Z głuszy/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Z głuszy
Data wydania 1914
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

MARYA RODZIEWICZÓWNA


Z GŁUSZY

NOC — UL — Z TAMTEJ STRONY — CZARNA WODA — MŁYN ARCHIPA — NA STAREJ CHOINIE — WPISANY DO HEROLDYI — ZACHÓD — PRO MEMORIA — PIASKI — SZWED ROZDROŻE POSŁANIEC
ZAGONY — CZAJKI



WYDANIE DRUGIE


Gebethner i Wolff - logo.jpg



NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA

WARSZAWA =============== LUBLIN ===============  ŁÓDŹ
KRAKÓW ================ G. GEBETHNER I SPÓŁKA
NEW YORK □ THE POLISH BOOK IMPORT. CO, INC.


□ □ DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI W KRAKOWIE. □ □

1914







NOC.


Była wielka cisza. Na niebie zapadło już słońce i powoli jedna po drugiej poczynały mrugać gwiazdy — na ziemi ustała praca i nizko też mrugały ogniska chat.

Długi był dzień majowy, dla słońca, dla pola, dla człowieka.
Teraz znój ziemi występował rosą, znój nieba gwiazdami, znój ludzki — pieśnią spoczynku. Rzeka wieś przecinała, i tylko ta woda nigdy niestrudzona bujała, gadała, żyła. W toń jej wpadała łuna ogniska chaty ostatniej, i krwawą plamą się stała, a z chaty pieśń wybiegała, mącąc ciszę.
Tam w izbie odpoczywało ludzi czworo.
Gospodarz, wpół leżąc, kopcił fajkę; gospodyni obierała kartofle; pod oknem parobek młody na skrzypkach wtórował pieśni.
Śpiewała kobieta młoda, stojąc u ognia, z rękoma założonemi na tył głowy, przegięta zalotnie, zapatrzona w parobka.
Nie dziewczyną już była. Włosy jej obcięte kryła jaskrawa chustka, strój nosiła mężatek, na piersi nie miała już paciorek. Młoda była i osobliwie przystojna. Czarnooka, smagława, słuszna i gibka, miała coś dzikiego w ruchach, szalonego w oczach. Śpiewała już długo, wciąż w tej postawie bezczynnej, drażniąc parobka zagadkowym uśmiechem, żarem spojrzeń, purpurą ust.
Gdy ogień dogasał, gospodyni dorzucała trochę smolnych szczap, i w przechodzie głaskała pieszczotliwie kobietę.
Wreszcie parobek smyczek opuścił, śpiewająca umilkła. Zrobiło się nagłe w chacie pusto i straszno.
— Śpiewaj jeszcze, doniu! — odezwała się stara.
— Już reszta! — odparła, przeciągając się leniwie.
— Ale, reszta! — zaśmiał się parobek — jeszcze wesela nie śpiewałaś.
— Wesela! — odparła, ramiona pogardliwie wznosząc. — I tobie już wesele odśpiewali i mnie! Spuściła głowę, nagle postarzała, ponura.
— To co? — rzucił wyzywająco. — Śpiewali nam poosobno, zaśpiewajmy sobie razem.
— Oj, ty hultaju — śmiejąc się grubo, upominała matka. — A do żonki ci nie pora!
— Oj, nie ucieknie — rzekł lekceważąco. — Nu, Marynka — śpiewaj!
Zaśmiała się dziwnie, gorzko i swawolnie zarazem, i odrzucając głowę, że aż się chustka osunęła na kark, zaczęła pieśń weselną a nie wesołą wcale. Parobek wtórował:

Oj! nie było ci chodzić nad rzekę, po wodę,
Nie było ci czekać miesiąca wschodu,
Miesiąca chłodnego.
Nie było słuchać słowiczka z za gaju,
Nie brać upominków, co chłopiec daje,
Ni iść do niego.
Bo te upominki od woli cię odwiodą
Ze wsi swej i chaty — do świekry zawiodą
Do chleba cudzego!

