykła już ona była do nowego życia i nie chciała go odmieniać, nadewszystko nie chciała porzucać rodziców; ukołysano ją jednak z łatwością, ona była tak łagodna! Matka odwiozła ją do Złotéj Woli!
Nie potrafię opisać uczuć Anny na widok Ciotki zimnéj, regularnéj, traktującéj ją ze wszelką przyzwoitością (tak różnéj od matki) tak surowéj i niewyrozumiałéj, na widok tego domu, w którym zégar panował, gdzie niewolno się było rozśmiać głośno, pobiegać, zagadać, poswawolić, i gdzie wszyscy chodzili wysznurowani jak lalki, zdając się albo nie mieć czucia i duszy, albo najpracowiciéj je w sobie ukrywać. Przeszło po niéj zimno, ścisnęło się serce, płakała gdy wyjeżdżała matka, ale milczeć musiała, i przyjąć to szczęście dla tego, że ono się szczęściem rodzicom jéj wydawało. Tu do ostatka stracić musiała Anna, a przynajmniéj skryć przed Ciotką, wszystkie swoje dobrze wychowanéj dziewczyny gusta i upodobania. Fortepian zdawał się Ciotce nieskończenie dziwacznym przy pozytywku dla kanarków. Innéj xiążki nad nabożną, nie pozwoliłaby czytać, uważając to za największą z nieprzyzwoitości dla Panny, śpiéwu nie tolerowała wcale, skoku i wesołości zabraniała surowo, wynurzeń i łzów także strzegła najpilniéj. Kładła na nos okulary, aby zobaczyć co Panna Anna rysuje i darła niemiłosiernie jéj próbki, mając tę sztukę za coś szatańskiego i nieprzyzwoitą kobiécie. Potem zasadziwszy Annę do pończochy, zacna Pani Dorota chodziła po pokoju mrucząc.
— Oni ją, Boże odpuść, edukowali na aktorkę, czy co? Po co jéj ten klawikord? po co jéj te malowidła! Do czego tu te xiążki, co oni jéj nauczyli. Albo ta francusczyzna, Boże odpuść! to tylko wszystkiego złego początek! Otoż i Pan Bóg nie pobłogosławił i przez tę bezbożność swoję majątek stracili! A taki piękny majątek! Ta to klucz był jako rzadko, pięć wsi ogromnych! Jak to im było stracić? Ale kiedy to i Jegomość podobno był farmazon, Jejmość lubiła kornety, i dziecko psuli, i poginęli. Żolka, a po co na kanapie, a nie pójdziesz. Trzeba zacząć koronkę — Aspanna pobiegaj z pieskami po sali a zabaw się!
Zmuszona biegać z pieskami za całą zabawę Anna, o jakże więdła, jak schła, jak nieraz po kątach płakała! Lecz kiedy jéj to okropne życie bez myśli i czucia dogryzło, uciekała się do modlitwy, bo była nabożna, jak wszyscy nieszczęśliwi, i powiadała sobie po cichu.
— Bóg cierpieć przykazał! Bóg nagrodzi cierpienie! A potém znowu płakała. I tak biegły jéj smutnie młode lata w Złotéj Woli przy Ciotce.
Gdy się cokolwiek osiedziała Anna, a sąsiedzi o jéj przybyciu dowiedzieli i o zamiarach Pani Doroty, mnóstwo poczyniono projektów swatostwa, gdyż zapis całego majątku, czynił ją może najlepszą partją w sąsiedztwie. Przez niejaki czas nie było dnia bez odwiedzin, zjeżdżano się jak do cudownego obrazu, żeby widzieć przybyłą, a młodzi na wyścigi starali się jéj podobać! Ileż to pięknych marzeń uczyniono, budując je na posagu Panny Anny, ile to domów krzywo na siebie patrzeć zaczęło, już w sobie współzawodników upatrując, ile to się rozeszło plotek, ile było kłótni! Ale wszystkie te projekta rozbiły się z kolei o zimną powierzchowność Anny, a zimniejszą jeszcze krygowność i regularność Ciotki, która tyle doskonałości żądała od narzeczonego siestrzenicy, ile ich mogła skomponować na rachunek męża, po jego śmierci. Liczba tych przymiotów była tym większa, im daléj Panią Dorotę lata odsuwały od nieboszczyka Podkomorzego, którego po śmierci w sercu swojém ukanonizowała. Codzień niemal dodawała mu jakąś cnotę, któréj nie miał i kładła ją za warunek przyszłemu mężowi Anny. Po swojemu myśląc o jéj szczęściu, głęboko się nad niém zastanawiała, między piątą a szóstą wieczorną codziennie, jeśli gości nie było, i chciała koniecznie młodego Pana Podkomorzego jakiegoś dla Anny, któryby kubek w kubek podobny był do obrazu nieboszczyka, jaki w sercu swojém nosiła, mając go za najprawdziwszy. Tym sposobem zamęście Anny stało się prawie niepodobieństwem.
Napływali w dóm coraz nowi konkurenci, lecz każdy z nich ledwie był za bramą, już mu Pani Dorota wyrok napisała.
— A fi! Boże odpuść! mówiła! Gdybym też miała wydać Anusię za tego ogromnego draba, podobniejszego do hajduka, niż do obywatela przyzwoitego! Najmniejszego podobieństwa z Panem Podkomorzym! A jaki śmiałkowaty, już się do rączki cisnął całować za pierwszą wizytą. Abo do czego to takie włosy kręcone? Nie taki był Podkomorzy! Jéj koniecznie trzeba takiego małżonka, jak mój Podkomorzy. To to był złoty mąż! Ach biednaż ja wdowa! Boże odpuść! Żolka precz z kanapy!
Wyjeżdżał drugi, to znowu inne następowały zarzuty.
— A toż jeszcze tego, Boże odpuść, brakowało! jakiś młokos, co nie ma wąsów jeszcze, słabowite to, chuderlawe jakieś! Pewnie w suchotach! I cóż on ma? mizernych kilkanaście chałup! Albo i to! albo i to! Żebym ja za niego moję Anusię wydała!! Żolka pójdźże ty precz, a nie zaglądaj tam!
Poczciwa Ciotka każdego tak błogosławiła na drogę, i każdy raz drugi pokazawszy się, zrażony bywać przestawał. Annie było to prawie jedno, nie spodziewała się ona szczęścia — i nie wzdychała za niczém, bo miała przeczucie, że los jéj się nie poprawi odmianą.
Wśród tych starań o Annę, odebrała ona smutną wiadomość o śmierci rodziców, po których Ciotka prawie jéj nawet płakać zabroniła; została więc sama jedna w świecie! skazana aby jéj nikt nigdy nie zrozumiał, aby jéj nikt nigdy nie pocieszył. W milczeniu zalewała się gorzkiemi łzami, i kryć się jeszcze z niemi musiała, bo niemiłosierna Pani Dorota gderała nieustannie.
— A dośćże tego Mościa Panno, kiedy powiadam Aspannie żebyś mi zaraz tych łzów przestała. Bardzo dobrze płakać po rodzicach, ale w miarę, Aspanna masz we mnie większą Dobrodziejkę, oni Aspannie nic nie zostawili, i gdyby nie ja, tobyś teraz kawałka chleba nie miała! Idź Aspanna pobiegaj z pieskami!
Ilekroć ją zobaczyła we łzach, tyle razy niemiłosiernie gderała Pani Dorota, lub pocieszała ją w taki sposób, który tylko większy jeszcze żal mógł wzbudzić. Takie było życie Anny, a zważywszy jéj przeszłość, musiało się wydawać przywykłéj do macierzyńskiéj czułości, do swobody, okropną męczarnią. Lecz kiedy Bóg daje komu przeznaczenie cierpienia, daje mu także siły, i w téj słabowitéj, delikatnéj dziewczynce, był zapas wytrzymałości i cierpliwości nieprzebrany. Trudno jednak było przywyknąć tak do życia przy Pani Dorocie, aby ono smakować mogło; żadna niewola nie trapi gorzéj nad niewolą duszy, przykucie do osoby zupełnie odrębnego charakteru, musi bydź nawet w piekle największą karą. Wystawcie sobie, że waszéj duszy, waszemu sercu, odebrano wszelką władzę, a zostawiono uczucie, że niewolno wam płakać ani radować się bez pozwolenia, ani stąpić kroku, ani pomyślić chwilę. Któżby nie wolał wszystko, co bydź może najcięższego, nad te piekielne męczarnie, nad ten wieczny los cienia chodzącego za ciałem mimowoli? A jednak Anna znosiła to bohatérsko, tłumiła nawet w sobie żal przeszłości, i mimo męki, jakiéj doznawała od Ciotki, kochała ją! W tém anielskiém sercu było tłumaczenie jéj postępowania, wymawiała ją sama przed sobą, nałogiem, charakterem, przywyknieniem, czyniła ją nieodpowiednią za to, co od niej doznawała.
Anna w ciągu życia wiele słyszała, czytała, domyślała się o miłości. Póki jeszcze miała przyjaciółki, (tę niezbędną potrzebę młodych dziewcząt) nieraz odbierała od nich zwierzenia poufałe chwilowych tych dziecinnych a tak słodkich miłości, które się kończą pospolicie na zamianie kwiatka i tysiącach westchnień. Są to prześliczne przywiązania, niewinne i różowe, które tyle rodzą marzeń, tyle nadziei, tyle najprawdziwszych zamków na lodzie! Lecz sama nigdy nie kochała! Czuła ona, że kochaćby mogła, odzywała się w niéj potrzeba miłości, ale nie było kochanka. I to więc biedna Anna policzyła na karb swego przeznaczenia, myśląc że dla niéj nigdy się nawet nie znajdzie kochanek. Kiedy jéj przyjaciółki opisywały swoich, rumieniła się, a na zapytania — Kogoż ty kochasz? po cichu odpowiadała — Ja, nikogo.
— Ale to bydź nie może?
— Tak jest, moja droga.
I pełne egoizmu młodzieńczego przyjaciółki, tém świetniéj, tém piękniéj malowały jéj miłostki swoje, napełniały jéj głowę niemi, jakby chciały jéj przydać cierpienia czy ciekawości. I jak to bywa między przyjaciółkami, opowiadały owe cudowne wejrzenia na tańcującym wieczorze, owe ściśnienia ręki, owe przechadzki pod oknami, i podarunki kwiatów i bury od Mamy i t. d. Anna słuchała, ale nie zazdrościła; jednakże ogarniała ją czasem niespokojność, nieopisana żądza poznania tego uczucia, które jéj rowiennice tak żywo zajmowało. Napróżno — nikt się nie zjawił.
U Ciotki nigdy już nie posłyszała o miłości innéj, prócz Boga, bliźniego i P. Podkomorzego; powoli więc zapomniała, że kochać można, a surowa Pani Dorota tak się nawet czasem o Pannach zakochanych odzywała, jakby one wszystkie warte były najmniéj szubienicy. Ciotka nie przypuszczała miłości w kobiecie, pozwalała kochać pieska i to przyzwoicie, skromnie, a nadewszystko za pozwoleniem starszych: męża zaś malowała zawsze wychowanicy, jako rzecz, którą dają starsi niepytając zezwolenia panny, równie jak jéj sprawiają suknią i trzewiki.
Do wszystkich więc cierpień Anny, łączyć się jeszcze musiała myśl, że kiedyś da jéj Ciocia męża, podobnego nieboszczykowi podkomorzemu, którego portret nie wiele obiecujący wisiał w pokoju. Z prawdziwą pociechą słuchała, jak Ciocia ganiła wszystkich konkurentów i zabierała się ich odprawiać z kwitkiem, lękając się, aby któremu z nich nie była oddaną. Pojmowała ona, że znośniejsze jeszcze było życie pod panowaniem zegara i Cioci, niż przy mężu obojętnym, zimnym, i podobnym do nieboszczyka podkomorzego.
Całą pociechą Anny był jéj ogródek, na który nie wiem jakim szczęśliwym trafem pozwoliła Ciotka, przypominając sobie, że w panieńskim zostając stanie, miała także grządki, które pielęgnowała; wydzielono więc Annie, w końcu staroświeckiego ogrodu ze szpalerami i monstrualnemi poobcinanemi drzewy, kawałek ziemi, na którym posadził ogrodnik coś nakształt kwiatów. Pod pozorem doglądania ich, miała przynajmniéj godzinę w dniu, w któréj mogła wybiedz swobodnie i podumać na swojéj ławce z darniny. Tam to pędziła najsłodsze w życiu godziny, słuchając słowika, pielęgnując kwiaty, wpatrując się w daleką okolicę, jakby za nią szukała oczyma rodzicielskiego domu i młodości złotéj, których już dla niéj nie było! Tam nigdy przynajmniéj nie zeszła ją Ciotka i pieski, i nikt łez srogo zakazanych nie zobaczył. Była też przywiązana do swojego ogródka i codziennie mu się wypłacała. Ogrodnik stary dopomógł jéj do zbudowania altanki i ławki, na pagórku, z którego widać było całą okolicę, kilka wsi, wieżę parafialnego kościoła, gościniec, pola i lasy. Tu Anna widziała przynajmniéj życie i swobodę, i jakże nieraz zazdrościła ubogim, co się po świecie tak wesoło przed jéj oczyma kręcili. Często zapominała się na swojéj ławce wilgotnéj, i gdy wracała do pokoju, do Ciotki, srogą odbierała burę i najcięższe wyrzuty, bo zegar wybił był godzinę dla ogródka dozwoloną. Biada Annie, jeśli Jan zdyszany przybiegł za nią do altany, aby jéj opoźnienie przypomnieć, leciała wówczas, nie oglądając się i z anielską słodyczą gotowała się na nieskończone gderanie pani Doroty, która niemając innego pilniejszego zatrudnienia, z upodobaniem i smakiem siestrzenicę burowała.
Lecz gdy nadeszła zima, Anna nawet i tych godzin drogo okupionych nie miała, trzeba było siedzieć w pokoju i bawić się z Żolką i Amorkiem, albo patrzeć na nieśmiertelną Cioci kabałę.
Życie to Złotéj Woli to miało do siebie, że wszystkich, którzy tam dłużéj pobyli, obracało w machiny. Ten zegar na podobieństwo swoje przekształcał wszystkich aż do piesków. Nietylko Anna nawykła już była z każdą czynnością czekać uderzenia zegaru, lecz psy rozumiały jego bicie, a słudzy przeczuwali je zdaleka. W lecie i w zimie zarówno o szóstéj wnoszono kawę do pokoju pani, o samém południu dzwoniono na obiad, o czwartéj podawano poobiednią kawę, o pół do ósméj zastawiano wieczerzę, o dziewiątéj wszyscy spać się kładli, a światła gaszono. Nadzwyczajnéj potrzeba było jakiéjś okoliczności, żeby ten porządek złamała, wielkie tylko święta, wilja Bożego narodzenia, wielki czwartek, wielka-nocne dni zmieniały porę obiadu i wieczerzy. W domu pani Doroty były reguły na wszystko, wyznaczono kiedy zacząć się miało opalanie pokojów, kiedy kończyć, z resztą czy potém było zimno czy gorąco, to panią bynajmniéj nie obchodziło. Wszystko w tym sposobie. Słudzy mieli najściślejsze przepisy, do których stosować się byli obowiązani, w stroju, jadle, napoju, robotach, nic ich nie wymawiało. Męczennicy to byli, skazani za grzechy jak Anna, i gdyby wolno wierzyć, że dusze zsyłane są nazad w ten świat za karę, (jak żydzi utrzymują naprzykład) rozumiałbym, że dom pani Doroty, obmyśliła dla tych dusz nieszczęśliwych wola przeznaczenia.
Miarkujcie, co mogła cierpieć kobieta z czuciem i do współczucia przywykła, przeniesiona w ten świat machin?



III.

Gdy Pan Sędzia z Panem Mateuszem siedli do powozu i ujrzeli się już w lipowéj ulicy; starszy odwrócił się do sąsiada i zapytał.
— A cóż panie Mateuszu?
— A cóż panie Sędzio? odpowiedział szydersko zapytany, to klasztor!
— W istocie, rzekł Sędzia, jest niejakie podobieństwo domu pani Podkomorzynéj z klasztorem, ale pięknaż w nim siedzi zakonniczka!
— Ha! zapewne niebrzydka, wybąknął zapalając fajkę Mateusz, ale diable milcząca i sztywna.
— Czegoż chcesz żeby się nauczyła od Ciotki?
— Mówiłeś mi jednak, przerwał znowu Mateusz, że się przy niéj nie wychowała, że rodzice jéj byli bogaci i starali się dać jéj świetną edukacją?
— Tak było w istocie, ale młoda dziewczyna, przykuta od lat kilku do Ciotki, rada nie rada wszystkiego przy niéj zapomnieć musiała.
— Srogaż bo to Ciocia.
— Surowa jak stary nauczyciel, a regularna iak jéj zegar ulubiony, ale w gruncie niezła kobieta, pełna tylko starych przesądów.
— Uważałem, ze niebardzo na mnie miłém okiem patrzała.
— Nie ma ona innych oczu dla swoich faworytów, na każdego jednakowo patrzy.
— Rozumieszże panie Sędzio, iżbym mógł znaleść u niéj łaskę?
— Dla czegoż nie, panie Mateuszu, jesteś młody, przystojny, będziesz bywał, postarasz się przypodobać, nie jesteś ubogi. Czemuż nie!
— A panna?
— O pannę nie ma się co wcale starać, wszystko zależy od Ciotki, gdy ona zezwoli, panna twoja.
— Jednakże —
— Nie ma jednakże, Ciotka cię zaprezentuje jako przyszłego męża, a panna i słówka nie powie. Mówią, że to jest anioł dobroci i posłuszeństwa, i w istocie dobrą będzie żoną, kto potrafił wyżyć z taką Ciotunią.
— Ha! ależ to trudne, panie Sędzio!
— Trudne! trudne! Waćpanuby się chciało przyjść tylko, wziąć za rękę i poprowadzić do ołtarza. Tak być nie może, chcąc coś mieć, trzeba popracować, warta też pracy jeśli nie panna, to posag. Majątek czysty, nieodłużony (w prawdzie gospodarstwo idzie Bóg wie po jakiemu, ale na to jest rada) mówię Waćpanu, że wart przynajmniéj cztérykroć. Są podobno jeszcze kapitały, remanenta piękne, owoce same —
— Co tam, panie Sędzio, daj już pokój inwentarzowi. Ale ileż to potrzeba trudu, żeby tę Ciocię niezdobytą nakłonić? I w jakiżto sposób brać się do tego?
— Sposób łatwy, rzekł Sędzia zażywając tabaki, gdybym nie był żonaty, poszedłbym w zakład, że tegobym dopiął. Oto naprzód trzeba poznać Ciotkę, jest to osoba nadzwyczaj zimna, regularna, porządna, u któréj na języku co chwila przyzwoitość, a w sercu najmocniejsze do wszelkich ceremonij i staroświeckich obyczajów przywiązanie. Chcąc ją sobie pozyskać, oczywiście trzeba się jéj okazać takim, jaką ona jest, trzeba chwalić co ona lubi, ganić czego nie cierpi, co chwila spoglądać na zegarek, szanować aż do śmieszności zwyczaje domu, oddawać wizyty ze wszelką ceremonją i przyzwoitością, oświadczyć się po staroświecku, prosić o pozwolenie konkurowania i pozyskania affektu panny, słowem obszyć się w skórę cudzą i udawać swojego dziada. Co się tycze panny, dla téj dość być grzecznym; na nicby się nie zdało starać się o jéj miłość, popsućby to nawet mogło interes w oczach Ciotki, a z resztą będzie na to czas i po ślubie, jeśli koniecznie o to chodzi. Tym sposobem ręczę za dobry skutek. Ale jedna nieostrożność popsuć może wszystko. Waćpan, panie Mateuszu, jużeś źle dziś zaczął, starając się zawiązać rozmowę z panną, widziałem jak to zdziwiło obiedwie. Lepiéj daleko było bawić się z pieskami. Co się tycze piesków, o tych łaskę mocno się także starać potrzeba, możnaby im wozić cukier w kieszeni, a przynajmniéj sucharki.
— Prawdziwie Sędzio, rzekł śmiejąc się i ściskając go P. Mateusz, gdybym nie wiedział o twojéj przyjaźni dla mnie, przekonaćbym się o niéj musiał, z téj doskonałéj jaką mi dajesz instrukcii. Będę się do niéj jak najściśléj stosował, i czuję jak mi być może pomocna. Znasz, dodał ciszéj, mój sposób myślenia i widzenia rzeczy. Nie ja to będę się uganiał za głupiemi wymysłami, które zowią miłością, uczuciami i tym podobnemi bredniami. Te ideały dobre są dla ubogich, głupich, którzy jak ten nędzarz jedzą chléb przy zapachu pieczeni, wmawiając sobie, że on jest od saméj pieczeni lepszy. Ja lubię w każdéj rzeczy istotę, nie uczucie. Po kiego licha mi te uczucia, wszystkie kobiéty są równe i głupcy tylko wierzą w serce. Ja kiedy się ożenię to dla piéniędzy, dla interesu, a pewnie nie z przywiązania jakiegoś, w które nie wierzę, powtarzam. I od mojéj też żony nie wymagam, tylko byle mnie cierpiała i była mi wierna; z resztą wiem dobrze co to zowią miłością! Cha! cha!
Ale mój Sędzio, z tém wszyskiém, dla czegoż tu dotąd nikt téj Anny ręki nie mógł pozyskać?
— A bo wszyscy głupi! chcieli pannę rozkochać! pokazywali się téj Cioci z nowomodną manjerą, tracili się na wystawne konkury, a nie pomyśleli, że trzeba naprzód stróża przekupić, nim się co ukradnie; że każdego znowu inną monetą przekupywać trzeba. Waćpan, Panie Mateuszu właśnie możesz najlepiéj wskórać, kiedy się nie myślisz kochać, i tak na zimno a rozważnie będziesz rzeczy traktował.
— A jużciż! a jużciż! mówię ci i powtarzam panie Sędzio, że w te uczucia nie wierzę, tak jak w post i jeszcze coś.
— Jesteś więc całkiem niedowiarek Boży?
— Cha!, cha! odrzekł Mateusz, człek bywał na świecie! i poznał to wszystko z gruntu!
— Proszę Aspana! i ty w nic nie wierzysz?
— Prawie w nic, prócz pieniędzy?
— A jakże żyjesz na świecie?
— Pieniędzmi.
— Więc nie wierzysz i w moje przywiązanie?
— A to co innego Sędzio! kochasz mnie od dziecka, masz do mnie nałogowe, staroświeckie przywiązanie.
— A ty do mnie?
— Czyż wątpisz o tém! Sędzio! I pan Mateusz zabierał się ściskać Sędziego, który rzecz inaczéj zwrócił.
— Ale, ale, rzekł, przypominam sobie jednę rzecz ważną, któréj ci jeszcze nie powiedziałem. Jest jeszcze jedna w domu Cioci osoba, na którą, chociaż się ona prawie nie pokazuje, wielką baczność mieć potrzeba, a może zacząć od ujęcia jéj.
— Któż to taki?
— Kommissarz pani, stary jéj faworyt i sługa zaufany, P. Bałabanowicz. Ciocia ma w nim nieograniczoną ufność. Stary wyga pokornie się kłaniając umie z tego korzystać, i robi co mu się podoba. Ludzie mówią, że tęgo kradnie i któżby o tém wątpił! W jego położeniu kradłby najcnotliwszy! Bałabanowicza potrzeba ci ująć, bo on jest Cioci wyrocznią, kiedy on będzie za tobą, połowa wygranéj. Umie znając Panią Dorotę dobrać chwili i sposobu pochwalenia, zalecenia. Jeśli on się na Waszeci skrzywi, po wszystkiém! Bałabanowicza więc naprzód ująć ci potrzeba, i ja co go znam od lat dwudziestu, podam ci na to sposób. Stary jest skąpy, pijak i szachruje końmi; zaproś go, spoj dobrze i daruj mu konia, będzie cię pod niebiosa wynosił.
— A niechże cię uścisnę Sędzio za te rady, rzekł Mateusz, jakże ci się wywdzięczę?
— Wywdzięczysz mi się, jeśli to rostropnie poprowadzisz i ożenisz się, odpowiedział Sędzia, kocham Waści jak syna, i radbym mu najlepszy los upewnić. W całém zaś naszém sąsiedztwie nie ma lepszéj partyi nad P. Annę. Jeszcze tylko słówko o majątku, żenisz się dla widoków, dobrze żebyś wiedział co wezmiesz. P. Podkomorzy nieboszczyk, mąż pani Doroty, był to sobie dobry safanduła, który skakał całe życie, jak mu jego Jéjmość grała, a wreście niemając blizkich krewnych, cały majątek zapisał żonie. Zostawił on dłużki, ale te 30,000 złotych nie przechodzą, to bagatel! Majątek Ciocia niechybnie siostrzenicy zapisze; raz, że się już z tém słyszeć dała, a kobiéta słówna, powtóre, że nie ma komu innemu zapisać i bez zapisów spadłby na nię. Lekko tedy licząc cztérykroć wezmiesz bratku!
— A nóżkibym twoje Sędzio ucałował? to tak dobrze być bogatym!
— O! czemu nie! zapewne, że dobrze!
— Człekby sobie dopiéro pozwolił!
— Pozwoliłby sobie stracić?
— Ba! ba! byłoby z czego zahulać, nie tracąc funduszu.
— Ale Mości panie, pamiętać także trzeba o tém, żeby zaraz od żony wymódz zapisy!
— To się rozumie.
— Inaczéjbyś miał ręce związane, i byłbyś tylko panem dochodów. Potrzeba się nam będzie starać, aby stara za życia dała wam folwark jaki w posagu. Czy jéj niedość będzie Złotéj woli?
— Zapewne, ale —
— Mnie się zdaje, że my to zrobim przez Bałabanowicza. Prawda, że jemu o to chodzi, żeby rządzić całym majątkiem, ale postąpiwszy mu coś.
— Dawszy mu co w łapę —
— Rozumie się nie wprzód, aż do intercyzy przychodzić będzie. Stary filut mógłby ci figla wypłatać.
— To się rozumie, Sędzio.
— A teraz, sza! cicho! ani słowa nikomu! Sąsiedzi i dawni konkurenci mogliby nam przeszkadzać przez samę zazdrość, bo im się zdaje, że kiedy oni poszli z kwitkiem, to i wszyscy harbuza dostaną. A wielka rzecz, że im się nie udało, kiedy każdy z nich miał na sercu, żeby przynajmniéj jedno jeśli nie więcéj, głupstwo zrobić przeciw sobie! I tak Pan Aloizy rwał się jak szalony do panny, a Ciotce się nawet nie pokłonił. Pan Hieronim z Bałabanowiczem w kłótni śmiertelnéj, pan Wincenty skaleczył psa faworyta przy pierwszéj wizycie! I jakże im się udać miało!!
— To prawda Sędzio! A zatém cóż teraz daléj mam robić?
— Według wszelkich reguł i praw (o ile przypominam sobie) potrzeba, aby teraz stary jaki przyjaciel, jechał do Pani Doroty oświadczyć, że Waszeć masz chęć starania się o jéj siostrzenicę, i prosił o pozwolenie bywania w domu. Tym starym przyjacielem będę ja. Ale wprzód trzeba Bałabanowicza ująć.
— Jakżeby to go do mnie zwabić?
— Ja ci go jutro przywiozę, czekaj nas z butelkami i nie wahaj się gdy pochwali jakiego konia darować. Będzie ci się wymawiał, zaklinał, że nie weźmie, wzdragał, ale to są udania.
— Oczywiście Sędzio! ktoby tego nie znał!
— Jak tedy Bałabanowicz dobre słowo powie, pojadę ja, a jeśli (o czém nie wątpię) Ciotka mi pozwoli cię przywieźć, naówczas formalnie cię w konkury zainstalluję. Potém w Imie Ojca i Syna! rób Waszeć swoje interesa, a jak sobie pościelesz, tak się wyspisz!
— No! już wierz mi Sędzio, że potrafię dać sobie rady, znam ja kobiéty!
— Pozwól sobie powiedzieć, że znasz tylko miejskie. Wielka to różnica miejskich od naszych wieśniaczek, jak ogórka z inspektów od ogórka z grzędy! Miejskie są rozumniejsze, wolniejszych obyczajów! —
— O! co się tycze obyczajów, wszystko to pono jedno!
— Wcale nie! U nas cnota jest koniecznością, a za moich czasów po miastach była śmiesznością tylko. Wziąwszy tu żonę, będziesz miał głowę spokojną —
— Póki jéj będę pilnował!
— Sama ci się ona upilnuje, bo się będzie bała o opinją —
— No! no! no! nie wierzę ja w to!
— Ale boś ty straszny niedowiarek, panie Mateuszu!
— Cha! cha? cha! filozof powiedz! filozof! Któż to dziś w tym oświeconym wieku wierzy w te fatałaszki! Trzy grosze dziś nie dadzą za uczucia! za cnoty! i t. d. Były to podobno wielkie słowa tylko Sędzio, któremi sobie ludzie w oczy rzucali jak piaskiem, żeby się lepiéj na wzajemne swoje czynności zaślepić. Dzisiaj człek wierzy w pieniądz tylko, śmieje się z uczuć, a z resztą postępuje ostróżnie i zawsze bacznie na swój interes.
Gdy tych słów domawiał P. Mateusz, powóz zajeżdzał w dziedziniec jego wioski, i zakręcał przed mieszkalnym domem. Gdybyśmy jeszcze nie dali poznać P. Mateusza z jego z Sędzią rozmowy, łatwoby każdy charakteru tego człowieka domyślił się z powierzchowności mieszkania. Jest bowiem związek wielki między domem a człowiekiem co go sobie urządził. Dwór P. Mateusza był porządnie ogrodzony, dziedziniec czysto utrzymany. Kuchnia stała pod bokiem, aby potrawy daleko przenoszone nie stygły. W najdrobniejszéj rzeczy widać było zimnego, nielitościwego egoistę, który w całym świecie nic nad siebie nie widział. Dom świeżo zbudowany, porządny, ale dla oka nie miły, bo bez znajomości budownictwa wystawiony, pomalowany był żółto. Są strony w których wszystkie budowle na żółtaczkę chorują, i to właśnie była okolica, w której endemicznie panowała taka żółtaczka. Przyjęli przy wysiadaniu Sędziego i pana swego, ludzie porządnie ubrani, zwinni, ale jak snadno poznać można było, mocno bojący się pana, który nie musiał być z najłagodniejszych.
Wnętrze domu oddychało tymże porządkiem, i wygodkami obmyślonemi wcześnie; lecz nigdzie nie było smaku i wdzięku, bo ożywiająca mieszkanie myśl czołem biła przed ciałem gospodarza i o jego tylko wygody starała się. — Na samém wejściu do sieni wzniosła się wielka burza z powodu, że okna w czas od komarów nie zostały pozamykane. P. Mateusz łajał nielitościwie sługi, którzy z przestrachu głowy potraciwszy latali. Wreście weszli przybyli do pokojów i kazano co najśpieszniéj podawać samowar.
My tymczasem skreślmy w kilku słowach wizerunek P. Mateusza, a naprzód jego życie; bo przeszłość ręczy za przyszłość, wiąże się z nią ściśle i obie od siebie zależą. P. Mateusz był jedynakiem u rodziców, a zatém popsutém dzieckiem. Los jego chciał, żeby rozpieszczony przez ojca i matkę, wcześnie ich stracił i z zarodami egoizmu, z wielką żądzą użycia świata, został sam jeden. — Wprawdzie miał on jakiegoś opiekuna, ale temu daleko więcéj o dziesiąty grosz chodziło, niż o dziecię jemu powierzone. Wcześnie skarbiąc sobie łaski chłopca, opiekun wszystkiego mu dozwalał, wszystko chwalił, i udawał ku niemu najwyższe przywiązanie, żeby pod tą pokrywką, za dójściem do lat, łatwiéj rachunki z opieki zdać mógł. Pan Mateusz chodząc do szkół, potém do Uniwersytetu, rozpuścił sobie cugle i co tylko złego w towarzystwie zepsutéj młodzieży da się pochwycić, nabrał wszystkiego. Usposobiony uprzedniém wychowaniem, wziął swoję roskosz za cel życia, bez zasad religijnych, obcując z małowiernymi do reszty stał się niedowiarkiem, wylawszy się na dogadzanie namiętnościom, osądził prędko cały świat za takiego jakim był sam, i wyuczył się szydzić jak z udania, ze wszystkiéj bezinteresowności, poświęceń, uczuć szlachetnych, które spotykał po drodze życia. Lecz mylę się zowiąc go niedowiarkiem. P. Mateusz jak bydlę nie czuł nawet potrzeby wiary, żył nie myśląc czy ma duszę, szydził najbezsensowniéj z tych, którzy mieli wiarę, bo nie mógł pojąć nawet jak oni szczérze wierzyć mogli.
Był więc nasz bohatér zupełném bydlęciem, i życie prowadził jak źwierzę. Wszelkiego rodzaju nasycenie było pierwszym celem jego, o sławę nie dbał, nie dbał o cnotę, śmiał się kiedy mu mówiono o czyjéj poczciwości, nie wierzył w przyjaźń, nie wierzył w miłość, wszystko gotów był dla widoków udawać. Zaczął od swego opiekuna, którego procesował doszedłszy lat i zgubił na majątku. Trafiła kosa na kamień. Potém wypuściwszy wieś swoję dziedziczną, mieszkał w mieście, ulubionéj siedzibie ludzi zepsutych. Tu w całém znaczeniu wyrazu hulał, a po kilku leciech spędzonych w towarzystwie najzepsutszém, nabywszy jeszcze hipokryzii w dodatku do pięknych przymiotów swoich, ugruntowawszy się w professii egoisty, obaczywszy łysinę i krąglejący brzuch, pomyślał wrócić na wieś, żeby się dobrze ożenić. Stary, zepsuty jak on, Pan Sędzia, stał się pomocnikiem najgorliwszym, i zawiozł go, jakeśmy widzieli, do domu P. Doroty.
Taki to był konkurent Anny, łatwo każdy pojmie, jaką on dla niéj przyszłość obiecywał, lecz nie łapmy ryb przed niewodem.



