Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Całe życie biedna.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
155

raz zerwał się, szukał po szufladkach i znowu zgrzytnął zębami ze złości.
— No, widzisz, że nie masz tu co robić, mówił mu Jan, ruszaj sobie z Bogiem! Adieu! pisuj do mnie na Berdyczów!
To mówiąc wyprowadzał ex-plenipotenta który bezprzytomny wychodził z izby, a na progu jakby sobie coś przypomniał, raz jeszcze cofnął się i zaczął czegoś szukać w łóżku.
— Jan wszystko to uważał i chwycił go za rękę gdy chował do kieszeni woreczek spory pieniędzy.
— To moje! to moje! wrzasnął przeraźliwie Bałabanowicz passując się z nim, to moje!
— Nic tu nie ma twojego, stary złodzieju, rzekł Jan zapalając się, trzech groszy nie ma twoich!
— Na miłość Boga! to moje! krzyczał jakby go ze skóry odzierano skąpiec, obóma rękami chwytając się woreczka.
— Złamanego szeląga ztąd nie wyniesiesz! odpowiedział Jan spokojnie, z pomocą sług wyrywając się mu. Jedź jak stoisz i to jeszcze łaska, że ci konie dam, bobyś powinien boso, o kiju, jak przyszedłeś, powędrować! To mó-