W tej chwili drzwi chaty rozwarły się szybko i rozległo się zwykłe powitanie:
— Pochwalony! Nagłe pieśń się urwała. Kobieta spojrzała na wchodzącego i cofnęła się o krok, zbladła. Parobek powstał i mimowolnie wziął za wiosło w kącie stojące, stara z okrzykiem plasnęła rękoma.
Tylko gospodarz nie okazał żadnego wrażenia; ku przybyłemu głową skinął i odparł:
— Na wieki wieków! Gość wszedł i drzwi zawarł.
Młody, tęgi barczysty, o twarzy spokojnej i smutnej, był ubrany z dworska, w surdut siwy z zielonemi wypustkami, czapkę z blachą leśnej straży i długie buty.
Przez ramię miał torbę borsuczą i strzelbę, którą zaraz zdjął i w kącie postawił.
Potem do młodej kobiety się zwrócił.
— Dobry wieczór, Marynko! — rzekł, usiłując się uśmiechnąć.
— Dobry wieczór, Jakóbie — odparła obojętnie.
— I wam, ojcowie, dobry wieczór, i tobie Macieju. Cóż, spokojnie u was?
— Ano jednakowo! — odparł stary — a u ciebie, synku?
— I u mnie jednakowo! — odparł, głową kiwając.
— Głodnyś może? — spytała stara.
— Nie. Zmęczyłem się. Kawał drogi. Spocznę trochę.
Otarł rękawem pot z czoła. Dziwne to było zmęczenie, bo biały był, jak płótno, a wargi miał sine. Usiadł na ławie i westchnął.
— Może ci wódki dać! — zaśmiał się Maciej. — Z oczu ci patrzy, jakbyś upiora spotkał.
— Gorsze są strachy niż upiory. Za wódkę dziękuję, odrzekłem się zaraz po weselu.
Milczenie ciężkie zapanowało w izbie.
Gość je przerwał, w okno patrząc:
— Noc to — noc kochana! Ni szumu, ni ruchu, a ciepłość wskróś serce obejmuje. Będzie nam lubo wracać.
— Nie zanocujesz? — spytał stary.
— Ej, doma mi pilno! Służba, nie drużba! Godzinę zabawię, do miesiąca wschodu. — Wstał, do młodej kobiety się zbliżył, usiadł obok niej na zydlu, i za rękę ją ujął.
— Pieśni śpiewałaś, jakem szedł — rzekł miękko — zaśpiewajże i mnie!
Dała się głaskać i pieścić obojętna, zdrętwiała, wpatrzona ponuro w czarną noc za oknem. On na nią oczy wzniósł proszące, łagodne i długą chwilę się wpatrywał.
Naprzeciw Maciej ku nim spoglądał. Zrazu trochę niespokojny, zawistny, potem pewny siebie, zuchwały. Zapalił fajkę i uśmiechając się szyderczo, śpiewać począł:

U Marynki chata tuż przy moście,
Przyjechało trzech chłopaków w goście.
Jeden mówi: ja Marynkę lubię,
Drugi mówi: ja ją gwałtem wezmę,
Trzeci mówi: a jaż ją poślubię.
Oj! ten tylko do ślubu ze mną stanie,
Kto mi trójziele dostanie!

— Składne pieśni umiesz, Macieju! — przerwał Jakób — słuchać ciebie lubo. — Odchylił się od kobiety, jakby zmrożony jej obojętnością, na rękach głowę wsparł i zdawał się drzemać.
A Maciej, wciąż uśmiechnięty, dalej ciągnął:

Jedzie chłopak z za morza z trójzielem,
A Marynka z kościoła z weselem.
Zagrajcież mu skoczno, panie muzykancie.
Zagrajże Marynce z kościołem do tańca.

Zaszumiała smutno zielona dąbrowa,
Odleciała z karku Marynki głowa.
Takież tobie, zwodnico, wesele —
Nie posyłajże ty chłopaka po ziele!