IV.

Z południa, następnego dnia, przez Brzozówkę, wieś P. Mateusza, sunęła się bryczka zaprzężona czterma końmi w szlejach. Na kozłach siedział woźnica w prostéj świcie i poganiał z całych sił, starając się wydobyć z jesiennego błota, którego wielkie zapasy, wyziewające przeraźliwe wonie, wśród wioski spoczywały. W bryce siedział znajomy nam P. Sędzia i drugi jakiś Jegomość, nieochybnie Pan Bałabanowicz. Była to grubawa figurka, z twarzą czerwoną, nosem opoja, oczkami szaremi, usty sinemi, chytrém spójrzeniem; w peruce rudéj na wierzchu głowy, z pod któréj siwe wyglądały strzępki do koła. P. Bałabanowicz ubrany był jak wszyscy skąpcy, w odzienie czyste, ale z kroju łatwo pokazujące, że dobry lat dziesiątek w kufrze leżało. Opierał się na staréj lasce ze skórzanemi kutasy, złamanéj i związanéj sznurkiem bezwstydnie.
Milczący, kłaniający się, pokorny, P. Bałabanowicz, wszystko widział, postrzegał i zdawało się po jego szarych oczkach, że zawsze myślał tylko o zdradzie.
Stanęli przed gankiem, wyszedł na spotkanie gospodarz, nastąpiło przywitanie i P. Bałabanowicz trzymając w ręku laskę, skurczony, zbiedniony, kłaniający się wszedł do pokoju, spotknąwszy się na progu. Kipiał już samowar na stoliku, a służący robił poncz. Sędzia i P. Mateusz na migi pokazali sobie, że naprzód gościa spoić wypada. Gospodarz miał w tém nawet rachubę, bo czując potrzebném darować mu konia, sądził że gdy pijanemu konie swoje pokaże, Bałabanowicz może z pochwałami, do mniéj kosztownego się uczepi.
Zaczęła się żywa rozmowa, w któréj po większéj części, kommissarz Pani Doroty, brał tylko udział kiwaniem głowy i wykrzyknikiem.
— Samo z siebie, Panie Dobrodzieju!
Było to jego przysłowie.
— A! szanownaż to osoba Pani Podkomorzyna, rzekł Sędzia.
— Samo z siebie! odpowiedział Bałabanowicz. Osoba pobożna, regularna, poczciwa!
— Cóż to za przykładne prowadzi życie, od czasu owdowienia!
— Samo z siebie! rzekł znowu kommissarz.
— Jak się ona poświęca wychowaniu swojéj siostrzenicy!
P. Bałabanowicz na te słowa spojrzał wilczo na Sędziego i poruszył się na krześle, jakby go co upiekło.
— Będzie też to doskonała żona, komu ją Bóg da! dołożył Sędzia.
Bałabanowicz który już sobie podpił, zapomniawszy się uśmiechnął i kiwnął głową, jakby mówił.
— Jestem w domu! potém zaczął się bawić rzemykiem swojéj laski.
— Ja tu, ciągnął Sędzia mrugając na Pana Mateusza, zrobiłem, przyznam ci się, malenki projekcik?
— Hm? Cóż to takiego? spytał skąpiec popijając jak gdyby się już nie domyślał.
— At! projekcik swatostwa! Chciałbym P. Annę wydać za P. Mateusza. Mnie się zdaje że w témby nic nie było dziwnego?
— Samo z siebie! odpowiedział kłaniając się i śmiejąc podpiły.
— Pan Mateusz chłopiec młody, przystojny, bene natus et possessionatus, uczciwy, dobrze się prowadzący, dbający o fundusz. Byłaby to dla Panny Anny partja stosowna, nieprawdaż?
— Samo z siebie! samo z siebie!
— Wiedząc ja o zachowaniu WPana Dobrodzieja w domu Pani Podkomorzynéj, chciałbym dla P. Mateusza zaskarbić sobie dobre jego słowo, i wyrozumieć przezeń czyli to do skutku przyjść może?
Tu i P. Mateusz zbliżył się, zaczęto ściskać się, P. Bałabanowicz mruczał i kłaniał się niziuchno obiecując wszystko a wszystko.
— A jakże, jakże! wołał oblężony Kommissarz, ja wszystko co tylko ode mnie zależy uczynię! Ale bardzo chętnie! z całego serca! Bardzobym się ucieszył! Samo z siebie! Nieskończenie mi będzie przyjemnie, jeśli w czém użytecznym być potrafię.
— Niech Pan będzie pewien mojéj wdzięczności, rzekł w końcu Mateusz, przy pierwszém widzeniu uczułem taki szacunek dla P. Podkomorzynéj i dla P. Anny, że, nie kryję się z tém, jakbym sobie życzył, żeby projekt P. Sędziego przyszedł do skutku. Wiem ja, że Pan Dobr. masz w tym domu zaufanie, chciéjże tam przy okoliczności słówko za mną powiedzieć.
A Pan Bałabanowicz ciągle stojąc na trzęsących się nogach i poprawując peruki, którą zsuwał prawie na oczy, odkrywając z tyłu łysinę, powtarzał.
— Z całego serca! Panie Dobrodzieju! z całéj duszy! Niech Pan Dobrodziéj będzie pewien! Nie omieszkam! Samo z siebie! Za tak zacnym obywatelem! Samo z siebie.
Nareście wynurzywszy się posiadali. Bałabanowicz był tęgo podpiły, jak się pokazywało z oczu, które nabrawszy niezwyczajnego blasku, jeszcze się zdawały zmniejszać co chwila i już tylko, jak drobniutkie gwiazdy na niebiosach, na czerwonéj twarzy jego jaśniały.
Powoli Sędzia, zaczął zwracać rozmowę na konie.
— A już kto znawca i amator to P. Bałabanowicz! rzekł. W całém sąsiedztwie nie ma takiego konesera.
— Łaska to pańska! odrzekł uśmiechając się napiły. At! człek się to niby zna i lubi.
— Któżby znów koni nie lubił! rzekł Pan Mateusz, ja zawsze z upodobaniem zatrudniałem się niemi! mam nawet stadko, mogę powiedzieć niebrzydkie.
— Pan Dobrodziéj ma stado! zapytał oblizując się Bałabanowicz.
— A jeśli Pan ciekawy, każę wpędzić na dziedziniec, od takiego znawcy dobrze posłyszeć zdanie. Co też powiesz o moich konikach!
— Ale to subjekcja!
— Nic, nic! konie tu są blisko, każę zaraz przypędzić. Hej! jest tam który! Słyszysz, przypędzić tu stado przed ganek.
— Zaraz Panie!
W kilka chwil zatętniał dziedziniec i żwawe stado pokazało się przed oknami. Wyszli wszyscy na ganek. Bałabanowicz swojém nieznaczném spójrzeniem z pode łba wnet przebiegł hasające konie, policzył, rozpoznał i zaczął chwalić.
— Ten konik, rzekł, dobréj rassy!
— Po tureckim ogierze!
— O! to zaraz znać, z grzywy, ogona i ze składu całego! Ta klacz także piękna! a czy młoda?
— Trzy w czwartym.
— Ona jeszcze się złoży i zgrubieje!
— A zapewne.
Nareszcie wybryknął przed gankiem tęgi koń gniady.
— A to silny i piękny koń! zawołał Bałabanowicz. Co za pierś! Chodzi on już w zaprzęgu?
— Zaprzęgany na biczowych! odpowiedział P. Mateusz misternie. Czy mi się zdaje, czym podobną do niego trójkę widział u Pana?
— U mnie? zdziwiony rzekł skąpiec, a gdzież?
— Przechodziły gdzieś konie pańskie! w drodze.
— Bydź może, w istocie mam podobne.
— Tylko trzy?
— Trzy, tak jest, trzy.
— WPan Dobrodziéj naturalnie potrzebujesz czwartego, będziesz je zapewne czwórką przedawał. Bałabanowicz zląkł się, żeby mu po pijanemu nie kazano konia kupować i ponuro odpowiedział.
— Nie, nie, ja nie koniecznie potrzebuję! mam nawet upatrzonego podobnego?
— Ale mi się zdaje, że ten przyjdzie do trójki?
— To jest — tak — zapewne! Bydź może! — tylko —
— Bardzobym rad, żeby mu się podobał, mógłbym mu go ofiarować!
— Na te słowa osłupiał Bałabanowicz, nigdy w życiu nie zdarzyło mu się tak znacznego podarunku otrzymać. Zląkł się więc bardziéj jeszcze niż ucieszył, bo domyślając się, że Pan Mateusz nie czynił tego bez interessu, zaczął się domyślać jakichsiś zamiarów wielkich i chytrych z jego strony. Nie potrafił więc odpowiedzieć, tak się zmięszał. Z jednéj strony bardzo mu ten podarek, dopełniający czwórkę nad którą od roku pracował, pochlebiał, z drugiéj bał się skompromitować i szukał po głowie, coby prócz ożenienia mógł knuć Sędzia z Panem Mateuszem.
— Mnie się zdaje, podchwycił Sędzia, że to jak djabeł malował, do czwórki P. Bałabanowicza!
— Juściż, przebąknął stary.
— A jeśli tylko przyjdzie do czwórki, niech go Pan bierze. Miło mi bardzo tę bagatel ofiarować mu i polecić się jego przyjaźni!
Sędzia z drugiéj strony szepnął w ucho.
— Pamiętajże, daj mu dobre słowo przed Podkomorzyną.
— Samo z siebie! i bez tego! Ale jakże! mruczał stary lis. Ale na cóż ten prezent! Ludzie gotowi gadać.
— Powiesz żeś kupił, przerwał Sędzia, a od nas nikt się nie dowie.
— Hm! hm! tego! hm! Bałabanowicz już się nie opierał i ściskał rękę P. Mateusza, który dał znak ludziom, aby konia złapali i dysponował masztalerza dla odprowadzenia go do Złotéj Woli.
— Za pozwoleniem pańskiém, jeśli już jego taka łaska, przerwał stary, niech go nie do Złotéj Woli, ale do mojéj possessyjki, którą tam mam pod bokiem odprowadzą.
— Bardzo dobrze!
Ta possessyjka szła rocznie tylko 50,000 złotych, a Bałabanowicz zyskiwał na niej prawie drugie tyle.
Zmierzchało już kiedy nazad z ganku do pokoju powrócili. Tu już wrzał poncz w wazie, i zaczęto pić znowu. Wkrótce stary koniarz językiem ledwie niezrozumiale obracał, a gdy usnął zupełnie, P. Mateusz z Sędzią trzeźwi wysunęli się do drugiego pokoju.
— No winszuję ci! rzekł Sędzia siadając w krześle. Bałabanowicz ujęty i wszystko pójdzie dobrze; starym tym lisem nie można gardzić, ale też i ufać mu zbytecznie się nie godzi! Kto wie co on tam sobie myśli, a że tylko dla swego interessu robi zawsze wszystko, trzeba chcąc go mieć za sobą, pokazać mu w tém jego korzyść.
— Rozumiem, odpowiedział Mateusz, mogę go oślepić okazując chętkę mieszkania w mieście i zamiar powierzenia mu moich interessów. Będę przed nim grał rolę nielubiącego bardzo szczelnie wglądać w interessa, będę utyskiwał na brak uczciwych ludzi, plenipotentów i dójdę nawet, do zaproponowania mu —
— Rozumie się, że tego potém nie dotrzymasz, przerwał prędko Sędzia, byłoby to największe głupstwo w świecie!
— No! no, nie bój się, dam ja sobie rady, bądź pewien. Ale wieszże Sędzio, jakiego ja mu konia darowałem?
— Pewnie ma jaką wadę ukrytą!
— Niejednę, ale kilka. Są jednak tym czasem tak zamaskowane, że gdy się odkryją, stary nie będzie nawet śmiał posądzać mnie. Spadnie to na karki jego ludzi!
— Wybornie! doskonale!
— Uprzedzając Podkomorzyną, odezwał się po chwili Sędzia, która niezawodnie zechce wiedzieć stan waszecinego majątku, potrzeba odkryć go przed Bałabanowiczem, jak się tylko dobrze przetrzezwi.
Masz Waćpan długi?
— A! mam!
— Wszystkie są intabulowane?
— Ani połowa.
— No, to dość pokazać te które są w aktach.
— Masz Waść jakie kapitały?
— Mało znaczące i w niepewnych rękach.
— Ja Waści dam skrypt kondyktowy na sto tysięcy złotych, antedatowany o rok. Możesz go nawet oblatować, dawszy mnie kwit, który ja do czasu schowam. Tym sposobem fundusze twoje pokażą się większe na oko.
— Niechże twoje nożki ucałuję, mój Sędzio, za te ojcowskie rady i pomoce! Oto przyjaciel, oto człowiek! Czy nie potrzeba ci czego? czy nie żądasz czego do wygody, jeść, pić! dysponujże w moim domu! zmiłuj się! rozkazuj, dobrodzieju! Prawdziwie, głowę tracę i nie pojmuję jak ci się wywdzięczę!
— No! no! dajmy temu pokój! odpowiedział Sędzia, ja nie potrzebuję wdzięczności. Będę dość rad i zadowolniony, jeśli się Waszeć ożenisz dobrze. Co się tycze stanu twoich interessów, ja to sam przed Bałabanowiczem, niby niechcący się wygadam, a ty daj pokój i spuść się zupełnie na mnie. Każ dawać wieczerzę, a ja go pójdę obudzę.
Sędzia wszedł z cicha do pokoju, w którym spał Kommissarz Pani Doroty i przekonawszy się, że ten spi w istocie, przewrócił krzesło żeby go obudzić.
Łoskotem tym wyrwany ze snu stary, schwycił się i niewiedząc co się z nim dzieje, porwał za laskę, usiłując co najlepiéj oczy otworzyć.
— Ha! zasnąłeś sobie trochę!
Na te słowa Bałabanowicz przyszedł zupełnie do przytomności i bardzo pomięszany, zaczął się wymawiać.
— Prawdziwie, bardzo przepraszam, jakoś —
— Ale i ja spałem! rzekł Sędzia, tak nas ten Pan Mateusz spoił tym morskim ponczem.
— Prawda, pozwoliliśmy sobie trochę nadto.
— No, nie ma nic złego w przyjacielskim domu! Co tam.
— Ale ja — pierwszy raz!
— O! zachciałeś uważać na to! Sam gospodarz to lubi, kiedy gości spoi, cieszy się tém i raduje, a gniewa się na tych co pić nie lubią!
— Któżby to nie lubił! szepnął Bałabanowicz prostując się i poprawując na sobie odzienie.
— Zapewne, mój łaskawco! Ale podobno że już mają dawać wieczerzę. Trzeba wybić klin klinem, napijem się kminkówki! Jakie on ma wódki ten Mateusz, otto dopiero zobaczysz!
— Czy nie będzie zanadto!
— A cóż tam znowu za skrupuły! Co było a nie jest, to nie pisać w rejestr. Jużeśmy poncz przespali, teraz chodź no do wieczerzy.
I wziąwszy pod rękę starego, Sędzia poprowadził go do jadalnéj sali.
Tu już nakryto było do stołu i służący na tacy wnosił właśnie ze sześć flasz wódki do wyboru. Gospodarz gatunkował wina przy drugim stoliku. Gdy weszli szepnął coś prędko słudze i zawrócił się do nich prosząc na wódkę. Bałabanowicz wstydząc się swego snu, robił minę Panny młodéj nazajutrz po ślubie, jednakże gdy go zapach Goldwasseru zaleciał, napił się dużym kielichem i raźniejszy już siadł do stołu.
Kuchni Mateusza nikt zarzucićby nic nie potrafił, ten czciciel swego żołądka, lubił jeść smaczno i wytwornie. To też Bałabanowicz przywykły do tłustéj kuchni P. Podkomorzynéj, od szafranu, piernikowego sosu i białych podliwek, zajadał z całą żarłocznością skąpca, który radby się napchać na pół roku, gdy go to nic nie kosztuje. Dopiero przy trzeciéj potrawie zaczęto rozmawiać, podjadłszy już dobrze. Słudzy raz wraz napełniali kieliszki, lecz uważniejszy od P. Kommissarza, byłby postrzegł, że jemu inne, a gospodarzowi i Sędziemu inne wino nalewano. P. Bałabanowicz jednak wcale tego manewru nie uważał i pełen strachu, żeby się znów nie upić, ile razy ujrzał kieliszek przed sobą, nie potrafił się oprzeć nagabaniu do wypróżnienia go. Z początku kosztował, kosztował, potém jednym łykiem kończył. Natychmiast sługa przystępował i nalewał nowy, od którego broniąc się i wymawiając stary, w końcu pozwalał napełnić, z warunkiem, że to miał być ostatni. Tych ostatnich było kilkanaście.
Przy stole wszczęła się znowu rozmowa o koniach, a P. Mateusz skorzystał z niéj zalecając Bałabanowiczowi, aby się kazał uważnie obchodzić z darowanym koniem, gdyż był delikatnéj natury. Tym sposobem zręcznie uprzedził go, żeby kalectwa, jakie się znajdą, nie jemu, lecz złemu obchodzeniu się przypisał.
Potém znowu Sędzia zaczął o domu Pani Podkomorzynéj, o Pannie Annie, o projektach swatowstwa. Bałabanowicz uśmiechał się, jadł, pił i niekiedy z pełną gębą jadła odzywał się ze swojém:
— Samo z siebie!
— Jakże ci się zdaje, spytał go Sędzia, czy to się nam uda?
— A jakże! niezawodnie! zawołał upijając się do reszty stary, ja w tém, że to się uda!
— Zdrowie Pana Bałabanowicza!
— Zdrowie przyszłych małżonków! rzekł podnosząc się a chwiejąc Kommissarz!
— Szampańskiego! krzyknął gospodarz.
I wnet strzelił korek, zabielał szampan w długich kieliszkach, powtórzono zdrowia wszystkich. Pozwolono sobie nawet nieprzytomnéj Pani Podkomorzynéj i Panny Anny zdrowie wypić, przeciw czemu rumiany znowu i ledwie bełkoczący Bałabanowicz, ani się myślał protestować. Około północy, jeszcze na podkurek wypiwszy ponczu, poszli wszyscy a raczej zawlekli się do łóżek. Bałabanowicz był cały siny jak nos indyka, kiedy się pogniewa i napuszy.

separator poziomy

V.

