Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Całe życie biedna.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
98

nie Podkomorzynę martwiło, która wzdychała za powrotem do pokoju i regularności. Tłum gości, przygotowania do ceremonjalnego obiadu, zwichnęły całkiem panią Dorotę. Bolało ją to najmocniéj, że wiele osób nie dość na nią wzgląd miało i zdawało się jéj poważnéj osoby nie widzieć. Każdy bowiem poszukał sobie stosownego towarzystwa i bawił się jak mógł. Przy biednéj Annie siedziały panny i młode mężatki, więcéj zajęte jéj strojem niż losem. Niektórzy z męszczyzn grali w karty, inni rozmawiali po cichu. Część męzkiéj kompanii paliła fajki na ganku. Tu był i Pan Mateusz, którego ciekawe otaczały postacie.
Był to naprzód długi, suchy, ospowaty, prosto trzymający się, jakby kij połknął, literat powiatowy, jeńjusz sąsiedztwa, Pan Kunasowicz. Ten mówił tylko górnemi słowy, jesta miał teatralne, fizys z wyrazem tragicznym i wiecznie błąkał się po niwie uczuć i niebie wspomnień. Dodajmy do tego, że nie znał pisowni i szkół nawet nie skończył.
Za nim siedział myśliwy z professii, otyły rubacha, który o niczém nie myślał, tylko o brzuchu i o polowaniu.