Takim sposobem Sędzia z Panem Mateuszem, obmyśliwszy wszystko, zapewniwszy sobie pomoc Bałabanowicza, który nie omieszkał wychwalić i pod niebiosa wynieść konkurenta, pokazawszy mu stan majątku fałszywie, ale do okoliczności stosownie; zabierali się ostatecznie już kończyć. Całe sąsiedztwo nic o tém jeszcze nie wiedziało, wszyscy spokojni siedzieli i ani się nikt nawet tego knowania nie domyślał. Sędzia zaraz w dni kilka stawił się w Złotéj Woli i zastawszy w różowym humorze Panią Podkomorzynę, oświadczył jéj od P. Mateusza prośbę, aby raczyła dadź swój Konsens jego odwiedzinom, w celu pozyskania affektu JM. Panny Anny. Najpomyślniejszą otrzymał odpowiedź, którą już była uprzedzona przez Bałabanowicza nagotowała P. Dorota. Jéj najbardziéj pochlebiały te grzeczności i te ceremonje, które przypominały młodość i P. Podkomorzego.
Całkiem fałszywe mając wyobrażenie o P. Mateuszu, cieszyła się, że tak zacny i majętny kawaler starał się o jéj siostrzenicę. Co się tycze Anny, ta ledwie się domyślać mogła o co chodzi, ztąd że jéj Ciotka kazała się staranniéj ubierać i w pokoju dosiadywać przy gościu. Przeczuwała jednak wszystko, nie wiedząc o niczém, i modliła się po cichu, aby od niéj Bóg odwrócił tego, jak innych. Nie wiedząc bowiem sama czemu, czuła ku P. Mateuszowi ten wstręt instynktowy jakiś, który zawsze zwiastuje, że się człowieka strzedz potrzeba. Nie darmo dała nam to uczucie natura, jest to przestroga jéj, często lekce ważona, a bardzo jednak ważna!
P. Mateusz jak kot przy kominie, pochował swoje pazurki i pokazywał się w Złotéj Woli takim, jakim się mógł i powinien był podobać. Z największą bacznością pilnował godzin, zaglądał do zégarka, pieścił psy, ustawiał krzesełka na miejscu, z westchnieniem mówił o dawnych czasach, wychwalał dawne zapomniane zwyczaje. Słuchała go z radością P. Dorota, a gdy jeszcze począł ją wypytywać o nieboszczyka Podkomorzego, o zdrowie piesków, i chwalić Bałabanowicza, jako wzór wierności i pracowitości, wznosił ją do siódmego nieba. Łatwo pojąć, że tym sposobem P. Mateusz wkradł się prędko w łaski Pani Doroty głębiej, niżeli ktokolwiek bądź inny. Sam on pewny już był wygranéj, lecz dla oka i starodawnych zwyczajów, przedłużał konkury, za co zresztą Ciocia wdzięczna mu była.
Z Anną był grzecznym ale zimnym Mateusz, nie cisnął się do niéj, w obec tylko Ciotki czasem ją zagadnął zdaleka. Zawsze poważny, pełen uszanowania, nie okazywał żadnéj miłości i po starodawnemu jak się to u rodziców starano o pannę, tak on konkurował o nię u Ciotki. Biedna dziewczyna przestraszona nie pojmowała tego, jak będzie mogła zostać żoną takiego człowieka. Znała go ona od razu; postępowanie Mateusza w oczach Anny, dało miarę obłudy, na jaką mógł się zdobyć. Widziała, że nie o nią, nie o jéj przywiązanie, serce, osobę, lecz o posag jéj starał się. W głowie jéj się zawracało i nie raz łzy gorącemi zlewała w nocy poduszki, myśląc jakiemu ją człowiekowi oddadzą. Im dłużéj bowiem konkurował Mateusz, tym bardziéj przekonywała się, że nic być przeciw niemu nie może, tak zręcznie trafił do słabości P. Doroty i potrafił ująć ją sobie. Domyślała się z daleka napiętych sieci, słysząc nieraz pochwały oddawane mu przez Bałabanowicza, najpospoliciéj ganiącego wszystkich. Słudzy nawet byli zręcznie ujęci i przekupieni, żeby go chwalili.
I gdy ona napróżno modliła się, żeby ją Bóg ze szpon tego zręcznego ptaka uwolnił, wszystko przeciwnie jéj życzeniu, a stosownie do jego zamiarów nakłaniało się. Codzień Mateusz bardziéj w łaskę Ciotki się wkradał.
Chociaż nikt nigdy przed nią o zamiarach pana Mateusza nie mówił, chociaż jakby naumyślnie zostawiano ją na boku, ona widziała tę odegrywającą się komedją, trafnie każdą tłumaczyła sobie czynność i coraz częściéj płakała. Przyszłość jéj okazywała się w prawdziwém, smutném świetle rzeczywistém. Poymowała myślą jakie to będzie życie z człowiekiem, który się żeni dla widoków pieniężnych i który wszystko z siebie zrobić potrafi, byleby dopiął swego celu. Porównywając znajdowanie się jego przy pierwszéj bytności z następném postępowaniem, zrozumiała, że w przeciągu czasu oddzielającym pierwsze od drugich odwiedzin, zajść coś musiało, że Mateusz zna słabą stronę Ciotki i korzysta z niéj rozmyślnie. To przydało jeszcze jéj ku niemu odrazie, która wkrótce w rodzaj nienawiści i wstrętu zmieniła się, o tyle, o ile pełne łagodności serce Anny wstręt i nienawiść pojmowało. Tak, drżąc nad swoim losem, miesiące całe, Anna, badała postępy jakie Mateusz czynił w łaskach Ciotki i coraz bliższą widziała się niechybnéj już zguby.
Naturalnie obrażało ją prócz tego, że Mateusz nic wcale na nią prawie nie zważał, ale bardziéj jeszcze oburzała się na myśl, że on zapewne sądził ją bardzo ograniczoną, kiedy się tak mało maskując, aż do śmieszności P. Dorocie pochlebiał niezgrabnie.
Nieraz brała ją chętka okazać mu niechęć i wzgardę, dać mu do zrozumienia, że wszystko pojmuje i widzi; ale nie mogła się nigdy na to odważyć. W milczeniu więc jak winowajca który patrzy na budujące się dla niego rusztowanie, spoglądała na gotujące się jéj zamęzcie. Nie wiedząc o połowie nawet chytrych zabiegów Mateusza i Sędziego, z ich oczu, z ich szeptów, z miny, domyślała się otaczającego ją spisku. Oni zaś obaj, tak byli pewni, że Anna musi być posłuszną Ciotce, że się nawet nie starali pozyskać jéj względów i traktowali ją jak konia, któregoby kupiec u pana targował.
W takich to okolicznościach zeszła prawie cała zima i miało się ku wiośnie, gdy w skutek narady Sędziego z P. Mateuszem, wypadło ażeby dobijać i kończyć. Tu naturalnie pomyślili, że należało znowu przez Bałabanowicza dowiedzieć się ze szczegółami o posagu i pogadać o interessach, a przez niego natchnąć panią Dorotę wzlędem uczynić się mającego wydziału z majątku dla siostrzenicy.
Znowu tedy Sędzia pojechał do possessyjki Pana Bałabanowicza i pod pozorem rady jakiejś dla chorego konia, zawiozł go do Brzozówki do Pana Mateusza. Tu już poufaléj do niego przystąpili, nie skąpiąc ponczu i obietnic, ażeby nie wydać się ze swoją myślą, zaczęto naprzód od koni, o których prawie cały wieczór była mowa. Dopiero podpoiwszy Pana Kommissarza, Sędzia niby w pół żartem zaczął rozmowę zdaleka.
— E! WPan bo, panie Mateuszu, rzekł zwracając się do niego, powinienbyś już kończyć swoje konkury, mielibyśmy weselisko!
— Samo z siebie! odpowiedział Bałabanowicz susząc kieliszek, mielibyśmy weselisko!
— Wszakże wątpić nie można, dodał Sędzia, że Pani Podkomorzyna nie odmówi ręki siostrzenicy P. Mateuszowi?
— Samo z siebie, rzekł znowu stary.
— Już kiedy P. Bałabanowicz tak mówi, to możesz być swego pewny, Sędzia dodał, no a kiedyż zrękowiny?
— Tak to Państwu o tém mówić, odpowiedział Pan Mateusz udając powagę i zamyślenie, ale potrzeba abym wprzód był pewien, że nie będę miał wstydu.
— Już kiedy ci Pan Bałabanowicz ręczy! rzekł Sędzia — to wyszlij tylko mnie z oświadczeniem, potém sam plackiem do nóg, będą zaręczyny, a daléj daléj po Nowym Roku wesele!
— O! jakżebym był szczęśliwy! krzyknął Mateusz, ja co tyle mam szacunku dla tego domu, a mianowicie dla saméj Podkomorzynéj, kobiéty tak szanownéj, tak godnéj, tak —
— A przytém tak bogatéj, dodał Sędzia żartobliwie, chcąc rozmowę pokierować na majątek. Bałabanowicz usłyszawszy te słowa, jakby go febra porwała, rzucił kieliszek i pierwszy raz przyszła mu myśl, że mąż siostrzenicy może go zdetronizować i wyzuć z zarządu majątku. Była chwila, w któréj po niewczasie zaląkł się i pożałował udzielanéj przez siebie pomocy. Potrafił jednak być do tyla panem siebie, że się w kształcie uśmiechu wymówił.
— A — tak — bogatéj! dodał cicho po chwilce.
Sędzia i Pan Mateusz po sobie spójrzeli.
— Mnie o to najmniéj chodzi, rzekł obojętnie konkurent, wszakże wiesz Sędzio, że chociaż nie tracę majątku, rządzić nim nie lubię i kłopotów jakie przynoszą interessa nie cierpię. Gdyby nie to, że czując prawdziwy szacunek ku Pannie Annie, postanowiłem starać się o nią, dawnobym prosił Pana Bałabanowicza, żeby moje interessa przyjął na siebie, a sambym wyjechał.
Stary lis, spójrzał w oczy mówiącemu, jakby usiłował z nich wyczytać, czy prawdę szczerą mówi. Ale Mateusz tak doskonale grał rolę obojętnego, że go oszukał.
— Toż samo, mówił daléj gospodarz, gdybym miał co po żonie, pewniebym jakiemu uczciwemu człowiekowi oddał w zarząd.
— Czyż to być może, pomyślał w duchu Bałabanowicz, żeby on mnie miał za uczciwego! Osobliwsza rzecz, pokazuje się że to głupi człowiek. Tém ci lepiéj. Odchrząknął pomyślawszy to i spójrzał śmieléj. A Sędzia podchwycił.
— Jużciż pewnie, Pani Podkomorzyna da co po siostrzenicy?
— A — a — jąkając się Bałabanowicz wybąknął, coś da! Samo z siebie, że coś da —
— Naprzykład? rzekł Sędzia.
Kommissarz obejrzał się, bojąc się czy go nie chcą złapać, ale się upewnił gdy P. Mateusz, wcale niby nie uważając o czém była mowa, przerwał.
— Nalewajcie wina!
— Naprzykład? powtórzył Sędzia.
— Ja tego nie wiem, rzekł Bałabanowicz. Lecz myślę że — tu się zaciął, a Sędzia zaraz powtórzył łapiąc go.
— WPan myślisz że —
— Ja myślę, że nic nie wiem, szepnął Bałabanowicz bawiąc się kieliszkiem. Jednakże —
— Jednakże co?
— Pani Podkomorzyna może teraz dać jaki kapitał.
— A! mnie się to nie zdaje! zawołał Sędzia, nie lepiejże dla niéj wypuścić jaki folwark. Naprzykład Dorotynki?
— Te — te — te — bąkał Bałabanowicz — ja tego nie wiem.
Sędzia z P. Mateuszem postrzegli bojaźń Bałabanowicza, a zręczny konkurent, zaraz pochwycił.
— E! co tam da to da! Tu się uważa honor połączenia z tak szanownym domem! A zresztą jeśli mi puści folwark jaki, wcześnie sobie Pana upraszam za Kommissarza pełnomocnego, a jeśli zechcesz wziąć w possessją, gotów jestem choćby dziś kontrakt podpisać?
— Cóż to za głupi człowiek, wszak on mi wierzy! myślał Bałabanowicz, ale uśmiechając się ukłonił i rzekł.
— Pewnie puści jaki folwark.
Mateusz trącił w bok łokciem Sędziego i mrugnął na niego.
— Jakeś łaskaw panie, mówił konkurent, dajże mi słowo, że mi nie odmówisz! słowo honoru?
— A, a, a — samo z siebie! bardzo jestem — jestem, za zaufanie — ufanie — jąkał się Bałabanowicz.
— Niechże ci podziękuję! dodał porywając się od stołu Mateusz i biegnąc go uścisnąć, mój szanowny.
Bałabanowicz odsunął krzesło i cały chwiejący się, ściskał wzajem Mateusza, myśląc sobie
— Ależ to czysty warjat! wszak on mnie ma za poczciwego człowieka!
— Wina! wina! zawołał gospodarz, wypijemy zdrowie pana Bałabanowicza mojego od dziś plenipotenta. Podano, wypito a kommissarz nie posiadał się z radości. Przychodziło mu wprawdzie na myśl czasem, że sobie z niego żartują, tak to dla niego nową było rzeczą widzieć tyle zaufania i szacunku u obcych, kiedy u Żydów nawet miał najpowszechniejszą reputacją szachraja, jednakże nic nie okazywało, żeby to nie miało być szczerem, i nakoniec wziął to wszystko za dobrą monetę.
— Dorotynki to dobry majątek, rzekł Sędzia wracając do rozmowy, folwark w pszennéj ziemi, lasy towarne, nad rzeką. —
— Dochody małe, małe — odpowiedział Bałabanowicz, jeszcześmy go nie urządzili.
— Zawsze to tak bywa, rzekł Mateusz póki się majątek nie doprowadzi do należytego porządku.
— Tak! samo z siebie! ale to dobry majątek?
— A i Kijany nie zły? zapytał Sędzia.
— Tak! samo z siebie, ale rzadki urodzaj tam i bardzo nieumłotne. —
— Ale jak się urządzi, znowu zakończył gospodarz.
— Za lat kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt, dodał po cichu plenipotent, oddalając termin tego urządzenia.
— Zapewne! przerwał Sędzia, majątek czasem lat kilkadziesiąt musi się regulować, osuszać, zabudowywać!
— Samo z siebie! potakiwał Bałabanowicz, dziwując się w duchu głupstwu tych panów, którzy nawzajem śmieli się z jego łatwowierności.
— Ale co my tam gadamy o majątkach, przerwał Mateusz, ot lepiéj Sędzio poradź jak tu mamy z oświadczeniem zrobić?
— A cóż? rzeczy przygotowane, pani Podkomorzyna nie od tego? prawda Panie Bałabanowicz?
— Samo z siebie!
— Więc w tych dniach kończmy. Ja z WPanem pojadę, oświadczym się z reguł, plackiem do nóg upadniesz i pośpieszym z zaręczynami. Trzeba żebyś WPan przygotował pierścionki i podarki.
— Już to nie bój się Sędzio, ja w niczém nie chybię, co się tycze zwyczajów.
— Oświadczenie może się odbyć w niedzielę. Zwyczajnie pani Podkomorzyna prosi znajomych z kościoła parafjalnego na obiadek do siebie, więcéj zapewne nikogo nie będzie tylko my dwaj, po obiedzie tedy, upatrzywszy chwilę solemniter oświadczym się, co daj Boże szczęśliwie, a zatém wypijmy przyszłych sukcessów i słodkiego szczęścia w pożyciu z siostrzenicą Podkomorzynéj!
Podniesiono kielichy, Bałabanowicz choć pijany, lecz jak pijak z professii, nie tracąc zupełnie przytomności, wszystko co słyszał notował i pamiętał. Nasi spiskowi umyślnie znowu głosno się z tém przed nim wygadywali, aby Podkomorzyną uprzedził o Niedzieli, i przeszkody jakieby zaproszenie czyjeś na obiad stawiło, usuniono. Nie wątpili oni, że teraz równie już sobie Podkomorzyna życzyła P. Mateusza, jak Mateusz tego zamęzcia, a wreście tak uroczyście zamówiwszy Bałabanowicza na plenipotenta, gospodarz był pewien, że on mu wyrobi puszczenie przynajmniéj jednego folwarku w posagu po Annie.
Tak nastroiwszy wszystko i udarowawszy jeszcze jakimś koniem Bałabanowicza, poźno w nocy rozjechali się spiskowi. Stary lis nie chciał żadnym sposobem nocować i wymawiał się jakimś w okolicy jarmarkiem, uwierzono temu, znając go za największego szachraja na konie, bez którego żaden się najlichszy jarmark nie odbył.
Lecz zaledwie Bałabanowicz był za bramą, uwinął się w wilczurę wytartą i spójrzawszy na oświecony dwór P. Mateusza, tak z sobą rozmawiał.
— Albom ja głupi, albo on, albo on mnie oszuka, albo ja jego! Czy to być może, żeby on mnie miał za uczciwego człowieka? Czy nie drwił on sobie ze mnie. Ale nie! Oni chcieli ze mnie wyrozumieć co Podkomorzyna da po siostrzenicy, jam się im tęgo wywinął i nic nie powiedziałem. Trzeba jechać do Podkomorzynéj i oznajmić jéj o wszystkiém. Niechaj ona nie wyzuwa się z majątku, kto wie czy P. Mateusz zrobi kommissarzem czy nie? a ja może. —
I tu nieśmiał nawet sam sobie głośno swoich zuchwałych myśli powierzyć.
— Niech Podkomorzyna da panience 50,000 złotych, to i to dosyć tymczasem, a zresztą głuchą, ustną obietnicę zapisu, bez wyrażenia jéj w intercyzie. Kto wie? kto wie?
Dumał sobie znów coś niewyrozumiale P. Bałabanowicz poprawując peruki.
— Przy zaręczynach nie będzie mowy o posagu wyraźnéj, a jak przyjdzie pisać intercyzę, złagodzim pana młodego obietnicami zapisu całego majątku, gruszkami na wierzbie — bo kto to wie! sza, Bałabanosiu! to się rozumie! Poprawił peruki i odezwał się do furmana.
— Do Złotéj Woli!

separator poziomy

VI.

Na zegarze w sieniach domu Złoto-wolskiego biła jedénasta ranna, gdy z ganku wszedł powoli opierając się na lasce i poprawiając peruki Bałabanowicz. Twarz jego po wczorajszéj wieczerzy nosiła ślady przepicia; miał sińce pod oczyma, a tam gdzie czerwony trąd nie pokrywał policzków, żółta wyglądała bladość. Z wzrokiem wlepionym w ziemię, powolnie, cicho, szedł on ku tak zwanemu pałacowi i zamyślony głęboko kwadrans ocierał nogi na słomiance, potém spójrzał na zegar i powoli otworzył drzwi do sali. Na palcach po płótnie przeszedł ją, i z cicha skradał się do pokoju pani. Chrząknął wreście.
— Kto tam? ozwała się pani Dorota —
— Bałabanowicz.
— Proszę Waćpana.
Otworzył i wszedł P. Kommissarz, a naprzód przywitawszy panią, obejrzał się i uspokoił gdy ujrzał że Anny nie było w pokoju.
— Cóż tam słychać? zapytała Podkomorzyna zdejmując z nosa okulary i chowając je do futerała, odsuwając karty, otwierając tabakierkę i częstując go tabaką, którą on z przyzwoitém uszanowaniem wziąwszy, zażył, kichnął i ukłonił się, a potém wyprostowawszy, odpowiedział zwyczajem dawnym.
— Nic dobrego, pani.
— Przecież, co tam robisz?
— Kazałem młócić po folwarkach, ale zboże nadzwyczaj nieumłotne!
— Tak to u nas zawsze! odpowiedziała Podkomorzyna, dawniéj jeszcze nimeś Waćpan przybył, tu choć nieuregulowane były majątki, ale intratniejsze!
— Lepsze bo to były czasy! rzekł Kommissarz silnie poprawując peruki i zaraz dołożył.
— Byłem wczoraj z Sędzią, u naszego konkurenta.
— No! no! i cóż tam?
— Zamyślają tu zjechać w Niedzielę i oświadczyć się!
— Doprawdy! zawołała porywając się Podkomorzyna, tak prędko?
— Tak, uprojektowali sobie! Ale z respektem winnym Pani, jużby warto pomyśleć o tém!
— O czém?
— A o tym konkurencie.
— Wszakieśmy już myśleli?
— Wartoby się naradzić o intercyzie —
— Ja myślę tymczasem oddać im Dorotynki — Bałabanowicz po pod trądem pobladł, udawał jednak zupełną spokojność.
— Jak się podoba Pani, rzekł, w istocie to nawet majątek nieintratny. Ale jeszcze nieuregulowany, i jak się w cudze ręce dostanie —
— Myślisz, Bałabanowicz, że P. Mateusz nie potrafiłby sobie z nim dać rady?
— A zapewne, młody człowiek! Potém widzi pani, co innego kiedy jeden zaczyna i jeden kończy, co innego —
— Już ja to rozumiem, odpowiedziała chodząc po pokoju Podkomorzyna. Ależ przecie muszę coś dać siostrzenicy?
— Samo z siebie. Ale mnie się z respektem, zdaje, że jakby pani wyznaczyła jaką summkę, na co się Pani ma wyzuwać?
— Masz racją Bałabanowicz, a jakążby sumkę?
— Naprzykład 50,000 złotych, to umiarkowany posag, jaki zwyczajnie się daje. Wszystkie tu panny w okolicy nie mają nad 50,000.
— Masz racją, ale z jakichżeby to pieniędzy?
— Możnaby dać oblig na Panu Radźcy —
— Bardzo niepewny.
— Jużciż niepewny, a wszakże siostrzenica weźmie wszystko po Pani.
— Masz racją, Bałabanosiu — tym czasem.
— Niechby sobie dochodzili téj summy. Wyprawę można policzyć na trzydzieści tysięcy.
— Większą część zostawiła na to ś. p. siostra moja, a matka P. Anny.
— Tego w intercyzie nie ma potrzeby kłaść, czy matka, kto tam o tém wie. Reszta wyprawy ułatwi się za tysięcy dziesięć, a w intercyzie zapisze się złotych 80,000. To jest znaczna summa.
— Masz racją, Bałabanosiu! a która to wybiła?
— Pół do dwunastéj!
— Tak tedy, powiadasz, powtórzyła po chwili Podkomorzyna, 50,000, a 30 wyprawa?
— Zapewne, mnie się zdaje, że to będzie dosyć, odpowiedział kommissarz kręcąc na łbie perukę. Jeśliby zaś P. Sędzia, jako przyjaciel obu stron, proponował pani jakie odstępstwo i zrzeczenie się którego folwarku na rzecz siostrzenicy, niech pani odpowie, że ona i tak weźmie wszystko. A istocie, na co się pani wyzuwać ze wszystkiego od razu? stare to przysłowie, którego z respektem niechcę powtarzać przy pani, co powiada, że póty się zalecają, póki co czują. Jakby od razu wzięli majątki, potémby jeszcze na starość, któréj daj Boże doczekać (mądry Bałabanowicz, jeszcze ją kładł w czasie przyszłym i nie bez przyczyny) Pani sama była na ich łasce. Ja co tyle lat służę temu domowi i wszystkiego szczęścia mu życzę, nie radzę abyś Pani od razu po siostrzenicy wiele dawała, niech się zasługują. W intercyzie też niema potrzeby kłaść żadnéj obietnicy zapisów, niech się zasługują, powtarzam, a tak Pani zostaniesz swojéj woli panią, a oni będą musieli dependować i szanować.
— Bardzo ci dziękuję za te rady Bałabanowicz, odpowiedziała Podkomorzyna, masz racją! masz racją, niech się zasługują!
— A niech Pani, z niemi w pisma nie wdaje się żadne, kto to wie! ieszczeby podejść mogli! to się zdarzało. Ale jeśli co dadzą do podpisania, to pani weźmie niby do rozpatrzenia i wprzódy mnie zakomunikuje.
— Masz racją, bardzo ci dziękuję Bałabanosiu, a nieodjeżdzaj proszę w niedzielę, żebyś był na podoręczu, gdybym cię potrzebowała. Podobno to już południe? hę?
— Właśnie bije dwunasta.
— Czemuż to nie dają obiadu? I tu zadzwoniła P. Dorota. Wpadła Aniela służąca rozczochrana i przestraszona.
— Czemu nie dają obiadu? Gdzie Panna Anna? pewno już do swego ogródka zaczyna chodzić! Toć to jeszcze nie wiosna! Posłać po nią! A gdzie pieski. Żolka pewno gryzie w sali nogi od stolika. Panie Bałabanowicz musiałeś ją wypuścić nieuważnie —
— Nie Pani! dalibóg nie!
— Gdzież Żolka! hej, poszukajcie Lamurka! A dawajcie do stołu!
Tu się dał słyszeć dzwonek na dziedzińcu zwołujący wszystkich ludzi na obiady, Jan otworzył drzwi i rzekł.
— Do stołu dano!
— Proszę Waćpana panie Bałabanowicz!
Po czém mierzonym krokiem Podkomorzyna uwiesiwszy kluczyki u pasa, poszła wiodąc za sobą Bałabanowicza do sali jadalnéj, położonéj przez sieni z drugiéj strony domu i ozdobionéj staremi obrazami familijnemi, kredensem, to jest ogromną starą szafą za szkłem, wielką ilością krzeseł trzciną wypletanych i biało olejno malowanych. Drzwi do połowy zamurowane z boku, służyły starym zwyczajem, do podawania potraw z kuchni przynoszonych, jak to dziś jeszcze w refektarzach klasztornych widzieć można. —
Już zasiedli do stołu, gdy Anna wywołana z ogródka weszła do sali, cała zdyszana, zarumieniona i spodziewająca się już niechybnéj burzy.
— A Waćpanna, odezwała się Pani Dorota, nigdy się nie możesz do porządku przyzwyczaić. Jak to można zapomnieć o dwunastéj i obiedzie. Zawsze potrzeba posyłać za tobą, szukać, to dla panny wcale nie pięknie? Gdzieżeś Waćpanna była?
— W ogrodzie?
— Cóż teraz można robić w ogrodzie! jeszcze ziemia nie rozpuściła zupełnie! At! byleby tylko latać i swawolić!
Podany rosół dalszy ciąg uwag zatrzymał.
Po obiedzie P. Bałabanowicz pożegnał panią, która wedle zwyczaju pół godziny sypiała a Anna przez ten czas obowiązana była utrzymywać policją nad psami, aby snu jéj nie przerywały. Zaledwie przebudziła się Podkomorzyna, zegar drugą wybił, jak gdyby coś sobie przypomniała zaczęła niespokojnie się oglądać, zażyła tabaki, utarła nosa, zwołała psy i raz wraz spozierając na Annę, zdawała się chcieć zawiązać rozmowę.
Anna nie widząc tego rozmyślała, po cichu płacząc i łzy kryjąc swoje starannie. —
— Chodź no Waćpanna tu! taki był początek przemowy, na któréj głos zadrżała dziewczyna domyślając się czegoś nadzwyczajnego i niepomyślnego.
— Waćpanna wiesz, rzekła po cichu Podkomorzyna, że się o nią stara P. Mateusz.
— Ja tego nie wiem, odpowiedziała cicho Anna.
— Jak to?
— Nikt mi o tém nie mówił.
— Aleś to widzieć mogła.
— Nieuważałam, aby dla mnie szczególniejszą okazywał grzeczność.
— A, bo ta się mnie należy, rzekła Podkomorzyna. Jakże się on Aspannie podoba?
— On się mnie wcale nie podobał.
— Co! Jezu Chryste! Co! on się Aspannie niepodobał, Aspanna śmiesz to mówić!
— Wszakże Ciocia mnie spytała?
— Ale niespodziałam się tak głupiéj, bezwstydnéj odpowiedzi. Aspanna więc myślałaś i rozważałaś i zastanawiałaś się nad tém?
— Tylko w tym momencie.
— Ale jakże Aspanna śmiesz to mówić! Czy nie wiesz, co powinnaś na zapytanie Ciotki twojéj i Dobrodziéjki w takim razie odpowiedzieć?
— To co myślałam, sądziłam —
— Aspanna nie powinnaś myśleć! Powinnaś była odpowiedzieć; jeśli wolą jest Cioci żeby mi się podobał, to podobał mi się, jeżeli nie to nie —
Siostrzenica milczała. Ciocia ciągle zażywając tabakę gderała.
— On się o Aspannę stara i w Niedzielę ma się oświadczyć, ja go akceptuję, i rozkazuję podobnież uczynić! Spójrzała na Annę, Anna stała łzami zalana.
— Czegoż to Aspanna płaczesz?
— Ach! Ciociu, zawołała Anna padając jéj do nóg, nie zmuszaj mnie abym szła za niego! Ja będę z nim nieszczęśliwą!
— Słyszałeś, a toż co? Aspanna pozwalasz sobie rezonować! Zkądże to wiesz, że będziesz z nim nieszczęśliwą! A to także coś osobliwego! Aspanna jesteś bardzo zuchwałą! Pójdź precz Żolka! precz mówię Żolka! Aspanna więc jesteś rozumniejszą odemnie, kiedy myślisz, że to co ja zrobię, nie będzie z twojém dobrem! Słyszana to rzecz! Jaja mędrsze od kur! Otoż to owoce modnéj edukacij! Pójdź precz Żolka! A nie pójdziesz?
— Ja nie chcę iść za mąż, cicho mówiła daléj Anna, ja wolę zostać przy Cioci i pielęgnować ją w starości!
— W starości! cóż to, czy ja jestem stara! A toż to co? Aspannie się pomięszało w głowie, rozum straciłaś.
— Ja wolę pójść do klasztoru —
— Aspanna niemasz do wyboru, to zrobisz co ja każę! Jeszcze sobie pozwala mieć swoją wolą i wybredzać! Tego chcę, tego nie chcę! Ja jestem twoja dobrodziéjka i opiekunka, mnie twoi rodzice ciebie oddali, i powinnaś mi być posłuszną. Idź Aspanna do krosien, no! cóż to są znowu za łzy! Idź sobie, idź! Żolka precz z kanapy, niepoczciwa suka!
To mówiąc mocno rozgniewana Podkomorzyna wzięła karty i okulary, siadła przy stoliku i zaczęła kłaść kabałę. Anna już się więcéj nie odezwała.



VII.

W niedzielę, paradnie poubierani Pan Sędzia i Mateusz zajechali do kościoła, wkrótce po nich zatoczyła się też stara kareta Podkomorzynéj, w której siedziała ona, Anna i służąca Aniela. Po Summie i Kazaniu przy wyjściu z kościoła, submittowali się nasi dwaj panowie Podkomorzynie, która ich raczyła na obiad zaprosić.
Od dawna już sąsiedzi czegoś się domyślali, lecz ten ostatni wypadek, strojny ekwipaż Sędziego i Mateusza powóz sześciokonny, czułe z Podkomorzyną u drzwi kościelnych powitania, spuszczone oczy Anny, a wreście chodzące już głuche wieści, urodzone z bąków, które po pijanemu na jarmarkach strzelał Bałabanowicz, potwierdziły domysły. Wszyscy zajęli się tém mocno, jedni ciesząc się z wesela, drudzy ubolewając nad losem panny, trzeci przecząc złośliwie. Ci ostatni należeli do kategorij odprawionych z kwitkiem przez Podkomorzynę.
U proboszcza, dokąd parafijanie zbierali się zawsze na przekąskę i plotki, o tém tylko była mowa. Każdy swoje wiadomości drugim komunikował, szeptano, śmiano się, ruszano ramionami i dzięki nowemu przedmiotowi, zabawiono dłużej nad zwyczaj w plebanij.
Tym czasem kareta Podkomorzynéj i powozy Sędziego i Mateusza, wtoczyły się w dziedziniec Złoto-Wolski. Było już po południu, zatém obiad gotów i immediate, usiedli do stołu. — Rozmowy były nudne, sztywne jak mieszkańce Złotéj-Woli i bez duszy. Dopiéro gdy Podkomorzyna przebudziła się i weszła do sali, z całą paradą nastąpiło wobec panny Anny oświadczenie. Podkomorzyna ze wszelką przyzwoitością i powagą, ani spójrzawszy na Annę, oświadczyła panu Mateuszowi, że go przyjmuje. Zostawało mu tylko podziękować, upadł więc do nóg jak należało pani Podkomorzynie primo loco, następnie Pannie Annie. Anna była milcząca, blada i łzami zalana, przez cały czas słowa nie wyrzekła, ale gdyby był na nią spójrzał konkurent i umiał czuć, albo uczucia cenić, byłby się przestraszył. Łatwo poznać było w niéj ofiarę, która w milczeniu przyjmuje nieszczęście, chociaż je widzi straszném.
Naznaczono zaręczyny za tydzień i polecono P. Mateuszowi sprosić swoich znajomych, byleby nie więcéj nad osób dwadzieścia, Podkomorzyna ze swojéj strony miała także niektórych sąsiadów listownie wezwać.
Anna wybiegła z pokoju, gdy P. Mateusz odjeżdzał, załamała ręce i padła na łóżko. Ciotka zaczęła ciągnąć kabałę.
— Jak uważam, rzekł Sędzia wsiadając do powozu, panna coś niebardzo temu rada, miała minę przebitéj!
— At zachciałeś odpowiedział Mateusz, jeśli się boi mnie, to tém lepiéj. O miłość jéj nie stoję, będę ją miał i bez niéj. Te wyrazy wymówił tak przykrym głosem, że sam Sędzia wzdrygnął się słysząc je.
— Jednakże, pozwól sobie powiedzieć, rzekł z cicha, iż jesteś obowiązany uszczęśliwić ją i starać się żeby jéj z tobą dobrze było. Tak przynajmniéj powszechnie mówią.
— Ja ją biorę dla siebie nie dla niéj, odpowiedział z brutalskim akcentem Mateusz. Co mi do tego czy będzie szczęśliwą?
— Bierzesz ją więc jak cielę na kuchnią —
— Nieinaczéj, zawołał śmiejąc się Mateusz.
— A jeśli ona z tąż myślą idzie za ciebie?
— Sprobujem kto z nas silniejszy.
— Ty widzę gotujesz się do walki.
— Całe życie jest walką, a ten mądry kto zwycięży, i nikt go nawet nie spyta jakim sposobem.
Gdy tych słów domawiał, Sędzia umilkł i mocno się zamyślił.
— Jest to głęboko zepsuty człowiek, rzekł w sobie, biada téj kobiecie? Ha! ha cóż robić!
W istocie Sędzia, acz bez żadnych zasad, nie był jeszcze do tego stopnia zepsutym i egoistą, żeby miał poklaskiwać P. Mateuszowi. Zląkł się go nawet trochę i począł żałować, że się z nim wdał. P. Mateusz widząc się już u celu, i niepotrzebując Sędziego, mało zważał na jego milczenie w drodze i tak zajechali do Brzozówki.
W Złotej Woli tym czasem czyniono przygotowania do uroczystego obchodu zaręczyn, we dwa dni całe sąsiedztwo częstowało się nowiną.
— Wiesz, że P. Mateusz się żeni?
— Któżby niewiedział!
— Czy jesteś proszony?
— A jakże.
— Ten łotr! to osobliwsze małżeństwo!
— Mówią, że Sędzia najwięcéj mu pomógł.
— Bałabanowicza także ujęli!
— O to filuty pierwszéj próby!
Inni użalali się nad Anną, mianowicie zaś kobiéty, które łatwo przewidywały los, który ją czekał. Dobre to przysłowie; wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi! znali wszyscy P. Mateusza, jako człowieka bez żadnych zasad, egoistę przestraszającego i żadna najuboższa nie byłaby się odważyła pójść za niego, tak był w opinij publicznéj okrzyczanym za domowego tyrana.
Familje obrażone odmówieniem ze strony Podkomorzyny, niechciały się znajdować na zaręczynach i najsrożéj szarpały urąganiem nowo składające się stadło.
Ciotka zaś, tak obojętna dla Anny jak wprzódy choć wiedziała, że jéj to za mąż pójście było przykrém, nieuważała na to wcale, w przekonaniu, że po staropolsku, dzieci nie mają swojéj woli, tylko rodziców lub opiekunów, którzy za nich obowiązani są myśleć, czuć i przewidywać. Przesadzone wyobrażenia o posłuszeństwie, które od młodu wpojone miała, nie mogły się pogodzić z oporem Anny, acz tak bojaźliwie jéj okazanym. Miała to Podkomorzyna za rodzaj chwilowego obłąkania. Anna jak człowiek który doszedł kresu niebezpieczeństwa i nieszczęścia, po łzach wkrótce, odrętwiała na wszystko i obojętnie już, przeraźliwém okiem rozpaczy, patrzyła na przygotowania zaręczyn i wesela. Gdyż wesele odbyć się miało w kilka tygodni, a niezbyt wspaniała wyprawa panny młodéj, łatwo się na ten czas ukończyć mogła.
Przyszedł dzień zaręczyn, była to uroczystość po staropolsku wystawna, pełna ceremonjału, ukłonów, komplementów, wykrzykników, cyfer, vivatów, pijatki i t. d., ale w gruncie smutna. Anna wedle zwyczaju strojna bardzo, była blada, milcząca, i oczy tylko napuchłe, czerwone, zwiastowały o walce, jaką z sobą odbywała. Ta postać smutna przykrym sposobem odbijała od ceremonjalnéj wesołości wszystkich i szalonego humoru P. Mateusza.
Ciotka jak zawsze prosta, sztywna, pilnująca przyzwoitości, wyglądała na swojéj kanapie jak stare malowidło z ram wyjęte i na chwilę podżywione, ruszające się choć nie żywe.
Bałabanowicz w kącie pił za sukcessy młodych państwa, a z podełba poglądał na Podkomorzynę. Sędzia chodził smutny i milczący. Reszta sąsiadów zbiegła się z tą jastrzębią ciekawością, z tą chciwością plotek, obaczenia czegoś nieprzyzwoitego, dowiedzenia się tajemnicy, złapania jakiejś śmieszności, która tak panuje na wsi. Wszyscy oni zdawali się chodzić tylko i szukać po kątach, żeby mieli jutro o czém gadać i śmiać się. Mrugali na siebie, szturchali się, czynili sobie uwagi i już w myśli oblizywali się na mające wyrosnąć plotki. Ani teraz nawet P. Mateusz nie zbliżył się do Anny, ledwie ją przywitał, ledwie ją w rękę pocałował, przy zamianie pierścieni, potém wmieszał się do młodzieży i ufając temu, że go Podkomorzyna nie dójrzy, puścił sobie cugle, tak długo zmuszony w tym domu, grać jak mówił, rolę sensata.
Z powodu téj wielkiéj uroczystości, porządek życia w Złotéj-Woli, tak surowie utrzymywany, na dni kilka się przewrócił; co niezmiernie Podkomorzynę martwiło, która wzdychała za powrotem do pokoju i regularności. Tłum gości, przygotowania do ceremonjalnego obiadu, zwichnęły całkiem panią Dorotę. Bolało ją to najmocniéj, że wiele osób nie dość na nią wzgląd miało i zdawało się jéj poważnéj osoby nie widzieć. Każdy bowiem poszukał sobie stosownego towarzystwa i bawił się jak mógł. Przy biednéj Annie siedziały panny i młode mężatki, więcéj zajęte jéj strojem niż losem. Niektórzy z męszczyzn grali w karty, inni rozmawiali po cichu. Część męzkiéj kompanii paliła fajki na ganku. Tu był i Pan Mateusz, którego ciekawe otaczały postacie.
Był to naprzód długi, suchy, ospowaty, prosto trzymający się, jakby kij połknął, literat powiatowy, jeńjusz sąsiedztwa, Pan Kunasowicz. Ten mówił tylko górnemi słowy, jesta miał teatralne, fizys z wyrazem tragicznym i wiecznie błąkał się po niwie uczuć i niebie wspomnień. Dodajmy do tego, że nie znał pisowni i szkół nawet nie skończył.
Za nim siedział myśliwy z professii, otyły rubacha, który o niczém nie myślał, tylko o brzuchu i o polowaniu.
Daléj satyryk powiatowy, który miał przywiléj bezkarnie ze wszystkich żartować, niedowarzone swoje koncepta co chwila po głowach puszczać i w oczy nieprzyjemne rzeczy wszystkim mówić. Był on także jednym z gastrolatrów, to jest czcicieli żołądka, których sekta tak w naszym kraju jest pospolita.
Potém byli jeszcze, powiatowy medyk, który wszystkich traktował Leroy, powiatowy stryjaszek, dobry sobie głupiec, z którego drwił kto chciał, powiatowy skąpiec, do którego kieszeni wszyscy się uciekali o pieniądze, agronom co na 24 pola podzielił swoje łany i miał już merynosy, wreście Xiądz Wikary, który się tym odznaczał, że śpiewał przy gitarze i fajkę palił.
Ci Ichmość wiedli ciekawą rozmowę, któréj ułamek pozwólcie sobie udzielić.
X. Wikary puszczając kłąb dymu, do powiatowego stryjaszka. Pan fajki nie pali?
Stryjaszek. Na piersi mi szkodzi?
Skąpiec. I na kieszeń.
Medyk. I na żołądek, bo żołądek —
Literat. O jakiejże nieślachetnéj części ciała Panowie wszczęliście rozmowę.
Gastrolatrzy. Co ten plecie!
Agronom. Moje olejne rośliny bardzo dobrze prosperują.
Literat z westchnieniem. Ten znowu o olejnych roślinach. Zaiste nie ma teraz ludzi, którzyby o czemś wznioślejszém pragnęli umysły zetrzeć. Ja w prawdziwéj żyję pustyni, niepojęty, niezrozumiany, jak palma, która niszczeje w piaskach dalekiego morza, suchego dzikiéj Arabij!
Satyryk-gastrolatr. Co ty tam mruczysz? a wiesz ty że masz minę śledzia na rożenku?
P. Mateusz do sąsiada. I prawda to, że się Pan Aloizy o moją narzeczonę starał?
Sąsiad. Najistotniéj.
P. Mateusz. Ale cóż za śmieszny człowiek, że teraz tu przyjechał!
Sąsiad. Zapewne był ciekawy zobaczyć WPana.
P. Mateusz. Smutna to ciekawość.
Literat głośno do Skąpca. Pańskie oblicze zwiastuje jakiś szwank na zdrowiu?
Skąpiec. Ja jestem całkiem zdrów.
Medyk. Dawno ci radzę wziąść Leroy.
Literat. Zaiste nie każdemu z śmiertelnych zdolne jest to lekarstwo przywrócić drogie a najszacowniejsze z darów niebios zdrowie.
X. Wikary. A nie jednegośmy po niém pochowali.
Literat. Smutny to lecz pełen zasług stan, który wam duchownym nakazuje stawić się na głos cierpienia od kolebki do mogiły.
Gastrolatrzy. A dadzą tam wieczerzę? Jeść się tęgo już chce! Przynajmniéj żeby wódki i przekąski podali.
X. Wikary. Jak się ma WMości ogierek?
Sąsiad. Zdrów już zupełnie.
Gastrolatr. Patrzaj no, co to za piękna dziewczyna?
Wszyscy prawie. Gdzie? gdzie? gdzie?
Literat. O cóż to za ludzie, których lada piękność ziemska i znikoma tak zajmuje!
Wzdycha.

separator poziomy

VIII.

Równie uroczyste było wesele, które Anna łzami oblała. Zdawszy się na wolę Bożą, szła do ołtarza jak ofiara, milcząca, zimna, modląc się tylko w duszy, bo mimo tylu przeciwności nie postradała ufności w Bogu, którą słabsi ludzie tak prędko za pierwszém cierpieniem tracą.
A naprzód zmieniły się bardzo miny P. Mateusza i Sędziego, gdy do Intercyzy przyszło. Tu pokazało się, że Bałabanowicz, albo nic nie zrobił, bo nie chciał, albo że nie mógł. Rad nie rad P. Mateusz musiał milcząc a klnąc w duszy, przyjąć 50,000 posagu, a 30 w wyprawie i jeszcze oprawę żonce w podobnejże summie na swoim majątku zmuszony został uczynić. To mu zupełnie humor popsuło, byłby się cofnął, gdyby Sędzia z jednéj strony, z drugiéj nadzieje późniejszych zapisów Ciotki, nie trzymały go.
Powtóre łzawa postać panny młodéj, mimowolnie go dręczyła i była mu jakby ostrym wyrzutem, który potrafił się dobić twardego egoisty serca.
— Jeśli taką będzie całe życie! myślał, wesołoż mi będzie w domu!
Przygotowania do wesela były jeszcze wspanialsze, niż do uczty zaręczyn. Wielka liczba gości sproszona, muzyka z poblizkiego miasta, beczki wina i miodu dla czeladzi; cyfry, wystrzały nawet nie były zapomniane. Kucharzy kilku pociło się nad sosami od tygodnia, po ryby posyłano mil dziesięć, dwadzieścia po źwierzynę, czterdzieści po wina. W oczach Podkomorzynéj były to wielkie dobrodziejstwa dla Anny!
Wśród téj wrzawy chodziła ona blada, milcząca, smutna i nieprzytomna, a P. Mateusz zły i zmuszony gniew swój ukrywać, siniał ze złości. Sąsiedztwo gotowało się na zbieranie plotek z całych sił.
Zrana o godzinie jedénastéj podpisano Intercyzę, państwo młodzi już byli gotowi, ołtarz w kwiaty ubrany w sali jadalnéj, kobierzec rozesłany, bukiety poprzypinane.
Poprowadzono ich prosić błogosławieństwa, z padaniem do nóg i tą czułą ceremonją, żebrzącą życzeń pomyślności, u najuboższych sług nawet, nawet u nędzarza.
P. Mateusz odbywał to jak przechadzkę po pokoju, patrząc w inną stronę, tylko tyle jeszcze był łaskaw, że nie świstał.
Stanęli u ołtarza. X. Wikary błogosławił. Anna odpowiadała po cichu, ale wyraźnie, P. Mateusz jakby kogo łajał. Jeszcze Xiądz czytał nad niemi ostatnią modlitwę, i miał wzywać przytomnych za świadków, gdy Anna wysilona długo tłumioném uczuciém, zawołała
— Ach! zachwiała się, padła i zemdlała.
Trudno opisać, jak to wszystkich zmięszało, Pani Dorota chciała bić nieszczęśliwą, miała jéj to za jakiś występek, P. Mateusz wzruszał ramionami, sąsiedzi szeptali, a kobiéty jedne co rozumiały położenie Anny, płakały. Wyniesiono ją z pokojów, mąż nie poszedł za nią, lecz z męzczyznami na fajki, Ciotka poszła wprawdzie, ale w intencij czynienia wyrzutów, skoro tylko siostrzenica przyjdzie do zmysłów. Tym czasem szczęśliwi z podanéj zręczności goście rozpierzchnęli się i tysiące potworzyli z tego wypadku bajek i plotek. Nazajutrz powiadano o milę że zemdlała, o dwie że umarła, o trzy że mężowi oczy wydarła, a o sześć mil słychać było, że się na weselu wszyscy potruli. Tak to im daléj, tém wspanialéj zawsze rozchodzą się plotki, nie słabnąc lecz nabierając siły.
Nim uroczysty i ceremonjalny obiad podano, wytrzeźwiono panią młodę, złożono mdłości na osłabienie pochodzące z choroby jakiejś i osadzono państwa nowopobranych na rogu stołu jedno przy drugiém. Wszyscy uważali, że do siebie słówka nie przemówili przez cały ciąg obiadu. W czasie toastów i klaskania z biczów pod oknami, podniosła się Anna i znowu omdlała. Przecież otrzeźwiono ją, nieodprowadzając od stołu. P. Mateusz czując jakie z tych mdłości plotki i historje urosną, wściekał się ze złości. P. Dorota z tegoż samego powodu jeść nie mogła, sąsiedzi tryumfowali, a mianowicie kategorja odprawionych z kwitkami przez Podkomorzynę. Nareście poźno już skończył się obiad, a goście czekając rozpoczęcia tańców, porozchodzili się podochoceni dobrze winem, które Bałabanowicz im razem i sobie tak serdecznie dolewał, że w końcu obiadu runął pod ciężarem swoich obowiązków pod stół, i nie powstał z placu boju, aż nazajutrz.
Tańce rozpoczęły się od uroczystego polskiego, otwartego z panią młodą, po niéj w drugiéj parze szedł P. Mateusz z panią Podkomorzyną, daléj cały ogon par chichoczących, szeptających, spozierających na siebie, kończący się drobnemi dziećmi wyprostowanemi mocno, ażeby się słuszniejsze zdawały.
Gdy się to dzieje w sali, tym czasem X. Wikary staropolskim zwyczajem, z kropidłem i xięgą, idzie poświęcać łóżka!
Już północ, a jeszcze tańcują jedni, piją drudzy, już po północy jeszcze trwa zabawa, już się na dzień zabiera, a P. Mateusz wyrywa się ukradkiem z sali i bieży do pokoju sypialnego.
Otworzył drzwi i zawołał na sługę.
— Podaj mi fajkę, szlafrok i pantofle!
Spójrzał, obejrzał, obszedł, ale próżno Pan Mateusz, bo swojéj żony nie znalazł. Rzucił ze złością rękawiczki i wyszedł z pokoju, biegnąc do Pani Doroty.
— Gdzież jest moja żona?
— Gdzie! Spodziewam się, że w sypialnym pokoju.
— Nie ma jéj.
— Jak to nie ma? wszakże się rozebrała.
— Ale gdzież się podziała?
— Cóż to jest! w Imie Ojca! zawołała Pani Podkomorzyna biegnąc do sypialni. Otworzyła drzwi, szukała okiem, zatrzasła je za sobą i załamała ręce.
— Gdzież ona się podziała?
— Alboż ja mogę wiedzieć? odpowiedział Pan Mateusz, szarpiąc na sobie suknie. Cichoż już z tém! Niech Pani nie rozsyła, nie mówi! Ludzieby się śmieli —
— Ale co mi Waść prawisz, rozogniona wołała Pani Dorota, biegnąc, ja ją muszę znaleźć! To szalona dziewczyna, to kara boska.
I tak dobrze wypytywała się o panią młodą wszystkich, że w kwadrans całe towarzystwo o jéj zniknieniu wiedziało, młodzież śmiała się, starzy głowami kiwali, P. Sędzia niemy siedział w kącie, a Mateusz zapaliwszy fajkę, położył się na łóżku, klnąc ożenienie swoje i obiecując sobie wcześnie, mścić się swojego wstydu na żonie.
Gdzie była Anna? Ona płacząc wybiegła na ogród do swojéj Altany, i mimo chłodu dopadłszy swojéj ulubionéj ławeczki, na któréj najroskoszniéj przedumała chwile, siadła, zaczęła płakać, nakoniec zemdlała.
Słudzy z pochodniami rozbiegli się po ogrodzie, naturalnie stary ogrodnik poprowadził ich do ogródka Anny, znaleźli ją tam bez duszy leżącą i nie mogąc się dotrzeźwić, wnieśli bezprzytomną do sypialni. Tu ledwie otwarła oczy, ujrzawszy Ciotkę i męża na nowo zemdlała.
P. Podkomorzyna, która w życiu swojém nie doświadczała mdłości, chyba z niestrawności, krzyczała że to są udawania i szarpała biedną. Ledwie ją ztamtąd potrafiono wyprawić pełną gniewu i niecierpliwości, gdy już siostrzenicę zabierała się trzezwić rękami. Został P. Mateusz, który również nigdy nie mdlał, a czytał Spazmy modne i całe życie drwił z omdlenia wszelkiego rodzaju, stał jak posąg z szyderskim uśmiechem w ustach.
Gdy się sami zostali, on postawił fajkę i odezwał się do modlącéj Anny.
— Dośćże już tego udawania, moja pani! dość tych łzów, mdłości i nabożeństwa. Ja nie jestem tak głupi żebym temu wierzył. Bardzo fałszywe masz o mnie wyobrażenie, jeśli mnie bierzesz za jakiegoś sentymentalnego warjata. Uprzedzam Panią od dziś dnia, że to ze mną nie uchodzi, że jestem srogi i bardzo srogi i nie znoszę nieposłuszeństwa. Widziałem tysiąc razy podobne sceny i wiem co one znaczą! cha? cha! trafiłaś na człowieka z którym trzeba rozumnie postępować i zaniechać tych niepotrzebnych czułości. Jesteś moją, chociaż widzę, że ci się to niepodoba; ale się stało i nieodstanie! Chcesz z mojéj strony łagodności, bądźże posłuszną i zapomnij o mdłościach. Co ja to długo nie zapomnę i nie daruję żeś jest przyczyną tych plotek, tych baśni, które od dziś dnia przyczepią się do nas.
Anna modliła się i klęczała, a gdy mąż kończył swoją szyderskim tonem naukę, ona powstała, podniosła ręce i cicho rzekła.
— Bądź wola twoja!



IX.

Zdaje się, że z poprzednich czynności łatwo już odgadnąć cały charakter P. Mateusza. Był to, jakeśmy widzieli, egoista bez najmniejszego współczucia dla drugich, usposobiony ku temu po części organizacją, po części wychowaniem i początkami życia. Pozbawiony także uczucia, które pospolicie zowiemy sumieniem, utrzymującego równowagę czynności ludzkich ze sposobem widzenia ich wewnętrznym człowieka, nie doznawał zgryzot nigdy, nie zastanawiał się nad tém co czynił, szedł tylko za interessem swoim, a zmierzając do tego celu, środków nie wybierał.
Niektórym poczciwym a prostodusznym ludziom wyda się to może przesadzoném, lecz niestety! są tacy ludzie. Zakrywają się oni powierzchownością mniéj więcéj znośną, gdyż jakieś uczucie przyzwoitości nie dozwala im zupełnie obnażyć się przed ludźmi, chyba w ostateczności. W domowém pożyciu dopiéro odkrywają się oni ze wszystkiém. Tu samoluby nie chcąc sobie nawet zadać pracy ukrywania swego bezecnego charakteru, mało dbając o szacunek otaczających osób, bezwstydnie okazują się im w całéj szkaradzie swojéj.
Tyrani domowi nie cierpią najmniejszego sprzeciwienia się swéj woli, nie chcą uczynić najdrobniejszéj ofiary z siebie, a wszystkim każą naginać się posłusznie przed sobą i służyć namiętnościom, chętkom, kaprysom. Tacy to jednak ludzie nie raz uchodzą w opinij za zacnych obywateli, surowych ojców familij lecz sprawiedliwych i rozumnych; gdy w istocie są to zbrodniarze, którym do dopełnienia zbrodni większéj, brakło tylko okoliczności lub śmiałości. Są bowiem tchórze jak wszyscy egoiści.
Takim był i P. Mateusz, a życie Anny z nim nie wiem czy nawet malować potrzeba. Któż nie pojmie co to było za życie? Z jednéj strony uległość, poświęcenia nieustanne, męczarnie, z drugiéj nielitościwe wymaganie coraz nowych ofiar, znęcanie się i przemyślne dręczenie. Egoiści mają w sobie coś natury kata i dzikiego źwierza, lubią męczyć i pojmują tę dla innych tak niepojętą roskosz tyranizowania słabszych. Mateusz im powolniejszą sobie, im uleglejszą, łagodniejszą widział Annę, tém sam bardziéj się srożył, więcéj wymagał i wszystko co czyniła złém znajdował, dla tego tylko żeby ganić. Nawet w sposobie odzywania się do żony miał Pan Mateusz intencją męczenia, bo nigdy inaczéj nie powiedział słowa, jak tonem albo rzeczą urągając się, szydząc, znęcając.
Dodajmy do tego, że w obec ludzi zmyślał czułość i wymuszał na żonie, żeby jéj troski domowe maskowały się wówczas sukienką szczęścia. Przy gościach Anna musiała się uśmiechać, mąż przemawiał do niéj z łagodnością, naprowadzał ją na kłamstwa i zmuszał do nich, bo biedna żona jakże mogła mu przeczyć? Tak naprzykład chytry opisywał nie raz przy ludziach swoje szczęście domowe, zmyślał jakieś niepraktykowane czułości dla żony, wzywał ją na świadki jakiegoś wypadku całkiem niebyłego; a ledwie drzwi się za świadkiem obcym zamknęły, zapadała kortyna, kończyła się komedja, i zimny egoista wracał do naturalnéj postaci.
Anna znosiła to jak Anioł! Przekonawszy się, że użalanie na cierpienie, innego skutku nie sprawia, tylko podbudza jeszcze męża, do wymyślania męczarni, milczała cierpiąc i nie wydawała że cierpi. Ile razy P. Mateusz poznał co jéj nie miłém było, wysilał się, żeby to stokroć powtórzyć i nasycić się jéj męką. Anna więc chcąc sobie ulżyć musiała udawać zupełną na wszystko nieczułość. Z równą pilnością trzeba było kryć co przyjemność czyniło, bo Mateusz nie omieszkałby zagrodzić jéj drogę najniewinniejszych nawet rozrywek. Rozważcie więc położenie tej kobiéty, i pojmijcie jéj męczarnie.
W domu była ona tylko pierwszą sługą męża, a to pierwszeństwo nadawało jéj przywiléj smutny odpowiadania za wszystkich i wszystko. Cokolwiek kto źle zrobił, pani wszystkiemu była winna, pani za każdego odpokutować musiała. A jednak nic do niéj nie należało, żadna część zarządu domowego, żadne rozporządzenie dochodów, nic a nic. Najcięższe tylko, najnudniejsze a mało ważne czynności były jéj udziałem.
Może być, że pierwsze chwile po weselu byłyby inną, cokolwiek znośniejszą barwę przybrały, gdyby temu nie stanął na zawadzie zbieg okoliczności. A naprzód P. Mateusz rozgniewany omdleniem żony i plotkami jakie ztąd wyniknąć mogły, już się nie krył z swoją niechęcią i gniewem, odkazywał się z zemstą od pierwszego wieczora. Powtóre zawiodł się na posagu i choć to miał tylko za chwilową przeciwność, nie mając na kim, poszukiwał swego zawodu na żonie. Ciotkę szanował i skarbił jéj łaski w nadziei zapisów, o żonę zaś nie dbał wcale, wiedząc że musi mu być posłuszną. Tak od pierwszych dni poczęły się męczarnie, które szydząc z czułości Anny, z upodobaniem mąż jéj zadawał. Gdy przybyli do Brzozówki, zapowiedział jéj dalszy ciąg życia, określił obowiązki, i rozwinął niejako przed nią całą perspektywę nieszczęścia i udręczeń.
Anna nic nie miała coby właściwie do niéj należało w domu, woli nawet w najmniejszéj rzeczy. Jest to własnością egoistów, że rozwijając swoją wolę na jak najobszerniejszą skalę, nie cierpią manifestacij jéj w drugich, z niemi żyjących. Anna nie mogła włożyć sukni, nie mogła wynijść z domu, nie mogła płakać nawet, bez zezwolenia i sankcij pana Mateusza. Nielitościwy samolub mięszał się we wszystko, wtrącał się w każdą rzecz. Jeśli jechali w odwiedziny dyktował jéj strój, nakazywał minę, uczył ją co mówić miała, kształtował ją całkiem na swoje wyobrażenia.
Tak, oprócz wszystkiego, Anna jeszcze cierpieć musiała na tém, że się nawet taką, jaką była w istocie, okazać nie mogła. Niepodobna jest opisać szczegółów tego wymyślnego męczeństwa.
Los każdego sługi znośniejszym był od jéj losu, bo w życiu z takim człowiekiem cierpienie rosło w stosunku zbliżenia, a nikt nie był ciągle bliższym poczwary nad nią.
Anna wychowana religijnie, przywykła do delikatnego obchodzenia się, do zachowywania pewnych reguł przyzwoitości, nie znała nigdy całéj szkarady, na jaką się wyuzdany zdobyć może człowiek, świat nie pokazał jéj się nigdy w czarnéj swéj sukni, krwią i łzami zbroczonéj, opiły, chwiejący się, bezwstydny — Mąż zaś usiłował zabić w niéj wszelki wstyd, wszystkie złudzenia, wszelką wiarę w cnotę, starając się pokazać, że ludzie są zawsze interessowani, że wszyscy są tacy jak on. Nie zważając na to, że ją tém kaleczył najdotkliwiéj na wszystkich nadziejach, obnażał przed nią złą stronę świata, najgorszą stronę swoją i otaczających ludzi, pokazywał jéj egoizm we wszystkich czynnościach, obłudę co krok, pracował nad jéj zepsuciem gorliwiéj, niż inni nad ukształceniem pracują. W tych szyderskich jego uwagach, których ona zmuszona była słuchać, wyprowadzał po jednemu wszystkie wiary poetyczne, niewinne, dziecięce, oglądał je z urąganiem, rozbierał, analizował, podstawiał pod nie kontrasta i niszczył urok najsłodszy życia; dowodząc, że złe jest prawdą, a cnota fałszem.
Kiedy się ona ze łzami oburzała, on z uśmiechem nastawał, nasycając się jéj niewinnością walczącą z ziarnem złego rzuconém w czystą jéj duszę. Tym sposobem nagle przedstawił jéj Mateusz odwrótną stronę znajomego świata, czarną, plugawą, paskudną jak on sam był; kazał jéj wierzyć, że czysta i piękna strona życia istnieje tylko w wyobraźni i jest ułudą. Lecz mimo swoich usiłowań, nie potrafił on wszczepić w nią wiary w zło i swojego piekielnego egoizmu. Poznawszy z jego nauk czarną stronę, Anna wierzyła w białą i za sen, za omamienie brała plugawą rzeczywistość którą on jéj tak starannie okazywał.
Trudno powiedzieć, co miał w tém za cel mąż; był on spokojny o żonę i pewny jéj cnoty, może więc dla tego, że swoim instynktem męczenia chciał ją tylko udręczać, zabijając w niéj najsłodsze pociechy, znajdowane w wierze i nadziei. Nie rachował wcale, jakie skutki wyniknąćby mogły z zepsucia jéj, a w swojéj nieubłaganéj woli, na wszelki przypadek, miał ratunek, który zepsuciu nawet, siłyby nie dał objawić się uczynkami.
W pierwszych chwilach nic nie zrówna podziwieniu i zgrozie, jakie przejęły Annę, gdy się jéj przyszłość, straszniejsza nad wszelkie okazała pojęcie. Jakkolwiek życie w Złotéj-Woli było przejściem osłabiającém wrażenie dawnych pieszczot rodzicielskich; jakkolwiek Ciocia przygotowała ją do nieczułości, do uległości i posłuszeństwa bez miary, P. Mateusz ze swoim cynizmem bezwstydnym zdał się z początku czémś tak dziwném, że czasem sądziła w prostocie ducha, że to wszystko tylko się jéj śniło.
Ciotka acz sroga, acz w domu niecierpiąca drugiéj woli, acz niepojmująca uczuć innych, prócz uczucia boleści w żołądku i gniewu (amplifikacja), była jeszcze i czułą i najczulszą przy P. Mateuszu, który z professij w nic nie wierzył, czego nie mógł dotknąć, namacać i sam niedoświadczył.
I to znowu jest egoistów przymiotem, że cały świat sądzą tak zbudowanym, tak uorganizowanym, jak oni sami, nie przypuszczają innego człowieka, tylko na obraz i podobieństwo swoje; ale to mają wspólne z głupcami pewnego rodzaju.
Tak naprzykład P. Mateusz nie pojmował w żonie nabożeństwa i zwał je udawaniem, tak nie wierzył w litość i łzy, które miał za wymuszone, tak całkiem nie pojmował uczucia wstydu i możności poświęceń i wielu innych pięknych i potrzebnych uczuć. Nielitościwie wojując o to z żoną, prześladował ją, co chwila, o pobożne westchnienie, o wstydliwy rumieniec, o grosz jałmużny i t. p. Najpospolitszym jego orężem było dotkliwe szyderstwo, którém instynktowie umiał tak kierować, że zawsze najboleśniéj ranił.
Jak w Złotéj-Woli tak tu Anna nie mogła nawet mieć przyjaciółki, tam oddalały od niéj nudne ceremonjały domu, tu znajome sąsiedztwu zepsucie i bezwstyd P. Mateusza. Bywał on wprawdzie wszędzie i wszyscy bywali u niego, ale ściślejszych stosunków nie miał z żadnym domem, kończyło się na zimnych raz w rok odwiedzinach. Męzczyzni zaś, którzy bywali u P. Mateusza i zwyczajne jego towarzystwo składali, byli to ludzie jak on popsuci, lub mający ochotę popsuć się w obcowaniu z nim. Dla tych nie miał on żony i zabraniał im pokazywać się Annie; dzięki téj ostróżności, miała ona przynajmniéj wolną chwilę wówczas, kiedy oni męża jéj zajmowali. Usuwała się gdzieś daleko, żeby śmiechów i rozmowy ich nie słyszeć, brała xiążkę jeśli jaką znalazła, czytała lub myślała. Nieszczęśliwi dręczą się myślami, lecz lubią myśleć i zastanawiać się, szczęśliwi nie mają na to czasu.
Na tyle przybyłych nowych a całkiem nieznajomych cierpień, przybyła jedna tylko nowa pociecha biednéj Annie. Mąż jéj pojmując użyteczność talentów, a raczéj potrzebę ich dla popisu przed ludźmi, dozwolił jéj przypomnieć, to czego się dawniéj uczyła, a wpół zapomniała w Złotéj-Woli. Sprawił jéj Forte-piano i nakupił rysunków, rozumie się z warunkiem, żeby talentami swemi popisywała się przy gościach, nie dla tego bynajmniéj, żeby niemi osłodzić jéj życie. Wszakże powrót do tych zatrudnień przypominających jéj lata słodkie dziecinne, a samych z siebie tak uprzyjemniających życie, wielce je Annie osładzał.
Mąż nie pojmował sztuk, nie umiał czuć muzyki, nie miał na to zmysłu, który jest udziałem innéj klassy ludzi, naśmiewał się równo z sentymentalnéj muzyki i uczonéj, ze śpiewów i koncertów, rozumiał jedne tylko pieśni pijackie; ale pozwalał grać żonie (byleby mu do snu nie przeszkadzała) a i to było dla niéj dobrodziejstwem.
W domu Mateusza nie było już tego posłuszeństwa godzinom; tu godziny i ludzie słuchali woli pana, nieznośniejszéj jeszcze, bo kaprysnéj, niestałéj i nigdy niezaspokojonéj. Życie w Brzozówce było wszystkim nieustanną tylko posługą, oczekiwaniem objawienia nowéj żądzy ze strony pana. Anna, mówiliśmy już, była tylko pierwszą sługą, i odpowiedzialną za wszystkich. W początkach wszystkie te męczarnie stopniowo na nią spadające, któreśmy opisali wyżéj, wprowadziły ją w okropne rozdrażnienie, niespokojność i obłąkanie prawie, lecz gdy po dłuższém pobycie z mężem, obawa jéj zmieniła się w pogardę, mniéj już cierpiała i przewidywała możność zniesienia takiéj doli.
Sędzia, ten przyjaciel Mateusza, który tak pracował aby go ożenić, wkrótce zgłębiwszy charakter jego, usunął się ostróżnie. Nie pojmując wdzięczności P. Mateusz, który go już nie potrzebował, całkiem zapomniał o nim. Natomiast przywiązał się do Bałabanowicza, spodziewając się przez niego wyrobić u pani Doroty puszczenie jakiego majątku. Pan Kommissarz zawsze równie chciwy trunku, dał się poić, dał sobie pochlebiać, obiecywał coś nawet, lecz w skutku nic nie robił. Pokorny, układny, kłaniający się, na pozór nie daleko widzący, dawał się złowić, a potém jak piskorz się wymykał. P. Mateusz nie mógł mu wymawiać, bo nie wchodził nigdy z nim w żadne wyraźne układy, nie śmiał się mścić, bo się lękał jego wpływu na Ciotkę i ze złością a wstydem wyznawał się w duchu oszukanym przez starego lisa.
Ten tym czasem rządził jak wprzód całym majątkiem pani Doroty, kradł niemiłosiernie, a co chwila nabierał nad starzejącą się Podkomorzyną więcéj przewagi, co chwila potrzebniejszym jéj się stawał. Od czasu jak Anna wyszła za mąż, Bałabanowicz zyskał był jeszcze u Podkomorzynéj, która teraz zupełnie sama, nie wahała się nawet przypuszczać go do towarzystwa swojego i przez wzgląd na długie zasługi i trzęsące się nogi, wydała stanowcze pozwolenie siadania przy sobie w pokoju, wprawdzie zdaleka i na brzeżku krzesełka, zawsze jednak był to postęp znaczny. Kiedy Jan pierwszy raz tę nowość zobaczył, tak się tém zdziwił i przestraszył, że roznosząc nowinę cały dwór przewrócił, spoźnił się nawet obiad o pięć minut a Podkomorzyna na to nie uważała, zajęta rozmową. To wzbudziło nowe uwagi i podziwienie.
Bałabanowicz zawsze równie pokorny, czując się użytecznym, z ludźmi nabierał rozkazującego tonu, a pani jeszcze słodzéj pochlebiał, dyktując co czynić miała. Coraz częściéj wzywany z officyny do pałacu, pan Kommissarz wreście cały prawie dzień tam już przesiadywał. Słudzy zaczęli szemrać i powiadali, że na swe oczy widzieli w końcu grającego w marjasza z Podkomorzyną.
Wieść ta pędem błyskawicy rozeszła się po sąsiedztwie i najrozmaitszym plotkom powód dała. Byli tacy co rozumieli, że Bałabanowicz w końcu owładnie tak Podkomorzyną, że nawet pieski powypędza z pokoju. P. Mateusz słysząc o tém milczał, ale się lękał znając ludzi ze złéj strony, wszystkiego złego, o jakiémby kto inny i pomyśleć nie śmiał. Kryjąc się ze swoją złością, ujmował Bałabanowicza, osadził go szpiegami, którzy mu każdy krok jego donosili, a tajemnie gotował wielką machinę przeciw niemu. Przekupiwszy pisarza który mu rejestra pisał, dostał ich kopją Pan Mateusz, pozbierał dokumenta świadczące o ich fałszywości i cierpliwie wyglądał chwili, w któréjby mógł bez niebezpieczeństwa stanowczo uderzyć. Czuł on, że trudna będzie walka z osobą tak uprzedzoną, jak P. Dorota, a przytém tak ograniczoną i łatwowierną, rachował jednak wiele na jéj skąpstwo, miłość porządku i pomoc sąsiadów, którzy mu przyrzekli świadczyć przeciw Kommissarzowi, na którego wszyscy prawie źli byli. Stary ani się domyślał spisku, i z całą spokojnością człowieka złego, który się ostrożnie zabezpieczył od szwanku, postępując co dzień w łaski pani, dumne roił nadzieje.
Ilekroć przy nim Podkomorzyna wspomniała o Annie i Mateuszu, tyle razy zręcznie tak ich umiał malować, żeby ku nim zniechęcić. Przygotowawszy zwolna P. Dorotę, okazywać zaczął niewdzięczność P. Mateusza, który śmiał się użalać, że oblig dany mu na Radźcy, był bardzo niepewny, nastawał na to, że P. Mateusz nie wart był swego szczęścia i t. p. Pojmujem tedy czemu P. Dorota coraz ku niemu zimniejsza, ani dawała sobie powiedzieć, żeby mu co więcéj dać miała. Do tego przywiodły ją insynuacje Bałabanowicza, że żałowała iż Annę wydała za niego, chociaż nie wiedziała o ich pożyciu domowém, ani wiedzieć chciała, ani wiedząc byłaby męczeństwo jéj pojęła. P. Mateusz nie domyślając się podstępów starego, zbroił się przeciw niemu, jedynie w widokach zagarnienia majątku, którego zarząd spodziewał się otrzymać. Gdy tak w milczeniu obaj się przeciw sobie gotują, nieprzewidziana okoliczność pomięszała szyki Panu Mateuszowi i w chwili, kiedy już miał zadać cios śmiertelny, wytrąciła mu z rąk oręże.

separator poziomy

X.

B to wieczór, w pokoju pani Podkomorzynéj paliła się na stoliku świeca pod umbrelką, psy spały na poduszkach, Jejmość włożywszy na nos okulary i odebrawszy młódki, zasiadała do marjasza z Bałabanowiczem, który utarłszy nosa i zwinąwszy chustkę w naleśnik przysuwał sobie poufale krzesełko. Zegar w sieniach bił siódmą, służba była w kuchni, a Jan tylko jeden zasypiał na ławce i marzył o Anieli.
— Dziwi mnie to, Bałabanosiu, rzekła Ciotka rozdając karty, że P. Mateusz tak rzadko i coraz rzadziéj bywa w Złotéj-Woli.
— Co pani chce, odpowiedział biorąc karty plenipotent, to człowiek najniewdzięczniejszy! Nie umie on szanować pani i wygląda tylko co najrychléj sukcessij!
— Masz racją Bałabanosiu, może to być, rzekła Podkomorzyna, ale tak się to ułożyło, tak to udawało konkurując, jakby co poczciwego, ty sam byłeś za nim.
— Prawda to pani, rzekł Bałabanowicz po cichu, ale teraz mnie nie oszuka. Widzę ja go przez skórę, jak drży niewdzięczny i wyciąga ręce po dobro mojéj Dobrodziéjki, którego ja jak oka w głowie strzegę. Ach dodał wzdychając, to mnie boli, że się to wszystko temu człowiekowi dostanie.
— Masz racją, Bałabanosiu, ze czterdziestu! Dałam ci dublę! Ale cóż na to poradzić?
— Co? ja tego nieśmiem Pani powiedzieć.
— Przecież, mój Bałabanosiu?
— Prawdziwie, że tego niepotrafię powiedzieć — lękam się.
— Nie bójże się niczego.
— Pani mogłabyś pomyślić o zamążpójściu!
— W Imie Ojca! Czyś ty oszalał! A toż to pięćdziesiąt i —
— A kto tam lata liczy! odpowiedział prędko przerywając plenipotent. A pani Podstolina poszła za mąż w siedemdziesięciu, a Pani Szambellanowa miała ich pewnie sześćdziesiąt kiedy potrzeci raz zawarła śluby! Wiadomo Pani, że nie wiek starym czyni, ale niezdrowie. Dzięki Bogu Pani czerstwa jak rydz, zdrowa jak rybka i nie wygląda na trzydzieści.
— Pleciesz Bałabanosiu, pleciesz, ktoby zaś chciał się o mnie starać?
— I wieluby się takich znalazło! Pani —
— Pochlebnik z ciebie —
— Toby dopiero była fimfa dla P. Mateusza, mówił Bałabanowicz, bo on tak już jest pewny sukcessij, że radby moją Dobrodziéjkę, choć dziś widzieć na marach!
— Ach! cóżto za szkaradny człowiek, mój Bałabanosiu!
— Szkaradny pani! szkaradny! a chytry jak wąż! On to i mnie stara się ugłaskać, probując czy przezemnie nie trafi do Pani; ale mnie nie przekupi! Spędziwszy tyle lat, mam przywiązanie i wierność nienaruszoną dla tego domu i dałbym się zarznąć za moją Dobrodziéjkę!
— Poczciwy Bałabanosiu! bądź pewien mojéj wdzięczności! Poczciwy!
— On tak tylko czyha, że wcześnie już porobił układy o dobra, które po Pani na nich spaść mają.
— Czyż to być może?
— Tak jest! Wiem ja to z dobrych źródeł, całe sąsiedztwo wie o tém. Radbym szczerze, żeby mu Pani odjęła nadzieję i wyszła za mąż.
— Masz racją, Bałabanosiu, ale właśnież to takie czasy, żeby kto chciał konkurować o mnie. Staruszka składała to na czasy, w istocie pochlebiała jéj myśl podana, ale próżno szukała sobie w głowie pary, nikogo znaleźć nie mogła. Po trzeci już raz dawszy dublę, odezwała się.
— Mówiłeś Bałabanosiu, że wieleby się takich znalazło, coby chcieli konkurować o mnie, a powiedzże mi choć jednego?
Przyciśnięty argumentem ad hominem Bałabanowicz chociaż przygotowany był nieco do tego pytania, sam niewiedział jak na nie miał odpowiedzieć. Jednakże niezmięszany tak zaczął.
— Znam ja jednego.
— Powiedzże mi Bałabanosiu! Któż to taki? Zawołała krygując się Podkomorzyna. Któż to taki, zmiłuj się.
— Nie wolno mi się z tém wygadywać, odpowiedział ostróżnie plenipotent.
— Ale zmiłujże się któż to taki? z nową natarczywością zagadnęła P. Dorota.
— Kto, nie mogę powiedzieć, ale go opiszę, rzekł wywijając się zręcznie Bałabanowicz. Jest to człowiek średniego wieku.
Średniego wieku! Któż tu jest średniego wieku?
— Przyjemnej postawy —
— Przyjemnej powiadasz — ?
— Dosyć przyjemnej. Człek znany z uczciwości.
— Z uczciwości! Któżby to taki?
— Szlachcic, chociaż bez tytułu.
— Bez żadnego tytułu?
— Bez żadnego, ale o tytuł łatwo.
— Masz racją Bałabanosiu, jednakże —
— Może go mieć na przyszłych Sejmikach.
— Niechże go ma.
— Człowiek majętny, któryby mógł pokazać parę kroć czystego funduszu.
— Parę kroć! a to dość! zawołała Podkomorzyna, myśmy się dorabiali z Podkomorzym, a on i tego nie miał, kiedy się ze mną żenił. Ale któż to taki, mój Bałabanosiu?
— Chciałbym szczerze dogodzić w tém jéj woli, ale żadną miarą nie mogę, odpowiedział stary rozkładając karty — Mogłabyś się Pani na mnie i na niego gniewać —
— Ale za cóż? mój Bałabanosiu — Która to wybiła?
— Pół do ósméj —
— Dopiero pół do ósméj! Któż to taki?
— Prawdziwie, że nie mogę powiedzieć, bo się.
— Bo co —
— Bo — ale to się odkryje.
— Ale ja chcę o tém zaraz wiedzieć!
Podkomorzyna była nagląca, a Bałabanowicz wahając się jeszcze, rozkładał i składał karty, wykręcał perukę, wreście powstał, odstawił krzesło, stanął, otworzył usta i rzekł.
— Ten konkurent o którym mowa, jestem Ja! To mówiąc upadł Podkomorzynie do nóg, która ze strachu upuściła karty, porwała się, odsunęła i zawołała.
— Ty śmiałeś! To ty! ty!
— Ja, odpowiedział Bałabanowicz na klęczkach, ja śmiałem, całe życie zbierałem fundusz, żeby go złożyć u nóg mojéj Dobrodziéjki, z ofiarą serca i wierności długiemi latami dowiedzionéj, którą, która — któréj — —
Tu mu wątku niestało, a Podkomorzyna przywykła do posłuszeństwa, walczyła z sobą nie wiedząc co począć.
— Jeśli mnie najnikczemniejszego sługę swego odrzucisz, pójdę i zagrzebię się na pustyni — rzekł.
— Ale na cóż na pustyni? Bałabanosiu? Zmiękczona szepnęła Podkomorzyna, ale zkądże ci ta myśl przyszła?
— Karmię ją od lat dziesięciu!
— W istocie?
— To była jedna moja nadzieja.
— A ja o tém nic niewiedziałam! Ale ty mówiłeś o parę kroć funduszu?
— Ja go mam pani —
— Zkądżeś ty to wziął?
— Z possessij.
— Masz racją Bałabanosiu! A gdzież szlachectwo?
— Ja go mam —
— Ale to być nie może —
— Mam wywód dokumentalny —
— To być nie może! to być nigdy nie może, mówiła Podkomorzyna jakby sama do siebie, ty tyle lat byłeś sługą moim.
— I zawsze nim będę, do śmierci —
— Na cóż śmierci Bałabanosiu! Ale zkąd ci taka myśl przyszła?
— Ja sam nie wiem, Pani —
— Wstańże już, wstań, ludzieby mogli nadejść, nie klęcz dłużey! Cóżeś ty powiedział! toby całkiem pomięszało porządek, toby było nieprzyzwoitém —
— Tyle podobnych bywało przykładów, że —
— Nigdybym się tego nie była spodziewała! mówiła ciągle Podkomorzyna, jakby sama do siebie i zdjęła okulary, odsunęła karty, chodziła zamyślona, Bałabanowicz stał jak na węglach.
— Niechcę ja mówić za sobą, przerwał po chwili, ale przypomniałbym Pani niewdzięczność tego P. Mateusza, którego warto ukarać —
— Masz racją — jednakże! Coby to ludzie gadali!
— Ludzieby mówili, żeś pani dobry wybór zrobiła, wyprobowanego i zaufanego człowieka, i nagrodziłaś wierne usługi —
— Powiedzże mi jak ci to na myśl przyjść mogło!
— Ja sam nie wiem! ja nie wiem, ale jeżeli pani nie przyjmiesz ofiary, ja —
— Tylko mnie nie strasz Bałabanosiu —
— Ja jutro zdaję rachunki i idę —
— Dajże pokój! wszak ci to tego tak obcesowo robić nie można! Ja się muszę namyśleć, ja muszę to rozważyć! prawdziwie! ktoby się to był spodziewał!
To mówiąc siadła pomięszana Podkomorzyna, a plenipotent uczuł, że w niego duch wstępował i już dobrze wróżył sobie, pierwsze lody były złamane, zostawało rozumnie rzecz doprowadzić do końca. Ale to go nie przestraszało, znał on dobrze swoją panią i wiedział, że gdy jéj da do wyboru pójść za niego, lub całkiem go porzucić, pewnie na pierwsze się zgodzi.
Tak tego wieczora przygotowawszy ią, następnych Bałabanowicz przywiódł ją do dania sobie słowa, wystawił jéj konieczność uczynienia sobie zapisów, wzajemnie dla oka, na krociach kradzionych, ułożył dożywocie i potajemnie wszystko gotował do ślubu. Wkrótce z indultem w kieszeni, jednego wieczora zaczął naglić podkomorzynę o wyznaczenie szczęśliwego końca swoim konkurom i tak ją usidlił, że zezwoliła na niezwłoczny ślub, który się odbył w sali, przy dwóch tylko zaufanych świadkach. Nazajutrz całe sąsiedztwo wiedziało niesłychaną nowinę, rozwożono ją umyślnemi posłańcami od domu do domu, przyjaciele podkomorzego byli w nieopisaném oburzeniu na zuchwalca, inni śmieli się do rozpuku z nowego stadła, inni wyciągali dziwaczne wnioski, zabijając podkomorzynę na sławie, inni jeszcze temu nie wierzyli.
Trudno wszakże było wątpić, bo Bałabanowicz zmieniwszy nagle ton i sposób postępowania, ze sługi stał się panem, wniosł się do pałacu, i zaczął się jak szara gęś rządzić.
Wnet Złota-Wola inną całkiem powierzchowność przybrała, a ex-podkomorzyna postrzegła wkrótce, że wielkie zrobiła głupstwo. Ale już było po czasie. Bałabanowicz zebrawszy wszystkie klucze do swojéj kieszeni, pół dnia pijany, nawet do marjasza swojéj dobrodziejce służyć już nie chciał. Porzuciwszy possessją, swoje konie, stada i remanenta przeniósł do nowego mieszkania; i jak gdyby jéj na świecie nie było, zapomniał o żonie, która myślała, że się świat do góry nogami przewrócił, gdy nagle znalazła się tak małą, postradawszy swobodę i wszelakie znaczenie w domu. —



XI.

Na kominie palił się ogień trzaskący, okna pozapuszczane już były sztorami, świec jeszcze niedano, a Pan Mateusz, rozciągniony na szezlągu palił fajkę spokojnie. W drugim pokoju słychać było cichy chód kobiécy, chód ostrożny, bojaźliwy, pokorny; bo i chód bywa oznaką uczuć lub charakterów, dla tych co się nad nim zastanawiać zechcą. W całym domu panowała ta posłuszna spokojność, która znamionuje przytomność surowego pana, wszyscy chodzili na palcach, mówili cicho, drzwi zamykali ostróżnie.
— Cóż tam Pani tak duma? zapytał Mateusz żony, czy niewolnoby wiedzieć?
— Czego chcesz? odezwała się żona z cicha pokazując się we drzwiach drugiego pokoju.
— Chciałbym wiedzieć, jeśli wolno, nad czém Pani tak duma! Zapewne o jakim nieszczęśliwym kochanku!
— Znasz mnie nadto, żebym ci potrzebowała odpowiadać na to, rzekła kobiéta.
— Właśnie, że znam, to myślę, że chyba o kochanku tak długo z westchnieniami dumać można, bo pewnie nie o mnie. —
— Myślałam o Bogu i o sobie —
— Co za pobożność! śmiejąc się rzekł Mateusz — i na chwilę zamilkł, a potém znowu świstając dodał.
— Ta suknia nadto szeleszcze, zrzuć ją i włóż inną, niecierpię tego szelestu sukni —
Anna poszła suknią odmienić. P. Mateusz ciągle leżał i fajkę palił, zaledwie usłyszał powracającą żonę, wysłał ją do kuchni, dojrzeć wieczerzy i połajał za głosne drzwi zamknięcie. Tym czasem ogień przygasać zaczął i ciemno robiło się w pokoju, gdy drzwi powoli skrzypiąc się otwarły i ktoś ocierając nogi wszedł —
— Któż tam! to pewno ten bałwan Franciszek! zawołał, po jakiemu to wchodzisz do pokoju, niemógłeś nóg otrzeć w ganku. Po co tu przyszedłeś?
— A ślicznieś mnie przywitał! odezwał się głos jakiś w ciemności, któren prędko poznał Pan Mateusz i powstając przepraszał.
— Przepraszam cię mój Sędzio, ale tu tak ciemno! Jakże się miewasz! Héj! jest tam kto! niech podają świece! Tak dawnośmy się niewidzieli!
— Prawda, że dawno, rzekł Sędzia, a tyś już całkiem o mnie zapomniał, pókim ci był potrzebny —
— A, dajże pokój wymówkom mój Sędzio, wszakże znasz świat i ludzi! Cóż chcesz, to powszechna reguła, któż chowa na pamiątkę łupiny smacznego owocu? chyba dzieci —
Wniesiono świece, Sędzia usiadł milczący.
— Cóż tam słychać, stary przyjacielu?
— Przypominasz mi, odpowiedział przybyły, żem do ciebie przyjechał z bardzo złą nowiną —
— Co? ze złą nowiną?
— Tak, z najgorszą jak być może —
— I ta mnie obchodzi?
— Najbardziej —
— Mówże Sędzio, zawołał przestraszony Mateusz, i nie cedź po słówku, bo to chyba dobre nowiny po kropelce dawać się powinny, a złe trzeba łykać jak lekarstwo.
— Nie mam siły powiedzieć ci o tém?
— Cóż? umarł kto? Nie bój się ja się niczyją śmiercią niezmartwię? Cóż to jest? nie dręczże mnie!
— Podkomorzyna — poszła za mąż!
— Co! co! Za mąż poszła! A toż co? to bajka! Sędzia żartuje sobie ze mnie, za kogoż? Ja tego niepojmuję, to chyba mistyfikacja.
— Najprawdziwsza prawda, odpowiedział Sędzia spokojnie, wiem o tém od Wikarego, który za indultem ślub dawał. Wczoraj wieczór błogosławił ją i Bałabano —
— Bałabanowicza! Bałabanowicza! tego łotra! wrzasnął okropnie P. Mateusz. Ona poszła za tego szubienicznika! to być nie może. Ktoś z ciebie żartował panie Sędzio! To chyba trzeba nieznać Podkomorzynéj, ona co tak wysoko ceni przyzwoitości, miałaby pójść za swojego sługę!
— Pokazuje się, że wyżéj ceniła Pana Bałabanowicza, niż wszelkie przyzwoitości, kiedy się to stało.
W téj chwili weszła Anna, a mąż ją powitał
— Zgadnij co ci mam powiedzieć, moja pani? Anna milczała.
Śliczną na Boga nowinę! Śliczną, twoja Ciocia zacna, dobrała sobie parę i poszła za Bałabanowicza! Witam siostrzenicę pani Ba-ła-ba-no-wi-czo-wéj!! A ślicznie żem się ożenił! ślicznie! sześćdziesiąt tysięcy nędznego posagu, żona głupia, a w dodatku połączenie z familją Ba-ła-ba-no-wi-czów!! Do trzysta diabłów Sędzio, tyś to mnie w to uplątał, bodajeś kark skręcił! Gdyby nie ty, jabym był nigdy się nie starał o Annę, niechby była gniła w Złotey Woli, nie byłbym się o nią pokusił. Jeszczem rok męczył się starając o ten kawał słupa! prawdziwie, pięknie wyszedłem teraz z twojéj łaski Sędzio!
Żona posłyszawszy te słowa, uciekła do drugiego pokoju, Sędzia namarszczył się i siedział, a wreście rzekł.
— Nie ciągnąłem za kark Waszeci.
— Aleś mi pomagał, odpowiedział Mateusz, gdyby nie ta przeklęta twoja pomoc, byłbym się starać wolał o tę głupią poczwarę pannę Żegotównę! Kara Boża na mnie! zawiązać sobie świat i tak szkaradnie, tak głupio! To trzeba umrzeć ze wstydu!
P. Mateusz mówiąc to przechadzał się po pokoju, w największym gniewie.
— I zapewne, dodał, zapisała mu majątek?
— Tak powiadają.
— A żebym był to mógł przewidzieć, byłbym go struł jak psa, zawołał Mateusz. Pięknieś mnie Sędzio wykierował!
— Miałeś swoją wolą —
— A kto mnie kusił, kto mi radził! kto mi pomagał? Ty panie Sędzio! Ha! potrafię się pomścić i na tym łotrze Bałabanowiczu. Pierwszy raz gdzie go spotkam, każę go moim ludziom zbić kijmi w pół śmierci. Ktoby się był tego spodziewał! Ona! ona! prędzejbym uwierzył, że ja zgłupieję! Ale ty siedzisz Sędzio, a tu potrzeba szukać rady, tu potrzeba mnie ratować, ty masz obowiązek.
— Cóż chcesz żebym teraz zrobił?
— Czy ja wiem! Ale ja muszę! ja muszę się bronić, ja nie dam sobie z przed nosa porwać majątku, dla któregom się ożenił!
— Radbym wiedzieć co poradzisz?
— Ja mu uformuję process, ja dowiodę, że Podkomorzyna nie miała prawa rozporządzać majątkiem, że ma pomięszane zmysły!
— Ale Podkomorzyna jest zupełnie przytomna.
— Któż przytomny takie głupstwo robi? To być nie może ja to zburzę, ja to wywrócę! Inaczéj, na cóżby mi się zdało moje ożenienie —
— Miejże litość nad żoną, rzekł Sędzia, ona cię słucha!
— Ja jéj to sto razy na dzień w oczy powtarzam! Dla niéj to nie nowina, ja lubię być szczerym —
— Bez takiéj szczerości wcaleby się obeszło —
— Sędzio, ja cię proszę o radę, ty mnie strofujesz? Sędzia wziął za czapkę i rzekł,
— Bądź zdrów!
A nim P. Mateusz miał czas go zatrzymać, on już wyszedł. Zostawiony sam sobie, samolub passował się ze swemi myślami, przywołał żonę żeby ją dręczyć i na nią gniew swóy wywrzeć, kazał bić sługi, łajał wszystkich i całą noc przepędził w tém szaleństwie.
Biedna Anna niewiedziała co począć, a przewidując nowe udręczenia, już tylko w modlitwach o śmierć prosiła, lecz śmierć nigdy proszona nie przychodzi. Tym czasem P. Mateusz nie tracąc nadziei zdetronizowania Bałabanowicza, osadził Złotę Wolę płatnemi szpiegami, kazał sobie donosić o pożyciu nowych małżonków i wkrótce z radością dowiedział się, że Bałabanowicz nie dość dobrze obchodził się z Podkomorzyną, która żałować zaczęła swego za mąż pójścia.
— Jeśli tak! to moja wygrana! rzekł w duchu, ale poczekajmy jeszcze trochę.
Jakoż nie omylił się w rachubach; nieupłynęło wiele czasu, ciotka skarżyć się zaczęła, całe sąsiedztwo wiedziało o tém, P. Mateusz najpierwéj. Czekał jeszcze i doczekał się tego, że ucisk któremu biedna ex-podkomorzyna doznawała, doszedł do najwyższego stopnia; a ona sama znosiła od pijanego męża niesłychane obelgi. Słudzy, którym dość dobrze było pod panowaniem zegara, w niebo głosy krzyczeli pod nowym panem, tém dotkliwiéj uciemiężającym ich, że sam niegdyś był podwładnym i mścił się swego dawnego poniżenia. P. Mateusz czekał jeszcze, i doczekał się chwili, w któréj jego postępowanie mogło uchodzić za bezinteressowne. Upatrzywszy porę, szukał sposobu widzenia się z Ciotką, któréj od jéj za mąż pójścia nigdzie nie mógł spotkać, bo w Złotéj Woli zakazano mu bywać, a w Brzozówce ani Bałabanowicz się nie pokazał, ani żonie tam pojechać pozwolił.
Wypadł jakiś jarmark w miasteczku pobliskiém, na który Bałabanowicz dawnym swoim zwyczaiem pojechał. Przewidujący wszystko Pan Mateusz, nasadził tam na niego Żydów i kilku szlachty, zalecając im żeby go spoili i do dwóch dni niewypuszczali. Gdy mu wreście znać dano, że już Bałabanowicza nie było, on sam konno udał się z jednym tylko człowiekiem do Złotéj-Woli.
Miało się ku wieczorowi, gdy stanął u bramy ogrodu i tu porzuciwszy konia, pieszo szedł ku domowi. Znajome mu były wszystkie zakątki, łatwo więc trafił do pokoju biednéj ex-podkomorzynéj.
Nie ta to była już Pani Dorota, którąśmy na początku powieści widzieli. Starsza się zdawała o lat dwadzieścia, zgarbiona, wychudła, trzęsąca, suknie na niéj w nieładzie, pieski jéj ulubione powypędzane nie dotrzymywały już towarzystwa. Zamyślona, z usty sinemi i wpadłemi siedziała i patrzała przez okno. Talja brudnych kart leżała porozrzucana przed nią.
Gdy we drzwiach ukazał się P. Mateusz, nie poznała go, aż się odezwał pokornie.
— Jak się ma Ciocia?
— Pan Mateusz! tu!
— Cóż dziwnego? dawnobym tu już być powinien!
— Jakto? to ty się nie gniewasz na mnie?
— Ja? a za cóż miałbym się gniewać —
— Wszakże ty chciałeś mojego majątku? czyhałeś na niego, życzyłeś mi śmierci?
— Ja! to chyba Bałabanowicz mógł mówić.
— Właśnie.
— Alboż nie miał w tém swego interessu, ten niegodny zwodziciel?
— Ach! nie mówże tak o nim! to mój mąż!
— A jednak jest to najniepoczciwszy człowiek. Myśmy ubolewali nad losem Cioci, ale cóż mogliśmy począć? I dziś z największą ostróżnością wkradłem się tu, wiedząc, że go niema w domu, dla niczego więcéj, tylko abym okazał, że nie byliśmy chciwi i niewdzięczni jak nas odmalowano. Ten człowiek zdradzał Ciocię, oto są na to dowody.
Tu P. Mateusz rejestra dawno przygotowane rozłożył, na które ex-Podkomorzyna ledwie okiem rzuciła.
— Cały jego majątek, mówił daléj, jest zebrany szachrajstwem i kradzieżą. On to jest nie wdzięczny i chciwy, on Ciocię przywiódł do tego poniżenia, do poczynienia sobie zapisów, do wyzucia się ze wszystkiego, myśmy o to się nie starali nigdy.
— To prawda moje serce, ale cóż chcesz, on jest moim mężem!
— Ale Ciocia cierpisz od niego!
— Zkądże o tém wiesz?
— Ja wiem wszystko, wiem jak w domu panuje, jak się ze swoją Dobrodziejką obchodzi! Przyszedłem nawet, abym proponował Cioci przeniesienie się do naszego domu, gdzie będziesz panią, szanowaną, kochaną.
— Ale jakże to być może?
— Skoro Ciocia się na to zgodzi, dziś wieczorem konie będą przed gankiem, on jutro dopiéro powróci. Wiem że zapisy które mu poczyniła Ciocia, nie są w Aktach, znajdują się tylko w oryginałach, w biurku przy jego łóżku, ja je zniszczę, jutro rozpocznę process i Ciocia wróci do majątku i swobody!
Biednéj ex-Podkomorzynéj w głowie się kręciło słuchając tych obietnic, a myśl oswobodzenia uśmiechała się do niéj. Przywykła jednak całe życie słuchać Bałabanowicza, nie pojmowała żeby co przeciw niemu uczynić było można i nie śmiała zgodzić się na przedstawienia P. Mateusza, który drżał z niespokojności.
— Ale to ci się zdaje, to być nie może! on tak jest ostróżny! odpowiedziała.
— Ja zaręczam, że tak będzie, odpowiedział szybko P. Mateusz. Gdzie jest klucz od jego pokoju? Ciocia dająca się powodować łatwo, odurzona tonem P. Mateusza rozkazującym i przekonywającym, odpowiedziała.
— On go zawsze nosi przy sobie.
— A nie ma drugiego podobnego?
— Ten może przyjdzie, rzekła cicho wskazując na drzwi. P. Mateusz, który rad był co najprędzéj wszystko ukończyć i lękał się przypadkowego powrótu Bałabanowicza, pochwycił klucz z zamka i szybkim krokiem pobiegł do jego pokoju, nie zważając z jakiém podziwieniem wszyscy ludzie na niego patrzali.
Klucz otworzył i P. Mateusz wpadł do przybytku starego skąpca, w którym on jeden tylko gospodarował i nikogo więcéj nie puszczał. Była to najosobliwsza graciarnia. W kącie stało brudne, nieposłane łóżko, z pod którego wyglądały butelki wypróżnione i pełne, na ścianach wisiała uprząż stara i parę strzelb popsutych. Podłoga zawalona była gratami bez nazwiska i kształtu, kilka kufrów pełnych tam i sam stało, a na nich leżały jeszcze części odzienia, skóry i żelaztwo. Różnego rodzaju obówie walało się po kątach i izbie, bóty, pantofle, trzewiki, kalosze. Na oknach były flaszki z lekarstwami dla koni, maście, słoiki ze szrótem i prochem, sznypry i podkowy połamane. W głowach łóżka stał kantorek, którego szukał P. Mateusz, i ku któremu chciwie poskoczył. Z siłą jakiéj dodaje wola, oderwał od razu stare spruchniałe wieko, sięgnął do szufladki i pakował papiery w kieszenie, a pakiet starannie w chustkę od nosa uwinięty włożył na piersi. Potém zatrzasnął bióro, zamknął pokój i pośpieszył do ex-Podkomorzynéj, która go w największéj niespokojności oczekiwała.
— Teraz, rzekł wchodząc, zapisy są w moim ręku, każę zaprzęgać i pojedziem. Zawołał na sługę.
— Cztéry konie do karety, w ten moment!
Sługa się wahał.
— Słyszysz! w ten moment, krzyknął Pan Mateusz, inaczéj nauczę posłuszeństwa.
— Ale jakże ja mogę wyjechać? rzekła drżąc Ciotka — to być nie może!
— Chceszże Ciocia męczyć się z nim i spokojnéj nawet nie mieć starości, dla tego że ten bezecny człowiek uwiodł ją, podszedł i zdradził, dla tego, że jesteś jego żoną? Maszże go szanować i być mu za to wdzięczną? Ja jestem w prawie i obowiązku oswobodzenia jéj!
Tak mówiąc wyglądał niespokojnie oknem czy powóz nie zachodził, a Ciotka ubierała się posłuszna w drogę, nie mając siły oprzeć mu się.
Nareście zaturkotała kareta, a P. Mateusz podał jéj rękę.
— Radzę zabrać pieniądze, obligi i precjoza, rzekł, zda się to na process, a ten bezecnik przez zemstę, mógłby papiery poniszczyć — a resztę przywłaszczyć?
— Ja nic nie mam, odpowiedziała Ciotka —
— Jedźmyż! rzekł P. Mateusz, wyprowadził ją w ganek, podał rękę do karety i siadłszy już wychylił głowę do ludzi, którzy się ciekawie zebrali byli na ganku.
— Słuchajcie moi kochani, rzekł, pilnujcie tu domu, a gdy jutro przyjedzie P. Bałabanowicz, nie dawajcie mu się tu rozporządzać z niczém i nic ztąd zabierać. Nie macie potrzeby słuchać go, taki jest rozkaz pani, nie pozwalajcie mu nic ztąd zabierać. Ruszaj! zawołał do furmana, do Brzozówki, co konie wyskoczą, masz dukat na piwo!
Kareta zniknęła w tumanach pyłu, a zdziwiona tą nagłą przemianą służba, z rozdartemi gębami, długo stała w ganku.
— To coś nowego, rzekł Jan, ale wszakże gorzéj nam nie będzie jak jest, dziéj się wola Boża! No! niechże teraz Bałabanosio powróci, oddam ja mu za swoje!



XII.

Nazajutrz wieczorem Jan siedzący w ganku ujrzał w lipowéj ulicy bryczkę Pana Bałabanowicza, którą poznał po szpakowatych koniach i podniósł się z radości na ławce, a potém usiadł znowu i zażył tabaki, mówiąc do siebie.
— No! chwała Bogu jedzie!
Już bryczka minęła bramę i zatoczyła się przed pałac, a Jan zwykle pokorny, nawet z ławki nie wstał na przyjęcie pana.
— Cóż to? zawołał wysiadając trochę napiły Bałabanowicz, czemu hultaju nie wstaniesz kiedy widzisz że przyjeżdżam? słyszysz?
— Któż to taki Waćpan jesteś, że takim tonem mówisz?
— Oszalał czy co! krzyknął z gniewem ex-Plenipotent. Héj! jest tam kto! związać go i wsadzić do ciupy! Co to jest? nikogo nie ma.
Spójrzał w ganek, tu stali wszyscy dworscy ale z pozakładanemi w tył rękoma i uśmiechem na ustach. Jan spokojnie zażywał tabakę i mówił powolnie.
— Ot lepiéj Bałabanosiu, nie udawaj pana, a zażyj tabaki!
I podał mu tabakierkę, którą ten pięścią uderzywszy wytrącił mu z rąk. Nie pojmując co się z nim działo, Bałabanowicz przywykły do posłuszeństwa, osłupiał.
— Cóż nieznacie mnie! zawołał, ale ja się dam wam poznać! Hej! wójta! stróżów!
Nikt nie słuchał. Bałabanowicz nie wiedział co począć, obracał się, kręcił, i na dobitkę słyszał jeszcze do koła szyderskie śmiechy służących. Oburzony chciał iść do żony, ale Jan mu drogę z flegmą zastąpił i rzekł.
— A dokądże to idziesz?
Bałabanowicz go popchnął, a ten oddał sowicie.
— Gdzie jest Pani? odezwał się drżący i nieprzytomny.
Ha! ha! rzekł Jan, już się nie poskarżysz na nas! mądrześ ty ptasiu ją okiełznał, ale znalazł się mądrzejszy od ciebie!
— Co to jest? co on gada? cóż się stało?
— No! no! zażyj tabaki i siadaj po staremu a nie udawaj pana, to ci powiem mój gilu. Nie ma Jejmości!
— A gdzież się podziała?
— Pojechała do Brzozówki.
— Do Brzozówki! I Bałabanowicz porwał się za głowę. Sama! sama pojechała.
— O! nie, z panem Mateuszem, odpowiedział Jan spokojnie.
— A zkądże się wziął tu P. Mateusz?
— Przyjechał i zabrał panią.
— W Imie Ojca i Syna. To być nie może, tyś pijany hultaju!
— Znowu się zapominasz, rzekł Jan, daj pokój i nie udawaj pana. Każ sobie konie zaprzęgać i ruszaj ztąd.
— Ja? ztąd?
— Taki jest rozkaz pani!
— Pani to śmiała powiedzieć! To kłamstwo, to intrygi P. Mateusza, ale ja go nauczę. Paniby mogła dać taki rozkaz.
— A kiedy ty mogłeś panią po pijanu łajać, kiedy ty mogłeś ją wypychać i odgrażać się bić, mogła cię ona ztąd wypędzić. Kwita byka za jędyka, rzekł Jan.
— Ale to mój majątek! to wszystko moje!
— Fiu! fiu! jakiś mi bogaty! Kłaniam się Jaśnie Wielmożnemu Panu! A nie możnaby wiedzieć, czy to kupione, czy darowane?
Pan Bałabanowicz nic już nie słuchając darł się przez sługi do swego pokoju, puścili go wprawdzie, ale Jan z tabakierką szedł za nim poważnie i kiwał głową.
— Chodźcie za mną chłopcy, rzekł na innych.
Wszyscy słudzy potoczyli się za Janem.
Ex-Plenipotent dopadł drżąc z gniewu, podziwienia i strachu, drzwi swojego pokoju, otworzył je i pędem pobiegł do biórka, zobaczył je odbite, papiery zabrane i załamawszy ręce, upadł na łóżko.
Jan który tego wszystkiego był świadkiem, poważnie odezwał się.
— A cóż, Bałabanosiu? nie prawdaż, że jest ktoś mądrzejszy od ciebie!
Bałabanowicz jak zabity milczał. Jeszcze raz zerwał się, szukał po szufladkach i znowu zgrzytnął zębami ze złości.
— No, widzisz, że nie masz tu co robić, mówił mu Jan, ruszaj sobie z Bogiem! Adieu! pisuj do mnie na Berdyczów!
To mówiąc wyprowadzał ex-plenipotenta który bezprzytomny wychodził z izby, a na progu jakby sobie coś przypomniał, raz jeszcze cofnął się i zaczął czegoś szukać w łóżku.
Jan wszystko to uważał i chwycił go za rękę gdy chował do kieszeni woreczek spory pieniędzy.
— To moje! to moje! wrzasnął przeraźliwie Bałabanowicz passując się z nim, to moje!
— Nic tu nie ma twojego, stary złodzieju, rzekł Jan zapalając się, trzech groszy nie ma twoich!
— Na miłość Boga! to moje! krzyczał jakby go ze skóry odzierano skąpiec, obóma rękami chwytając się woreczka.
— Złamanego szeląga ztąd nie wyniesiesz! odpowiedział Jan spokojnie, z pomocą sług wyrywając się mu. Jedź jak stoisz i to jeszcze łaska, że ci konie dam, bobyś powinien boso, o kiju, jak przyszedłeś, powędrować! To mówiąc, rzucił woreczek w biurko, wypchnął Bałabanowicza, drzwi zamknął, klucz do kieszeni schował i dał znak sługom, żeby go ku gankowi skierowali.
Mimowolnie zgrzytając zębami ze złości wypędzony Bałabanowicz, pobiegł do stajni, siadł na bryczkę i wkrótce Jan zażywając tabakę w ganku, ujrzał go znowu w lipowéj ulicy.
— Jedź z Bogiem a niewracaj! mówił, krzyżyk ci na drogę, Bałabanosiu!
A słudzy radzi zemście śmieli się do rozpuku. Napuszony stary Jan, powydawał surowe rozkazy, nakręcił zégar w sieniach i poszedł zamknąwszy pokoje, rozstawiwszy wartowników, na gawędkę do kuchni, jak zwykł był czynić za spokojnych czasów od lat dwudziestu. Wkrótce tak było cicho w Złoto-Wolskim dworze, jak niegdyś za Pani Podkomorzynéj, i wszyscy weszli w dawne karby.

separator poziomy

XIII.

Jak tylko Pan Mateusz przywiozł Ciotkę do Brzozówki, zaraz kazawszy podać świece i poleciwszy Annie, aby ją zabawiła, pobiegł do swego pokoju przejrzeć zabrane papiery w biurku Bałabanowicza.
Znalazł ich więcéj i ważniejszych niż się spodziewał, bo nie tylko zapisy Podkomorzynéj, jéj dożywocie na dwóch krociach męża, ale obligi jego własne, notatki dowodzące wielu kradzieży, listy, a co najdziwniéj Indult, za którym ślub dawał Wikary, i któren powinien był odebrać do siebie. Jak tylko zobaczył go P. Mateusz, tknęło go coś, zaczął mu się zbliska przyglądać, i poznał że był fałszowany! To było więcéj niżeli mógł życzyć sobie. Prędko więc pobiegł do Podkomorzynéj.
— Przekonaj się Pani, zawołał, jakiemu to uwierzyłaś człowiekowi! on cię całe życie oszukiwał, on jest złodziejem i fałszerzem!
— Fałszerzem!
— Tak, bo Indult, za którym ślub dany, nieważny i fałszywy! Pani nie jesteś jego żoną, zapisy niszczym, jesteś wolną i panią majątku.
— Ale to być nie może! zawołała Ciotka niedowierzając.
— To tak dalece jest prawda, że Bałabanowicz za sfałszowanie Indultu może być najsrożéj karany, i jeśli ja nie będę miał nad nim litości, zginie!
— Nie gubże go, odpowiedziała Podkomorzyna, wstając i prosząc, i mnie wstydu przez to narobisz —
— Oto są zapisy, rzekł Mateusz, każesz mi je pani zniszczyć?
— Spal je! spal.
Wnet płonęły na kominku.
— Spal i ten Indult!
— O! tego nie mogę uczynić, odpowiedział Mateusz, Bałabanowicz zechce nas processować, a tak mamy go w ręku, ugoda będzie łatwa i Ciocia oswobodzona zostanie od niego.
Podkomorzyna nie śmiała się już sprzeciwiać, Pan Mateusz papiery pochował i zalecając żonie, aby o Ciotki wygodach myślała jak najstaranniéj (chodziło mu o zapisy) poszedł wypocząć.
Nazajutrz ledwie na brzask się miało, wysłał po Sędziego, któren przybył z południa. Nastąpiła długa narada względem tego jak postąpić należało, lecz nic stanowczego nie zdecydowano. Pan Mateusz śmiało zabierając się processować o rozwód, sądził zawsze, że Bałabanowicz zgodzi się na to dobrowolnie i jeszcze mu coś ze swojego funduszu ustąpić będzie musiał, broniąc się od zarzutu fałszerstwa, które, łatwo dowiedzione, zgubićby go mogło. Mając go zupełnie w ręku czekał spokojnie, ale tego dnia jeszcze nic nie zaszło. Nazajutrz dopiéro rano zjawił się znowu Sędzia, którego za pośrednika stary skąpiec uprosił. Bałabanowicz zdawał się na łaskę i żądał tylko zwrócenia Indultu, przystając na rozwód i zniszczenie zapisów, domagał się wszakże zwrotu swoich obligów, listów i notatek.
Pan Mateusz ani chciał o takiéj zgodzie słuchać.
— Cóż to on mnie ma za szalonego, rzekł, żebym ja mając go w ręku, darował mu? O zapisy nie proszę, bom je zniszczył, rozwód i bez pozwolenia jego stanie, cóż mi da za to, że mu nie będę dowodził fałszerstwa?
Sędzia pojechał z odpowiedzią, ale Bałabanowicz, jak każdy skąpiec, który życie całe grosz zbierał, nie mógł znieść myśli, że utraci choć cząstkę majątku. Były chwile w których nieszczęśliwy przypuszczał raczéj myśl śmierci, niż wyzucie z pieniędzy, płakał, narzekał, rospaczał, miewał chwilowe pomięszanie. Opis jego stanu bynajmniej P. Mateusza nie zmiękczył, on zimno powiedział sobie —
— Mam go w ręku i muszę skorzystać! Byłbym głupi, gdybym tego nieuczynił — Od stu tysięcy ani grosza mniéj!
Próżno Sędzia usiłował go nakłonić do zmniejszenia summy. P. Mateusz stał przy swojém i dopiął swego. Wybrał najpewniejsze obligi, na których przelew zapisał Bałabanowicz, i dopiero w ów czas zwrócił papiery i indult. Zaledwie resztki swego majątku i dowód występku dostał w ręce ex-plenipotent, wyjechał i zniknął, tak, że nikt nie mógł się nawet domyślać co się z nim stało. Process o rozwód, na który dał przed wyjazdem konsens Bałabanowicz, poparty silnie w Konsystorzu, ukończył się pomyślnie i Pani Dorota powróciła żyć jak wprzód do Złotéj Woli.
Lecz przy tylu zatrudnieniach, nie miał czasu P. Mateusz wymódz zapisów na Ciotce, a może mniéj dbał o nie, wiedząc, że majątek i tak na żonę jego spadnie, nie lękając się już nikogo. Zyskane niegodziwie na Bałabanowiczu sto tysięcy, zasiliły go w interessach i wróciły mu dobry humor, któren objawiał się jak wprzódy, w żartobliwém znęcaniu się nad żoną, zawsze równie nieszczęśliwą, opuszczoną i przykutą do jego najmniejszych kaprysów.
Gdy się to dzieje w Brzozówce, Bałabanowicz ucieka, ale nie bez myśli zemsty. Długo on szukał w głowie, długo się zastanawiał nim cień pozoru i sposób zaszkodzenia P. Mateuszowi wynalazł. Gniew dodał mu dowcipu i w końcu wyrozumował, że niema innego środka, jak odebrać mu żonę, na któréj całe jego majątkowe spoczywały nadzieje. Wiedział on, że zapisów nie było, rachował na to, że nie mieli dzieci, i powiedział sobie, że gdyby mógł ich do rozwodu doprowadzić, zabiłby p. Mateusza i najsrożejby się pomścił. Ukryty w blizkości, szpiegował, wywiadywał się i cały oddał się jednéj myśli, jednéj żądzy pomszczenia się. Przejrzawszy jednak jakim sposobem mógłby zamiaru dopełnić, środków wynaleźć nie umiał.
Wiedział on, że anielska Anna, znosząc wiele, cierpiała bez użalenia się, łagodnie i przyjęła życie jak było, nie przypuszczając podobieństwa przemiany na lepsze. Jednakże pojmował, iż wmięszawszy między małżeństwo trzecią jaką zręczną osobę, mógłby krokiem ku zemście postąpić, pojmował, że mąż gdyby miał na nią podejrzenia, zacząłby się z nią gorzej jeszcze obchodzić, że przywiedziona do rospaczy Anna mogłaby się chwycić jakiegoś środka ratunku. — Stanął więc na tém, że należało mu wyszukać kogoś, coby małżeństwo poróżnił, było to trudném raz, że się musiał ukrywać, powtóre, że nikogo zdatnego ku téj missij szatańskiéj nie znał. Nie tracił jednak nadziei, i z nieugiętą wolą zemsty, pieszcząc się myślą tą, czekał pory, wyglądał człowieka. Lecz próżno łamał głowę, szukał, patrzał, probował, nikt mu się niezdarzył; cierpliwy czekał jeszcze niezrażając się wcale. O kilka mil od Brzozówki, ukryty wśród lasu w nędznéj chacie budnika, żył tylko swoją zemstą i niekiedy z największą ostróżnością czynił wycieczki po miasteczkach, zawsze bezskuteczne, bo nie tam mógł znaleźć tego, kogo potrzebował.
Nigdyby niemógł był dopełnić co sobie usnuł stary, gdyby niedziwny i przyjazny mu skład okoliczności.
Kiedy P. Mateusz starał się jeszcze o Annę, wiemy, że Sędzia, wspomagając go, i chcąc fundusze jego na oko powiększyć, dał mu od siebie oblig kondyktowy na sto tysięcy złotych, pozwolił go wnieść w akta, a przy sobie dla bezpieczeństwa kwit tylko zatrzymał. Nie myślał potém zaraz skasować długu, oblatowaniem kwitu i rzecz tę jak była zostawił. Tym czasem niewiadomo jakim przypadkiem zginął kwit, a Sędzia ufając człowiekowi, dla którego tyle czynił, wcale się o to nie troszczył. Dla jakichś jednak interessów, potrzebując znieść ten zmyślony ciężar ze swego majątku, upomniał się u P. Mateusza, aby mu kwit przed aktami zapisał, oświadczając się, że swój zgubił.
Za całą odpowiedź otrzymał te szyderskie słowa.
— Wszakżeś mi to darował?
— Ja! zawołał Sędzia, chybaś oszalał, wszakże mi kwit dałeś! Jakże mogłem czynić ci taki podarunek, chybabym sam chciał zostać bez kawałka chleba.
Na to wszystko odpowiedział P. Mateusz uśmiechem i zaręczeniem łaskawém, że summy poszukiwać nie będzie do jego życia.
Tak podła zdrada oburzyła Sędziego do najwyższego stopnia, nie pojmował, nie przewidywał, że mu się tak może jego ulubieniec wywdzięczyć i śmiertelną powziął ku niemu nienawiść. Rozeszła się o tém pogłoska w sąsiedztwie, ale P. Mateusz już wcale niedbał o opinją i żartował z niéj sobie. Dowiedział się w swojém ukryciu Bałabanowicz o nienawiści Sędziego ku swemu nieprzyjacielowi, i przeczuwając w nim sprzymierzeńca użytecznego, potajemnie ku niemu pośpieszył.
Na widok upiora niebyłby się bardziéj nastraszył Sędzia, jak ujrzawszy Bałabanowicza, który zgryzotami wynędzniały, siny, skurczony we dwoje, przyszedł mu rozwinąć plany swojéj zemsty. Wzdragał się przyjąć je z początku Sędzia, lecz gdy Bałabanowicz zajątrzył go zręcznie, dał się nakłonić. Chodziło o zdatnego i niepodejrzanego człowieka, którego łatwiéj daleko było znaleść Sędziemu, mającemu rozległe stosunki, i niepotrzebującemu się ukrywać. Obrano jednozgodnie na kochanka Annie, a nieprzyjaciela Mateuszowi, niejakigo Teodora Ordęgę, człowieka młodego, śmiałego i lubiącego, jak mówią poprostu, awantury.
Pan Teodor Ordęga liczył już lat trzydzieści, spędzonych częścią w wojsku, częścią na wsi, którą tęgo zadłużoną posiadał niedaleko Brzozówki. Z najlepszém sercem, nienajlepszą głową, pełen litości a razem zawadjaka i pojedynkowicz, jedną ręką sypał jałmużnę i tracił majątek, drugą stającym mu na drodze obcinał nosy i uszy. Niewiem, jak się to zgadzało, ale tak było wszakże. Z blizka mu się przypatrzywszy miał coś w postawie, charakterze, twarzy, przypominającego Don Kwichota, nosił wąs zawiesisty, chudy był, wysoki, przystojny, ale przesadą jakąś nieco śmieszny. Jak prototyp lubił romanse i całe życie wzdychał do awantur miłosnych, których mieć nie mógł jak na złość. Próżno ich szukał, próżno się narażał, zawsze się to jakoś spokojnie i prozaicznie bardzo kończyło. Żadna panna nie chciała mu się dać wykraść, żadna mężatka zbałamucić, to go niemal do rozpaczy przyprowadzało, gdyż zmuszony był w końcu kompromitować się, szukając przebranych heroin pod skromnemi sukienkami panien służących. Byłby się już choćby najspokojniéj ożenił wreście i rzucił oręż u stóp kochanki, ale nietrafiało mu się nic takiego, czémby się nawet nie wiele wymagając, mógł zadowolnić.
Smutny więc był los pana Teodora Ordęgi, który omal, że nazad nie wszedł w służbę, coraz ją czuléj wspominając; gdy Sędzia wystawił mu nieszczęśliwą Annę w takiém świetle, że uśpiona już żądza awantur nanowo z całą siłą obudziła się. Zdało mu się, że przeznaczony był do wybawienia jéj z rąk tyrana i nagrodzenia gorącą miłością nieszczęść, których w życiu doznała.
Pan Ordęga zapalił się tą myślą, postanowił naprzód pozyskać jéj serce, usnuł sobie zabić w pojedynku męża, ożenić się i t. d. Zdawało mu się to wszystko tak łatwém, jak połknienie kieliszka wódki, a co więcéj tak sobie ułożył cały szereg wypadków, tak się przejął swoją bajką, iż najpewniejszy był, że się to co do joty urzeczywiścić musi. Znał on Annę i P. Mateusza, i bywał u nich, ale dotąd nigdy mu na myśl nie przyszło zakochać się w biednéj, że zaś P. Teodor kochał się głową, gdy raz sobie powiedział, że się ma zakochać, uwierzył temu i był posłuszny. Właśnie P. Mateusz wyjechał był w podróż do wód morskich, które mu lekarze poradzili, na osłabienie z nadużycia sił pochodzące, gdy Ordęga myśl zakochania się powziął i nieczekając dłużej, postanowił szukać awantur.



XIV.

Dotąd w życiu Anny niezaświeciła miłość ani na chwilę, ona była już o niej zapomniała nawet, a jeśli kiedy przypominała jéj xiążka, rozmowa, to uczucie tak sławione, tak roskoszne, tak nieodbite w życiu kobiety, zdawało jéj się zmyśleniem. Osłabiona ciągłą męczarnią nie pojmowała exaltacij nieoddzielnéj od miłości, sarkazmy męża także przyczyniły się do zachwiania w niej wiary w uczucie, które on malował jéj jako bydlęcy przemijający szał niemający w sobie nic czystego, nic szlachetnego. Rzadko nawet przychodziła jéj na myśl miłość a nigdy nie dozwoliła sobie nawet marząc przypuścić, żeby jeszcze kochać lub kochaną być miała. Smutne to było życie téj kobiety, odczarowanej na wszystkie najsłodsze nadzieje, któréj nikt nie pocieszał, nikt nie pomógł znosić cierpień, z którą nikt nie podzielał nawet myślą i litością męczarni.
W takiém to usposobieniu Anny zjawił się przed nią już zakochany Ordęga, pełen zapału, z poświęceniem w ustach, z mową płomienistą, z oburzeniem na postępowanie męża (o którém cały świat wiedział) ofiarując się stanąć w jéj obronie, kochać ją, i choćby zginąć za nią. Pierwsze pokazanie się tego człowieka przejęło Annę, choć usposobiona do niewiary w miłość, znalazła ją tak słodką w ustach mężczyzny, uczuła taką radość nieopisaną w sercu, że dozwoliła sobie przeczuwając nowe męczarnie, sprobować nowego uczucia. I na jéj miejscu, którażby kobieta odepchnęła pierwszą miłość? Czuła ona, że źle robi dozwalając się kochać, tolerując zakazane przywiązanie, lecz jakże mogła rozstać się tak prędko z tém, co pierwszy raz w życiu obiecywało jéj choć słabą nagrodę za tyle cierpienia? Z ciekawością dziecięcia, z chciwością starca, przed którym życie ucieka, Anna chwyciła się téj miłości, poddała się jéj, i wyschłe serce żądzami, gwałtownie się, bo raz pierwszy, bo tak późno, przywiązało do człowieka, który odzywał się do niej nieznanemi słowy, językiem jaki tylko w marzeniach i xiążkach czytała. Nie widziała w tém występku Anna, postępowanie męża, jego własne nauki, uniewinniały ją. Zresztą któż iéj nie przebaczy, kto nie pojmie jak konieczném było poddanie się temu uczuciu tak nowemu, tak ciekawemu, tak niespodzianie przychodzącemu?
Ordęga jak na pierwszego kochanka kobiéty która nieznała miłości, tylko z opowiadania, był właśnie najstosowniejszy; to co w innych okolicznościach zdawałoby się w nim śmieszném i przesadzoném, tu dowodziło tylko szczerości i zapału. Jego postawa, twarz, mowa, noszące cechy jakiejś rycerskiéj ślachetności, musiały się podobać Annie, przywykłéj do szyderskiego, zimnego spójrzenia i wyżółkłéj twarzy egoisty. Oddana sama sobie, bez rady, bez przyjaciółki, bez najmniejszego doświadczenia, Anna przyjęła tę miłość, jak dzieci cukierki, z nietajną roskoszą, z widoczną radością. Jeśli zdarzało jéj się pomyśleć o przyszłości, odganiała od siebie natrętne przeczucia, roiła najdziwaczniejsze plany, żeby się przy jednéj życia pociesze utrzymać. Jedném słowem łatwiéj, niżeli się mógł spodziewać zrażony niepowodzeniem Ordęga, dała się podbić Anna, i z zamkniętemi oczyma na skutki, dozwoliła mu bywać w domu, nie broniła mieć nadziei, a podbudzana przez niego, przyszła do zwierzenia się swojego życia, swojego nieszczęścia.
To zaufanie okazane mu, silniéj jeszcze podpaliło kochanka, a nowym węzłem połączyło z nim Annę. Znalazła w nim bowiem przyjaciela, przyjaciółkę, których nigdy nie miała. Człowiek ten łatwo się zapalający, szczerze uczuł jéj nieszczęścia i gwałtownie przywiązał się do niéj. Z głowy, w któréj powstała miłość, przeniosła się ona do serca; i on także całe życie czekał i wyglądał wielkiego przywiązania i on wyciągał ręce do wszystkich i on był niezrozumiany, nieukochany od nikogo. Ordęga wkrótce czcił Annę jak bóstwo i wylał na nią cały zapas uczuć, przez ciąg życia w sercu nagromadzonych, a dotąd mało zużytych. Miłość jego stała się gwałtowną namiętnością, a charakter osobisty nadawał jéj ważność stanowczego wypadku, za jaki mają miłość tylko ludzie szczerzy lub młodzi bardzo.
To wszystko odbyło się w ciągu kilku wizyt, które coraz częstsze, skończyły się na codzienném widywaniu. Anna nie wahała się bojąc szpiegów mężowskich, udawać przechadzki, wymykać się z domu i zchodzić się z nim w ogrodzie, w lesie — Jéj zdawało się to tak naturalném! tak ją opanowała ta pierwsza miłość, tak ją zaślepiła na przyszłość, na skutki, na wszystko! Przyczyniał się do tego Ordęga, który ilekroć wspominał o mężu, czynił to z niewypowiedzianą wzgardą i lekceważeniem, któremi biedną Annę zaraził. I jéj się zdawało, że potrafi postawić mu się śmiało, że się go nie zlęknie, nabierała sił ze swego przywiązania.
O! jakże szybko czas im upłynął, jak niesłychanie prędko uciekły miesiące naznaczone na pobyt u wód morskich, jak straszniejsza codzień objawiała się przyszłość; jak smutniejsze jeszcze życie, cięższe stokroć do zniesienia po chwilowéj przerwie cierpieniom, groziło Annie. Przeczuwała, że ciężko odpokutować będzie musiała za to, że uczuła przecie, iż jest na ziemi choć kropelka szczęścia, choć chwila odurzenia roskosznego, przeczuwała, że mąż dowie się o wszystkiém.
Nieraz przychodziło jéj na myśl uciec gdzieś z Ordęgą, pójść do Rzymu, paść do nóg Papieża i prosić, aby ją od ślubów uwolnił. Marzyła jak dziecię! a ktoby jéj myśli podsłuchał, zaledwieby mógł uwierzyć prostocie kobiéty, na którą całą szkaradą swego cynizmu, swego niedowiarstwa, oddychał zepsuty człowiek. Lecz ona zepsuć się nie mogła, bo zaraza zepsucia wchodzi tylko do tych, którzy już są usposobieni do jéj przyjęcia, w których duszy jest szczelina otwarta, ona się zgorszyć nie mogła, bo nie pojmowała całkiem złego, nie było na nie miejsca w jéj anielskiém sercu.
Uczuwszy miłość Anna całkiem nowy świat ujrzała odsłaniający się przed sobą, wszystko jéj się tłumaczyło, odkrywało, pojęła życie. Dotąd ciągle cierpiąc, jedną tylko stronę rezygnacij rozumiała wszystko co ją dotykało, sądziła, że to uczucie jest najważniejszém i jedyném nieodbitém, teraz przekonała się że tylko pomocniczém było. Łatwo biédna uniesiona obecném szczęściem, zapomniała przeszłości, wcielając się w teraźniejszość, dziwiła się nawet jak wprzódy żyć mogła. Całkiem nowe skarby odkryła w muzyce, którą już nie jak sztukę, lecz jako tłumaczenie uczucia pojęła, całkiem inaczéj widziała siebie, i pierwszy raz w życiu chciała być piękną i młodą, przekonała się że jeszcze nią była. O! cóż to były za chwile roskoszne, kiedy Anna z tém przejęciem się, jakie daje miłość, opisywała Ordędze swoje życie, swoje męczarnie, kiedy mu się słodko skarżyła na niedolę, i pytała naiwnie, czy wszystkie kobiéty skazane są tak cierpieć.
— Mój drogi, mówiła, od czasu mego dzieciństwa nikomu jeszcze nie zwierzyłam się poufale, nikomu szczerze się nie wylałam, nikt mnie nie chciał zrozumieć, wszyscy śmieli się ze mnie! A ileż to łez moich niepoliczonych noc i dzień spadało, które Ciotka i mąż jak zbrodnią mi wymawiali. Pierwszych lat pobytu u Ciotki zdawało mi się, że przeszedłszy z objęcia mamy, w ten zimny świat jakichś inszych ludzi, nie wyżyję, nie potrafię do niego przywyknąć, ale musiałam i cierpiąc oswoiłam się z niemi, choć ich nawzajem nie pojmowałam, jak oni tak żyć mogli? Ciotka wydała mnie za mąż, nie pytając czyli tego chcę czy nie, wiedząc nawet żem się lękała jak śmierci tego zamęzcia, pewna iż do męża przywyknę i że między dwóma ludźmi może być tylko różnica twarzy i postawy, nie pojmując jak Bóg dziwnie różnych ich stworzył i tak niepodobnych sobie. Nie mogłam oprzeć się Ciotce, bo cóżbym była zrobiła z sobą? nie miałam się gdzie podzieć? nie miałam się do kogo udać. Mówiłam ci nie raz, co mnie czekało przy mężu, niewola i łzy. A znieść co ja zniosłam, przeżyć co ja przeżyłam, kto innyby może nie potrafił, ja sama nie wiem czy drugi razbym mogła — To przechodzi ludzkie pojęcie i miarę cierpliwości, jaką Bóg dał sercu kobiéty?
— Czemuż, odpowiadał jéj oburzony Ordęga, nie starałaś się ulżyć sobie, nie poddając się mężowi całkowicie, walcząc z nim, opierając się jego tyranii?
— A jakżem walczyć miała? jestże czém walczyć kobiecie oddanéj takiemu człowiekowi, zależącéj od niego, gdy wszystka siła z jego strony, a z mojéj łzy tylko były? Czémże miałam walczyć? on śmiał się z łez, śmiał się z jęku, śmiał się z mojego oburzenia, żartował z boleści, nie wierzył w żadne uczucie! Gdybym się śmiała oprzeć, byłby rozgniewany niewiedzieć do jakich środków ohydnych się uciekł! Ty nie pojmujesz tego człowieka! A nikogo nie miałam za sobą — nikogo, sami w domu, zawsze sami; próżnobym szukała pomocy, rady, człowiek ten jak na umyślnie mnie odosobnił, żeby jeszcze łatwiéj dręczył, nie wstydząc się nikogo.
— O Anno moja! wołał zapalony gniewem Ordęga, teraz masz pomocnika, masz litościwe i oddane ci serce, masz mnie na rozkazy. Ja go zmuszę do innego postępowania!
— Ty? chybabyś chciał siebie i mnie wydać! Ten człowiek tak jest podejrzliwy. On, kiedy mi jeszcze żadne przywiązanie obce na myśl nie przychodziło, sto razy mnie już o nie posądzał.
— Ja go wyzwę i zabiję!
— Ach! nie mów tego, odpowiedziała Anna, nie wiem czemu, ale żalby mi go było!
— Więc ty go kochasz?
— O nie! mówiła naiwnie Anna, mogłażbym go kochać po tém co cierpiałam? Lecz jam mu przysięgła.
— Nieważna to była przysięga, bo wymuszona, wołał Ordęga, w oczach Boga ty jesteś wolna, same cierpienia twoje już cię ze ślubów rozwiązały!
— A jednak, smutno odzywała się kobiéta, ja z nim jeszcze tak długo, zawsze, żyć muszę. Dawniéj pojmowałam to, mój drogi, lecz dziś, kiedy mi Bóg zesłał pocieszyciela, kiedy kilka dni innego życia mam w duszy, jakże ja te męczarnie zniosę! jakże ja z tym kamieniem u szyi żyć potrafię!
— Uciekaj ze mną! wołał Ordęga.
— Dokąd? odpowiedziała mu Anna po cichu. Cudza żona! — cudza własność, mąż dopominałby się o mnie jak o charta, któregoby mu skradziono, a świat nie ma wyrozumiałości na nieszczęście, świat widzi tylko pozory. Niktby nie wiedział com cierpiała, każdyby wiedział com zrobiła! i każdyby mnie potępił.
— Wszakże są prawa! są sądy, możesz powiedzieć, możesz się skarżyć.
— Ja! jabym się miała odważyć mówić to przed ludźmi zimnymi i niedowierzającymi, żeby ze mnie szydzili! I Anna zakrywała twarz rękoma płacząc, a Ordęga pałający gniewem, oburzeniem roił tysiąc dziwnych sposobów oswobodzenia jéj. Tak upływały miesiące niebytności męża dla Anny, dodajmy że mimo wszystkich pozorów miłości biednéj kobiéty była czysta; nigdy ją nie pokalał nawet swawolny pocałunek. Ona, nadto zrażona była cynizmem męża, żeby do swojéj nowéj miłości przypuściła choć jedno mniéj ślachetne, cielesne jéj objawienie, z którémby się łączyło przypomnienie Mateusza. Była to więc jedna z tych namiętności platonicznych, z których starsi się śmieją, w które tylko młodzi zapaleńcy wierzą, póki świat ich nie rozbestwi i nie popsuje. Ordęga przy swojéj miłości, miał tyle uszanowania dla Anny, że nad pocałowanie jéj ręki, nie śmiał się wyższego od niéj domagać szczęścia. Jéj cierpienia przeszłe okrywały ją w oczach jego blaskiem męczeństwa, koroną świętości, kochał w niéj nie kobietę, lecz cudne zjawisko jakieś, o którém marzył przez sen, kochał ją sercem młodém, odrodzoném, bez żadnéj żądzy więcéj, tylko widzenia ją szczęśliwą. Taka miłość bywa najroskoszniejszą, lecz rzadko trwałą, dla Ordęgi i Anny jaśniała ona tylko kilka miesięcy. Raz, kiedy siedzieli w ogrodzie i rozmawiali swobodnie, zaturkotało przed gankiem, Anna się porwała i pobladła, spójrzała i zawołała.
— Mój mąż przyjechał!
Potém bezprzytomna pobiegła ku domowi, a Teodor długo przeprowadziwszy ją oczyma, odszedł ze spuszczoną głową.
Zaledwie Anna z bijącém sercem i niepokonaną bojaźnią stanęła na progu domu, zwalniając kroku umyślnie, aby pół-chwilą poźniéj męża zobaczyć; ukazał się on przed nią z uśmiechem na ustach i powitał.
— Gdzieżeś to biegała? zkąd wracasz tak zarumieniona?
— Z ogrodu.
— A jak uważam nie spodziewałaś się mnie!
I cóż, rada jesteś mojemu przybyciu?
Anna nie miała siły na odpowiedź.
— Powróciłem na biedę! dodał, możeś myślała że tam już umrę! ha! powróciłem z zapasem życia! Cóż tu słychać? Jak się miewa pani Bałabanowiczowa? Nie widziałaś się z nią? Bywał tu kto w czasie mojéj niebytności?
— Nikt, odpowiedziała cicho Anna, ale tak pomięszana, że mąż od razu poznał kłamstwo, zmarszczył czoło i pożałował swojéj łatwowierności i zaufania.
— Jak to? nikt a nikt? I wpatrywał się w nią uporczywie, nikt!! Będziemy to wiedzieli od sług! Zamyślony przeszedł do pokoju a Anna weszła za nim drżąca.

separator poziomy

XV.

Bałabanowicz z Sędzią uważali zdaleka postępy Ordęgi i łatwo dowiedzieli się od niego o miłości Anny. Cieszył się tém Bałabanowicz, ale jeszcze nie przewidywał na czém się skończyć miało. Sędzia, który lepiéj znał P. Mateusza, pojmował że bez porwania Anny i namówienia jéj na rozwód, na niczém się to skończy. Że mąż dowiedziawszy się o wszystkiém, ściśléj ją trzymać zacznie, gorzéj jeszcze męczyć będzie, ale sam nigdy nawet myśli rozwodu nie przypuści. Wiedział także, iż Podkomorzyna w przypadku gorszącéj jakiéj awantury, gotowa była siostrzenicę wydziedziczyć, a Pan Mateusz dość dał dowodów zręczności, że się po nim spodziewać można było wyłudzenia w takim razie zapisów na jego osobę. Podkomorzyna codzień starsza i słabsza, dawała z sobą czynić co tylko chciał P. Mateusz, wszyscy słudzy jak pana go słuchali, bo byli przez niego ujęci. Trudno więc było bardzo zemścić na nim.
Sędzia jednak naradziwszy się z płodnym w wybiegi Bałabanowiczem, postanowił jechać do Podkomorzynéj z gotowemi zapisy na imie siostrzenicy poczynionemi, wymódz podpisanie ich, uprzedzić Podkomorzynę o uciemiężeniu jakiego doznawała Anna od męża, prosić aby P. Mateusza nie przyjmowała więcéj, i oznajmić, że zmuszona do stanowczego kroku, Anna postanowiła zamknąć się tymczasowo w klasztorze a prosić o rozwód. To wszystko czynił Sędzia bez wiedzy Anny, pewien będąc, że gdy tym sposobem wszystko przygotuje, Ordęga łatwo ją namówi do ucieczki, pokazując sposób uwolnienia się od męża i zezwolenie na to Ciotki. Ponieważ zaś lękał się Sędzia, aby powód jego odwiedzin w Złotéj-Woli, i jego projekta, nie doszły wprzód Mateusza, nim Anna skłonioną zostanie do ucieczki, udał się naprzód do Ordęgi, uprzedzić go i kazać mu mieć się na pogotowiu tegoż dnia, którego on pojedzie do Złotéj-Woli.
Poźno już było, gdy do wioski naszego bohatera czwałem nadjechał Sędzia; ciesząc się na widok świateł w oknach, że Teodora jeszcze czuwającego zastanie. Ludzie jednak spali już i ledwie się do domu dostukał. Sam pan wybiegł w szlafroku, mycce z xiążką w ręku i przywitał Sędziego w sieniach, z podziwieniem.
— Coż cię tu tak poźno do mnie sprowadza? spytał.
— Twój własny interess, odpowiedział przybyły wtaczając się do pokoju, w którym wielki ogień palił się na kominie. Na stole paliła się świeca, porozrzucane były papiery, listy, poschłe kwiaty, medaljony i t. d. Na ścianach angielskie ryciny Pawła i Wirginij wisiały, a po za ramy pozatykane sterczały listy jeszcze, bukiety, wieńce nieśmiertelniczek i różne pamiątki. Kilka wazonów kwiatów zieleniały na oknach, w kącie połyskiwała szpada uwinięta krepą, nad którą nieco daléj rycerskie trofeum opylone wisiało. Maleńki zegar bronzowy, wyobrażający miłość w ułańskim szako, z szablą i ładownicą, pokazywał dziesiątą.
Sędzia padł znużony na kanapę.
— Każ mi dać szklankę wody, zawołał, wytchnę i zaraz ci powiem z czém do ciebie przyjechałem.
Pan Teodor pośpieszył z rozkazem i niespokojny stanął przed Sędzią, który rękawem pot z czoła ocierał.
— No, rzekł Sędzia, chceszli mieć Annę?
— Dziwne, na Boga pytanie! odezwał się Ordęga, możnaż tego nie żądać, dałbym życie!
— Możesz ją mieć i taniéj! Chodzi tylko o to, aby jutro wieczorem ją wykraść!
— To najmniejsza, ale cóż będzie daléj? spytał niespokojnie Ordęga.
— Ja to wszystko obmyśliłem, gotując się na długi wykład, rzekł Sędzia. Ten łotr Mateusz czyha tylko na jéj majątek, dla niego się ożenił, dla niego żyje, wyglądając śmierci Podkomorzynéj. Ona jest męczennicą w domu, najnieszczęśliwszą kobiétą. Wiedząc o waszéj miłości panie Teodorze, postanowiłem wam dopomodz. Jutro jadę do Podkomorzynéj z zapisami na imie siestrzenicy w kieszeni, z zapisami tém bardziéj nieodwołanemi, że je ułożyć kazałem formą obligów, na summę przechodzącą wartość całego majątku Podkomorzynéj. Wystawię jéj los Anny, postępowanie Mateusza z nią, jéj nieszczęście, wymogę zapisy i oznajmię, ze Anna będzie się domagać rozwodu, a tym czasem przeniesie się do klasztoru. Chodzi o to, żeby gdy ja wymogę zapisy, gdy uprzedzę Podkomorzynę, P. Mateusz nie dowiedział się o tém, aż gdy żony nie będzie już w domu, inaczéj pilnowałby iéj, gotówby ją zamknąć, wywieść gdzie, dopuścić się jakiéj zbrodni. Jestto bowiem łotr jakiego rzadko pod słońcem, którego nic nie wstrzyma, nic nie zastanowi, gdy mu chodzi o jego interes. Jutro w nocy potrzeba, żebyś miał gotowe konie, powóz, ludzi, broń na przypadek i oczekiwał mojego oznajmienia niedaleko Brzozówki. Jak tylko dam ci znać, że zapisy podpisane, że Podkomorzyna uprzedzona, potrzeba porwać Annę, bodajby przebojem, czujesz do tego odwagę?
— Ja! zawołał Ordęga śmiejąc się — ja! a czegożbym już wart był, gdybym tego niepotrafił uczynić!
To mówiąc poskoczył i uściskał Sędziego, porwał za szpadę i krzyknął.
— Choćby mi przyszło paść samemu, albo jego zabić!
— Lecz, rzekł Sędzia, czy Anna da się wykraść? czy da się przekonać? Może będzie się lękać, a nie wiedząc o dalszych projektach, nauczona bać się męża, nieodważy się na ten krok.
— Anna, rzekł Ordęga, nie może nie żądać rozwodu, gdy jéj tylko zezwolenie Ciotki i promyk nadziei pokażem, nieochybnie zezwoli!
— To warto zastanowienia, mówił Sędzia, często kobiéty płaczą i narzekają na swoje życie, a gdy przyjdzie uczynić krok stanowczy, nie odważą się nań?
— Ja jéj dodam odwagi! Wreście nie jest to jedno z tych drobnych nieszczęść, na jakie się pospolicie uskarżają kobiéty, choć je bardzo dobrze znoszą, los Anny jest nie do wytrzymania. Trzeba było tego Anioła, żeby zniósł to piekło!
— Jestże podobieństwo dostania się do domu, znaszże ty jego wewnętrzne rozporządzenie? Można ją porwać, nienarobiwszy hałasu i wrzawy? Czy nie trzebaby ją uprzedzić?
— Gdyby to było podobném, bardzoby dobrze było uprzedzić ją przez kogo, lecz z drugiéj strony, żeby mąż nie powziął jakich podejrzeń! W takim razie byłoby po wszystkiém, i chybabyśmy ją dostali formalném oblężeniem. Najlepiéj jednak cicho, bez wrzawy, tak aby osób niepoznano, porwanie dopełnić.
Ja na wszelki przypadek do niepoznania się zamaskuję: bo moja przytomność mogłaby szkodzić sławie Anny, tego niepokalanego Anioła. Rozporządzenie domu znam dostatecznie, bom u P. Mateusza bywał przed jego weselem. Żona zajmuje teraz pokój z szklannemi drzwiami od ogrodu, ten przytyka do bawialnego w którym nikt nie sypia, z jednéj, z drugiéj strony do sieni prowadzących do kancellarij Mateusza, za którą dopiero jest jego sypialny. Słudzy śpią w sieniach wielkich od dziedzińca, służące na drugiej stronie domu; ogród nie jest bardzo srodze oparkaniony, a fórtkę wybić łatwo jedném uderzeniem nogi. Chodzi tylko o to, żeby Anna na pierwsze ukazanie się ludzi nie narobiła krzyku, i najlepiéjby ją uprzedzić. Listu jednak straszno pisać, straszniéj posyłać, a ustnie ktoby się podjął tego poselstwa?
— Ja! odpowiedział Sędzia po namyśle. Będę u niego z rana i tém bardziej go oślepię na to co ma być wieczór w Złotej Woli! Wprawdzie jesteśmy na zimno, a raczéj jak najgorzéj, lecz ja jestem obrażony, pojadę niby dla proponowania ugody, i znajdę chwilkę jaką do pomówienia z Anną. Tak nawet lepiéj będzie. Jeśli ona się zgodzi, jadę ztamtąd do Ciotki, a z zapisami w kieszeni powracam tu przed nocą.
— Jakże ci odwdzięczę, przyjacielu, opatrzności ty moja! wołał Ordęga klękając przed nim. Mimowolnie przypomniał sobie Sędzia, że temi prawie słowy przemawiał do niego niegdyś Mateusz i westchnął, myśląc — Wszyscyż to tak jak on płacą!
Ordęga porwał się po chwilce i jakby go myśl nowa uderzyła, rzekł.
— A dadząż jéj rozwód?
— Radziłem się o to prawników, rzekł Sędzia, mamy za sobą wiele rzeczy. Nie wiem tylko czy Anna skromna i łagodna zechce, jakby powinna, wszystko coby mogła, zarzucać mężowi. Jednakże, wyszperałem ja zarzut przeciw ważności ślubu, pokrewieństwo bardzo dalekie wprawdzie między małżonkami, a najwięcéj rachuję na przyjaciół i pieniądze.
— A jeśli mąż nie zezwoli na rozwód?
— To podobno nie jest koniecznym warunkiem. Zresztą potrafim go do tego przymusić. Obca jedna okoliczność może nam pomódz do tego. Wiesz historją mojego obligu danego P. Mateuszowi? Znalazłem jego kwit, ale ukrywam go i dopiero gdy exystencij kwitu zaprzeczy P. Mateusz, ja z nim przyjdę i ze świadkami. Tym sposobem spodziewam się wymódz na nim rozwód, umarzając tę sprawę i nie rozpościerając jéj więcéj. Pokazując go podłym przywłaszczycielem, jakim jest w oczach całego świata, zabiłbym go ostatecznie na opinij, o którą on nieco więcéj dbać zaczyna, bo postępując w lata, zaczyna nabierać ambicij i ma ochotę piąć się do urzędów.
Długo jeszcze Sędzia naradzał się z Ordęgą, który zapalony myślą oswobodzenia Anny, połechtany nadzieją posiadania jéj, żwawo i śmiało zabierał się do porwania. Całą noc trwały tajemnicze przygotowania, rozesłani ludzie z końmi rozstawnemi po traktach, przysposobione powozy, przeliczone pieniądze, obmyślone wygody dla podróżnéj, narządzona broń na przypadek. Bałabanowicz, ciesząc się tą zemstą, ofiarował swoje konie, przysłał przez Sędziego potrzebne pieniądze, postarał się pasportów dla Anny i Teodora. Po długiéj naradzie postanowiono, aby jeśli się uda wykraść ją bez wrzawy, wszystko tak ułożyć, jakby ona sama uciekała z domu. Ordęga powierzywszy doprowadzenie jéj do miasta najbliższego Bałabanowiczowi, miał powrócić do domu i udawać całkiem obcego téj sprawie. Tę ostrożność doradzała mu myśl o sławie Anny, mogącéj szwankować na wykradzeniu przez młodego człowieka, w którym łatwo każdy zalotnikaby poznał.
Gdy wszystko obmyślono, Sędzia spokojnie układł się na kanapie i kazawszy się zbudzić bardzo rano, aby miał czas odbyć wizytę w Brzozówce i stanowczą czynność w Złotéj Woli, zasnął snem sprawiedliwych, a raczéj zmęczonych.
Pan Teodor ani mógł przyłożyć głowy do poduszek, tak go jutrzejsze zajmowały wypadki.



XVI.

— A! Pan Sędzia! zawołał Mateusz widząc go wchodzącego. Pan Sędzia!
— Niespodziewałeś się mnie — ?
— Nieśmiałem, odpowiedział pół szydersko, pół niespokojnie gospodarz, któremu naprzód na myśl przyszło, czy się kwit nie znalazł. Tak dawno nie miałem tego szczęścia.
— Nie kłam proszę cię, rzekł Sędzia spokojnie, dałeś mi się poznać dostatecznie, na cóż jeszcze te ceremonije! Doświadczywszy twojéj wdzięczności, twojéj uczciwości; nie chcę już słyszeć o nich więcéj.
— Panie Sędzio!
— Miałbyś się srożyć? tego jeszcze brakowało! Przypomnij jakeś podle mnie podszedł, coś ze mną zrobił i oszczędź sobie słów próżnych.
P. Mateusz nie wiedział co odpowiedzieć, szukał jednak w głowie, za coby mógł jakiekolwiek tłumaczenie uczepić, ale napróżno. Sędzia usiadł i rzekł.
— Trudno abym ci przywrócił moją przyjaźń i szacunek, nadto cię już znam panie Mateuszu, chciałbym jednak skończyć z tobą?
— Na cóż kończyć — ja się niczego nie dopominam, ja nic nie chcę —
— Jest to jeszcze łaska z twojéj strony? nieprawdaż? I wielka łaska! Lecz ty się dziś niedopominasz, bo ja żyję, bo nie chcesz żebym cię tak wystawił przed sądem jak jesteś, niewdzięcznym, to mało ale podłym złodziejem.
— Panie Sędzio!
— Obrażają cię słowa, a nie bałeś się uczynku? Dziś ty mnie nie zaczepiasz, ale gdybym jutro umarł, pozwiesz pozajutro moich biednych synowców i wyzujesz ich z ostatniego kawałka chleba, za to, że ich stryj podał ci rękę i pomógł, nieprawdaż?
P. Mateusz gryzł wargi i milczał.
— Chcę więc skończyć z tobą panie Mateuszu, ustąpię ci coś z twojéj kradzieży i będę milczał.
— Ja nie chcę żadnéj ugody i nic się nie dopominam, odpowiedział gospodarz, boli mnie tylko żeś tak się względem mnie odmienił Sędzio.
— A ty?
— Cóż chcesz — prawdziwie, cóż ja ci robię - !
— Niepojmowałem żebyś potrafił jeszcze usta do tłumaczenia się otworzyć. Podły człowiecze.
— Pan mnie chcesz z własnego mego domu wypędzić!
— Nie zatrzymuję cię, ale rozumiem, że przynajmniéj mi pozwolisz tu odetchnąć —
— Więc ja uchodzę! rzekł gospodarz porywając za kapelusz. Wyszedł zatrzasnąwszy drzwi za sobą, a wkrótce podano mu konia i Sędzia ujrzał go z chartami wyjeżdzającego w pole.
Tego mu potrzeba było właśnie, natychmiast więc udał się do Anny, która z bocznego pokoju całéj rozmowy słuchała.
— Przybyłem tu dla ciebie, rzekł do niéj spiesznie Sędzia, nie mam chwili do stracenia. Chcesz być wolną?
— Ja, wolną? alboż to być może — ? Cóż to jest?
— Dziś będziesz mieć zapisy od Ciotki i jéj zezwolenie na rozwód, dziś w nocy wyjedziesz ztąd do klasztoru i nie wyjdziesz z niego, aż wolną od ślubów i panią swéj woli!
— Byćże może! Sędzio! jakże to się stanie? zawołała Anna podbiegając ku niemu — Mogłożby to być!
— Wszystko jest przygotowane przez twoich przyjaciół, ja ci pomagam. Zostaw drzwi otwarte od ogrodu — Niemogę dłużéj mówić, żeby ludzie nas nie podsłuchali, lub nie postrzegli. Bądź spokojna i czekaj! Bądź zdrowa.
Tych słów domówiwszy, a widząc z oczu Anny, że się nie potrafi oprzeć nadziei oswobodzenia, pewien jéj zezwolenia, wyszedł Sędzia z pokoju i nim P. Mateusz wieś minął, wyjechał ze dworu umyślnie śpiesząc, aby był przez niego widzianym. Dla niepoznaki minął Złoto-Wolską drogę i za laskiem dopiéro kazał zwrócić na nią i konie puścić czwałem.



XVII.

W Złotey Woli panował znowu ten sam porządek, ta sama cichość jak wprzódy, wróciły dawne zwyczaje, mops używał świeżego powietrza w ganku, zegar jednostajnym gankiem przerywał tylko ciszę, Jan drzemał z tabakierką w przedpokoju, a Pani Dorota ciągnęła kabałę. Wypadki, któreśmy opisali, tak się zatarły, że świadkom ich trudno już było w nie uwierzyć. Kiedy Sędzia zajechał przed ganek, zdawało mu się, że ledwie jedna noc upłynęła od chwili, kiedy tu w interessie P. Mateusza przyjeżdzał, tak dalece wszystko było też same.
Wysiadł i spytał o panią, Jan wprowadził go poważnie do pokoju i drzwi za nim zamknął. Pani Dorota powitała go jak starą znajomość, ze wszelką przyzwoitością i ceremonijami. Podano kawę i sucharki, bo już było po obiedzie, nowe pokolenie piesków assystowało temu, a Podkomorzyna jak dawniéj nieustannie gderała na nie.
Przekonawszy się, że nikt ich nie podsłuchuje, Sędzia wytoczył swoją sprawę i jak mógł najwyraźniéj, najjaśniéj opisał zdradę P. Mateusza względem siebie, jego obchodzenie się z żoną, a nareście co przeciw temu uczynić zamierzał, aby Annę ocalić. Podkomorzyna słuchała z atenciją, z powagą, i z tak zimną krwią, jakby nic nierozumiała.
— Jednak, dodała w końcu, P. Mateusz ocalił mnie z nieszczęścia.
— Miał w tém swój własny interess, odpowiedział Sędzia, bo mu chodziło o zniszczenie zapisów, a do tego korzystając z nieszczęśliwego położenia Bałabanowicza, odarł go do koszuli.
Podkomorzyna, która zawsze miała jeszcze niejaką słabość dla swego ex-plenipotenta, bardziéj się poruszyła tém przypomnieniem, niż wymównemi żalami nad losem Anny. Postrzegł to Sędzia i zręcznie z tego korzystał.
— Ten biedny Bałabanowicz, dodał, zostaje teraz z łaski jego w największéj nędzy, a jednak zawsze życzliwy dla familij Pani Podkomorzynéj, czuwa nad losem Anny i on to mnie piérwszy namówił, abym się w to wdał.
— Poczciwy Bałabanosio! odezwała się Podkomorzyna, gdzież on jest?
— Ukrywa się niedaleko ztąd? rzekł Sędzia, oddał się bogobojności i postanowił resztę życia strawić na ustroniu na dobrych uczynkach!
Podkomorzyna coraz bardziéj się rozczulała, Sędzia tym czasem docierał.
— Chodzi więc tylko, rzekł, aby Pani Podkomorzyna zerwała zupełnie z P. Mateuszem i ogłosiła się za siostrzenicą —
— Poczciwy Bałabanosio! szeptała ze łzami Pani Dorota, on to wszystko obmyślił, masz racją Sędzio!
— On tu nieochybnie zgłosi się, ale potrzeba mu drzwi zamknąć przed nosem, dodał, tym czasem zaś uprzedzając jego zdrady, potrzeba podpisać ten obligowy zapis na imie Anny. Tu wydobył z kieszeni gotowy papier, podsunął kałamarz i pióro i zwracając rozmowę na Bałabanowicza, naglił Panią Dorotę.
— Bałabanowicz, rzekł, podał mi tę radę, potrzeba abyś to Pani uczyniła, i dopomogła nam do rozwodu, na który siostrzenica pani z serca się zgodzi, bo niewiem jak dotąd w téj niewoli wytrzymać mogła.
Oczarowana urokiem imienia Bałabanowicza, podpisała ex-podkomorzyna i na wszystko się zgodziła, Sędzia nie posiadał się z radości, wpakował papier do kieszeni i pod pretextem zbliżającego się wieczora, pożegnał P. Dorotę, któréj jeszcze kilka razy powtórzył, aby dopiéro nazajutrz rano wydała rozkaz niedopuszczania P. Mateusza do siebie.
Pewien już, że reszta równie pomyślnie pójdzie, Sędzia wsiadł na bryczkę i pośpieszył oznajmić P. Teodorowi, że wszystko gotowo.
W niewypowiedzianéj niespokojności oczekiwał Sędziego P. Teodor, chodził, wyglądał oknem, wysyłał ludzi na drogi, starą rozsuwał perspektywę, a gdy się zciemniło, wyprawił z pochodniami na drogę do Złotéj Woli, z téj strony spodziewając się Sędziego. Nareście ukazała się jego bryczka w dziedzińcu, a Teodor spotkał przybywającego na schodkach zapytaniem.
— A cóż?
— Wszystko dobrze!
— Chwałaż Bogu!
— Anna wie?
— Wie i zgadza się na wszystko.
— Ciotka?
— Podpisała i zezwoliła.
— Więc jedziemy?
— Trzeba się tak wyrachować, abyś tam stanął gdy się wszyscy pośpią. Jak najciszéj podjedziesz pod ogród, a sam pieszo udasz się do Anny, która pewnie czekać będzie — Jak tylko wsadzisz ją do powozu, rozkażesz jechać nie na miasteczko, ale na Gniły Bród, tam ślady znikną i daléj nie będą wiedzieli jak was gonić. Na tylnich kołach powozu uczepić trzeba brony chrustem nasłane, żeby na piasku ślad zacierały. Inaczéj P. Mateusz mógłby dogonić, i Bóg wie coby było. Przełożona Bernardynek jest uprzedzona, prosto więc odwiezie ją Bałabanowicz tam, Waćpan jutro wrócisz tak jakby z polowania i umyślnie będziesz się pokazywał w sąsiedztwie, żeby cię nie posądzano.
Pan Teodor pobiegł do zegara.
— Pół do dziewiątéj! ztąd pół mili do Brzozówki, P. Mateusz kładnie się i zasypia zwykle o dziesiątéj, mamy więc jeszcze godzinę czasu!
Podano herbatę i spiskowi, dodając sobie odwagi, rozprawiali.
— Gdzież jest Bałabanowicz? spytał Teodor.
— Czeka na pół drogi. Oddawszy Annę jemu, powrócisz.
— Dobrze. Czy ma powóz?
— Wszystko co potrzeba, zapisy uczynione Annie ja sam wniosę do akt i postaram się o przyznanie ich przed Aktami przez Podkomorzynę.
P. Teodor spoglądał niespokojnie na zegar i bawił się pistoletami, które miał u pasa.
— P. Mateusz nic się niedomyśla?
— Sądzę, że nic wcale, zostawił mnie sam na sam z żoną, gdym go łajać zaczął i pojechał na polowanie!
— Będzie miał dziś polowanie! zawołał Ordęga, a jeśli mu się zamarzy przeszkodzić, to — I wskazał na pistolety.
— Jednakże lepiéj dla Anny i dla nas, jak najostrożniéj tego dopełnić, rzekł Sędzia, rzeczy mogą całkiem inny wziąść obrót, jeśli przyjdzie do wrzawy i strzałów. Daj Boże aby się bez tego obeszło!
Do pół do dziesiątéj rozprawiali tak niespokojni obay, aż gdy miała bić wyznaczona godzina, porwał się P. Teodor, uściskał Sędziego, który wracał natychmiast do domu, rzucił się w powóz i rozkazał ruszać.
Noc była jakby naumyślnie chmurna i ciemna, gęsta mgła jesienna okrywała ziemię, powietrze wilgotne i ciężkie; niekiedy wiatr powionął chłodny i upadł, a po nim znowu następowała cisza uroczysta jesieni. Zostawiony sam sobie Teodor palił się swemi myślami; chociaż odważny, doznawał mimowolnie jakiegoś uczucia niespokojności, które go dręczyło, rad był prędzéj niebezpieczną czynność dopełnić, zdawało mu się raz, że powóz toczy się za powoli, że godzina wyznaczona upłynęła, to znów porwany przestrachem, którego nigdy jeszcze w życiu był niedoznał, lękał się końca, chciał go odsunąć.
Przejeżdzając las usłyszał głos puszczyków i serce mu bić zaczęło. W tym lasku schodzili się oni z Anną, przypomniały mu się te chwile niebieskie i nabrał odwagi, którą znowu tracił, myśląc o niebezpieczeństwach téj nocnéj wycieczki. Wszystkie najgorsze tego wypadku następstwa stawały mu na myśli, przypuszczał śmierć swoją, śmierć męża, walkę i t. p. Nagle powóz się zatrzymał u bramy ogrodu i Teodor wyrwany myślom, wyskoczył z niego, mimowolnie się żegnając, a zalecając ludziom jak najgłębsze milczenie. Wziąwszy pistolety i szablę, wyłamał furtkę i wszedł do ogrodu. Tu zaszeleściały mu liście pod nogami i włosy stanęły kołem, nieprzytomny zbłądził w znajomym ogrodzie i zmuszony był usiąść na ławce, żeby przyjść do siebie. Uspokoiwszy się wreście i rozpoznawszy gdzie się znajdował, śmieléj postąpił ku drzwiom szklannym pokoju Anny.
Niebyło światła, a Teodor łatwo dostrzegł, że je zostawiono półotwarte. Niewidząc światła w żadném oknie, i zupełną spokojność wszędzie znajdując, odwiódł kurki pistoletów, uchylił drzwi i wszedł do pokoju. Drzwi zaskrzypiały przeciągłym głosem, i ktoś go pochwycił za rękę. Po szeleście sukni, po gorącym oddechu poznał Annę i śpiesznie chwyciwszy ją wpół wybiegł do ogrodu. Tu, nieprzemówiwszy słowa, leciał z nią do powozu, co chwila marząc o pogoni. Zdawało mu się, że cały wiek trwała ucieczka, a każdy liść szeleszczący pod nogą przestraszał go, sto razy chwytał pistolety i chciał po za siebie strzelać.
Anna śpieszyła za nim w milczeniu, zwieszona na jego ręku. Nareście ujrzeli furtkę i powóz, otwarły się drzwiczki, a ledwie Teodor postawił nogę na stopniu, konie puściły się czwałem. On swobodniéj odetchnął.
— Jesteś wolna, rzekł do Anny.
A Anna płakała, niesłyszała jego słów i zakrywszy twarz, jakby popełniła zbrodnią wstydziła się spójrzeć na świat. Biedna Anna!



XVIII.

Pan Mateusz spał spokojnie kiedy się to działo, lecz przebudzenie jego nazajutrz było straszliwą burzą, słudzy truchleli ze strachu, przewrócono dom do góry nogami. Gniew P. Mateusza był nie do opisania, niepojmował tego wypadku, niespodziewał się go, nieumiał sobie wytłumaczyć jak się to stało, niedorozumiewał się wcale niczyjéj intrygi, nie wiedział kogo o nią posądzać. Wpół szalony latał po domu, szukał śladów, biegł za koleją powozu, ale dzięki staraniom Sędziego, w Gniłym Brodzie kończył się ślad, i daléj nie można było wiedzieć, co się z powozem stało.
Mateusz rwał włosy na głowie, i tyle chciał razem rzeczy czynić, że żadnéj dopełnić nie mógł, bo trudno mu było na jedną się zdecydować. Chciał gonić wszystkiemi drogami, szukać na wszystkie strony, przychodziły mu najdziwaczniejsze myśli, ludzie jego mieli go za obłąkanego.
W téj rozpaczy nie potrafił nawet nikogo posądzać, ani Sędziego, ani Teodora, ani się domyślił wspólnictwa Ciotki. Skutkiem niedecyzii południe przyszło, a on jeszcze nic nie zrobił, z południa udał się do Złotéj-Woli i tu dopiéro, gdy go do Ciotki niedopuszczono, zmiarkował, że się to stało za jéj wiedzą i co go srożéj jeszcze ubodło. Dowiedział się o wczorajszéj bytności Sędziego, połączył ją z ukazaniem się rannym w Brzozówce, trafił nareście na ślad jego zemsty i pośpieszył do niego.
Sędzia prawie pewien był, że P. Mateusz do niego przyjedzie, czekał go i napawał się myślą zemsty.
Jak szalony wpadł do niego P. Mateusz.
— Gdzie jest moja żona? zawołał.
— Twoja żona? dałżeś mi ją do schowania, odpowiedział Sędzia zimno.
— Pan żartujesz ze mnie! Ja wiem o wszystkiém.
— Więc powinieneś zapewne wiedzieć gdzie się ona znajduje, rzekł spokojnie Sędzia.
— To twoja zemsta Sędzio! to twoja sprawa, krzyknął Mateusz, ale na całe piekło, ja się pomścić potrafię, ja się okropnie pomszczę!
— A to mścij się, tylko daj mi pokój, bo nie wiem nawet co ci rozum pomięszało.
— Moja żona, moja żona uciekła — wykradła się dzisiejszéj nocy — moja żona.
— Powinna to była daleko wprzód jeszcze uczynić.
— Sędzio, tyś do tego wpływał!
— A gdyby i tak było?
— Ty chcesz odzyskać swój oblig — ja wiem, dołożył Mateusz, na! oddaj mi żonę, tę niegodziwą! tę — ja ci zwracam twój zapis.
— Ja go niepotrzebuję, rzekł Sędzia zawsze z największą spokojnością, znalazłem kwit i wniosę go przed Akta!
— Tak! I P. Mateusz osłupiał. Ha! więc chcesz ugody, chcesz więcéj, chcesz co utargować. Wiesz wiele warta Anna, czegoż chcesz odemnie, mów!
— Ja nic nie chcę od ciebie, tylko żebyś mi dał pokój!
— Sędzio! żartujesz sobie ze mnie, ja wiem — — Może i żartuję! odpowiedział nieporuszony Sędzia. Jeśli wiesz gdzie twoja żona, idzże jéj poszukaj!
Mateusz tracił głowę, ale widząc w ostatku, że nic tu nie dokaże, wybiegł z pokoju i pojechał. Nie wiedział już co daléj począć z sobą, i dusząc się z gniewu i bezsilnéj złości dojeżdżał do Brzozówki, gdy obdarty chłopiec jakiś zastąpił mu drogę, niosąc karteczkę w ręku.
— Co to jest?
— List do pana.
— Kto go ci dał?
— Jakiś nieznajomy.
Przewidując, że to pismo musi mieć jakiś związek z wypadkami wczorajszemi, porwał je i rozdarł z pospiechu P. Mateusz.
Na karteczce były te słowa.
„Życząc się widzieć z WP. Dobrodziejem w bardzo pilnym interessie, mam honor oznajmić mu, że na niego oczekuję w karczemce na trakcie, zwanéj Kozia, do godziny dziesiątéj wieczornéj. Interess ten więcéj go obchodzi niż mnie.

Najniższy sługa
G. Bałabanowicz m. p.

P. Mateusz nie pojmował jaki mógł mieć związek z wypadkami wczorajszemi Bałabanowicz, o którego nawet znajdowaniu się w sąsiedztwie nie wiedział; jednakże przeczucie mówiło mu, iż ten człowiek może coś wiedzieć. Nie zsiadając więc z bryczki pędził ku Koziéj karczemce, położonéj o dobrą milę od Brzozówki. Poźno było gdy tam stanął i ledwie się dostukał. Wszedłszy ujrzał kogoś leżącego na stole i chrapiącego mocno.
Był to Bałabanowicz.
Rozdmuchano przygasły ogień w kominie, a ex-plenipotent, który spał ubrany, porwał się na widok P. Mateusza.
Pierwsze spójrzenia tych dwóch ludzi na siebie, były przestraszające przenikliwością. Zdawali się mierzyć, nim mieli przystąpić do walki. Wreście P. Mateusz niecierpliwy zawołał.
— WPan mnie tu wezwałeś?
— Tak jest.
— Jaki masz do mnie interess?
Bałabanowicz bez żadnego fałszywego wstydu, rzekł.
— Pan mnie odarłeś i zgubiłeś, przywiodłeś mnie do kija i torby.
— I cóż z tego? przerwał mu przybyły, to chodź z torbą i kijem.
— Pan mając mnie w ręku, wydarłeś mi to, na co ja całe życie pracowałem.
— Co ja całe życie kradłem.
— Jeśli kradłem to nie u niego, odpowiedział Bałabanowicz. Teraz ja mam go w ręku i muszę swoje odebrać.
— Jak? co? co ty mówisz?
— Mówię i powtarzam że mam cię w ręku.
— Jakim sposobem?
— Ja to postarałem się, aby ci żonę wykradziono, w moim ręku jest ona, teraz wybieraj prędko, albo mi oddasz coś wziął we dwój nasób, albo pożegnaj się z żoną i majątkiem.
Pan Mateusz skoczył na Bałabanowicza i chwycił go za piersi.
— Daj pokój, rzekł ex-plenipotent spokojnie, ja mam z sobą ludzi.
P. Mateusz odskoczył zżymając się.
— Mam z sobą ludzi, powtórzył Bałabanowicz, nic mi nie zrobisz siłą, a choćbyś mnie tu podarł na sztuki, na nicby ci się to nie zdało; bo nie powiem słowa, póki nie stanie ugoda.
— Czegoż ty chcesz? wrzasnął P. Mateusz, czego ty chcesz stary.....? gdzieś ją podział?
— Powoli, odpowiedział Bałabanowicz. O to tu naprzód chodzi, ażebyśmy zgodzili się na warunki, twoja żona jest w mojém ręku i dobrém ukryciu. Starałem się aby ci ją wykradziono, dla tego aby odzyskać coś ty mi wydarł. Ja byłem sprężyną wszystkiego, ja namawiałem, ja pomagałem; ja nasadziłem tych co ją wykradli. Teraz albo oddasz mi nazad moje obligi i drugie tyle mi dodasz jeszcze od siebie, a za to odzyszczesz żonę to jest majątek jéj, albo stracisz ją przez rozwód który jest przygotowany. Wierz mi gdybym był tobą, wolałbym dać jakie sto tysięcy, niż stracić uporem Złotą Wolę, Dorotynki i Kijany!
P. Mateusz nie wierząc swoim uszom, nie pojmując co się z nim działo, chodził wielkim krokiem po izbie i myślał.
— A cóż mnie zapewni, że ty prawdę mówisz, że moja żona w istocie jest w twojém ręku?
— Jeśli mi nie wierzysz — to jak chcesz, ja się innym sposobem wynagrodzę, odpowiedział ex-plenipotent.
— Jeśli mi dasz słowo i podpiszesz, zaraz cię do żony zawiozę. Wybieraj z resztą! Samo z siebie! wybieraj!
Wahał się jeszcze Mateusz, Bałabanowicz zaś oczekiwał na pozór spokojnie skutku którego był prawie pewnym. Stary lis dobrze się wprzód wyrachował i teraz zimno, powoli, obojętnie rzecz traktował.
— No, słowo to i skończym? spytał po chwilce.
— Zgoda! zgoda rozbojniku! odpowiedział z gniewem Mateusz. Zarzynasz mnie, ale cóż mam poradzić. Mówże — gdzie jest? jak się dała uprowadzić?
— Podpisz wprzódy, bo ja ci nie wierzę! rzekł ex-plenipotent.
— Nielepiéj i ja ufam tobie, odpowiedział Mateusz przebiegając okiem podane mu papiery i zżymając się, podpiszę gdy mi żonę oddasz!
— Oho! ho! także masz mnie za fryca! przerwał stary, podpisz tu, inaczéj cię nie poprowadzę, a jeśli mi nie wierzysz, o co ja samo z siebie nie dbam, to schowaj papiéry i nieoddawaj mi ich aż na progu domu, w którym jest twoja żona — Zgoda?
— Zgoda! I pan Mateusz podpisał papiery szybko, zwinął i schował — Teraz jedźmy!
— Jedźmy! rzekł Bałabanowicz wkładając czapkę, konie moje stoją gotowe.
Z trudnością mógł rozpoznać P. Mateusz dokąd go wieziono, a chociaż okolice jako myśliwy nie raz zwiedził, wśród ciemnéj nocy, wjechawszy do lasu, po kilku zakrętach bryczki, zupełnie stracił pamięć miejsca. Noc była chmurna, las gęsty i podszyty, ich dwóch a woźnica trzeci, dreszcz poszedł po P. Mateuszu, gdy sobie swoje położenie wytłumaczył, i znalazł się na łasce nieprzyjaciela. Wszakże nie pokazywał po sobie bojaźni i milcząc jechał daléj. Bałabanowicz milczał nie kierując furmanem, który ze swojéj strony więcéj się zdawał na konie spuszczać, niż na siebie, puszczał im cugle i poswistywał tylko dla przyśpieszenia ich biegu.
Nakoniec P. Mateusz przerwał milczenie pytaniem.
— Dalekoż to jeszcze?
— Nie bardzo, odpowiedział Bałabanowicz.
— Powiesz mi teraz jak to się stało? dodał Mateusz.
— Teraz ci powiem, rzekł ex-plenipotent, bo to już nikomu nie zaszkodzi, moja to sprawa i Sędziego.
— O! domyśliłem się, że Sędzia miał w tém udział, ale ja mu to oddam.
— Należał do tego i ktoś trzeci jeszcze.
— Ktoś trzeci?
— Tak, pan Teodor Ordęga, który się kochał w twojéj żonie i —
— Pan Teodor? on?
— Widywali się często, kiedyś był u wód. Myśmy go tam z Sędzią popchnęli i łatwo żonę twoją zbałamucił!
— A ja o tém niewiedziałem! zawołał P. Mateusz.
— Samo z siebie! Myśmy go namówili żeby ją wykradł, a z pół drogi dla niepoznaki, powierzył ją mnie, sam zaś dla niepoznaki wrócił nazad! Ja ją teraz ukryłem w pewném miejscu — ot i cała historja.
Mateusz milczał, a z gniewu szarpał na sobie odzienie i rzucał się na siedzeniu. W téj chwili ukazało się rzęsiste światło między drzewy, przeglądające przez drobne szyby chaty budniczéj.
— To tu? spytał niecierpliwie Mateusz.
— Tu! rzekł Bałabanowicz.
Zbliżyli się po cichu i wysiedli, lecz ex-plenipotent stanął na progu i zaparł mu drogę.
— Proszę o papiery.
— Masz je, masz, puszczaj! zawołał popychając go Mateusz i papiery rzucił, a sam wpadł do sieni.
Bałabanowicz schował papiery, zapiął prędko suknią i schwycił za klamkę. Otworzył nagle drzwi, przez które buchnęło światło i ciepłe powietrze, i z piekielnym śmiechem, krzyknął w uszy P. Mateuszowi.
— Oto twoja żona!
P. Mateusz stał w progu osłupiały, bo w izbie chaty widać było na tapczanie, zakrytym całunem, ciało Anny, uwinięte w bieliznę, przy niém paliły się świece, a męszczyzna jakiś klęczał i modlił się płacząc.
Był to P. Teodor Ordęga — Anna umarła w drodze.

separator poziomy

XIX.

Kiedy w kilka dni potém spuszczano ciało biednéj Anny do mogiły; modlili się za nią obcy tylko, płakali jéj nieznajomi, a Xiądz, który kilką słowami wspomniał ją u grobu, chwalił męża wysoko, że suto jéj pogrzeb zapłacił, chwalił Ciotkę, że ją tak zacnemu oddała obywatelowi, chwalił i chwalił wszystko, nawet szczęście któremu tak wcześnie wydartą została! Był jednak obcy, co tego słuchał i kiedy zasypano trumnę, odezwał się odchodząc powoli.
— Mój Boże! wartoż się było rodzić!

Wrzesień 1839.
Omelno.
KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.