— Tak i jest! — oz wał się nagle Jakób, wstając i prostując się. — Żonka mi pieśni śpiewać nie chciała, tobie za twoją dziękuję. W mojej chacie nigdy śpiewania nie słychać, więc to mi nielada gody. U mnie wieczornica cicha, stara matka stęka, taj świerszcz w kącie za skrzypka, a wokół drzewa bas wiodą.
Zaśmiał się, pas na sobie poprawił, włosy z czoła odrzucił i za strzelbę wziął.
— Komu w drogę, temu czas. Zbieraj się, Marynka — rzekł, fajkę nabijając tytuniem.
— Zanocowałbyś! — raz jeszcze wtrąciła stara.
— Nie. W noc taką płynąć dobrze. Drogi szmat, ranek wczesny. Czas do domu!
Młoda kobieta powstała automatycznie, bez protestu jawnego z zaciętym jednak uporem w oczach.
Milcząc, poczęła się do drogi ogarniać, szmaty zbierać. Matka jej pomagała drżącemi dłońmi. Maciej dobranoc rzekł i wyszedł.
Jakób, w ogień patrząc, czekał cierpliwie.
— Słuchaj, synku! — odezwał się stary. — Ty rozumny człowiek. Nie karz jej srogo! Wiadomo, głupia.
Stara za rękę go ujęła.
— Jakóbku! pożałuj, nie bij! opamięta się! — prosiła, wznosząc ku niemu blade oczy.
On się po chacie obejrzał. Kobieta stała już do drogi gotowa, z płachtą szmat na ręku, przyglądała mu się więcej ciekawie, niż z bojaźnią.
— Daj, poniosę! — rzekł krótko.
Potem starym się skłonił i czapkę nasunął na oczy.
— Pochwalony!
— Na wieki wieków. Szczęśliwej wam drogi.
— Zostańcie zdrowi!
Drzwi skrzypnęły i ucichło wszędy.
Ścieżką ku rzece szło tych dwoje, nic do siebie nie mówiąc, kobieta przodem, mężczyzna za nią — nów księżyca czynił z nich czworo. Cienie szły także i zdawały się tych łudzi eskortą duchową, szepcącą coś do ucha.
Na ścieżce spotkali kilka dziewek z wiadrami pełnemi.
Pozdrawiano się w przechodzie, ale skoro się minęli, rozlegały się chychoty i szepty.
— Widzicie, głupi Jakób po żonkę znowu przyjechał!
— Ale, cygańską krew chce oswoić. Cha, cha, cha!...
Człowiek słyszał te szepty. Spuścił głowę, poczerwieniał ze wstydu, pośmiewiskiem był. Nie rzekł jednak słowa.
Zeszli łąką do rzeki, która z cichym szelestem muskała łódź na brzeg wypchniętę, pełną suchego szuwaru. Na posłanie to rzuciła się Marynka i ułożyła, jak do snu.
Jakób manatki jej podał, czółno na wodę spuścił i stanąwszy w końcu, jednem wiosłem i sterował, i pędził zarazem.
Odrazu odskoczyli na drugi brzeg, w cień nizkich krzaków, i po chwili w zwrocie stracili z oczu wioskę. Byli sami, zupełnie sami w tej nocy majowej.
Strażnik zdjął strzelbę, torbę i surdut. Ciepłość owa, którą wspominał, że wskróś za serce bierze, ogarnęła go. Księżyc oświecał go w pełni, przez rzekę ścieląc szlak srebrny, w którym on ciągle łódkę utrzymywał, smutnemi oczyma zapatrzony w dal.
Wilgotny, surowy zapach wznosił się z toni; niekiedy trącona wiosłem mięta rzeczna rzuciła smugę woni ostrej; na rzece srebrno-błękitnej, jak gwiazdy białe, połyskiwały grzybienie w rozkwicie i szare sitowia były jak chmurki małe na gładkiej, żywej tafli.
Po gajach nadbrzeżnych głuszyły siebie wzajem słowiki, po łąkach błyskały ognie błędne, wznosiły się białe opary, a nigdzie śladu nie było człowieka.
Jakób wiosłował bez szelestu, jakby ciszy trącać nie chciał, ni płoszyć.
Sunęła łódź, jak widziadło, ledwie ślad chwilowo ryjąc; niepostrzeżenie ubiegała droga.
Kobieta leżała w cieniu, udawała sen.
Nagle chłop głos podniósł, pieszczotliwy, proszący, cichy:
— Marynko, posłuchasz ty mnie?
— Mów! — odparła głucho, wzruszając ramionami.
— Powiedz, co ja tobie zawinił?
— Nic, nie lubię ciebie! — burknęła.
— To tak. Stara matka prawdę mówiła. Weź, powiada, psa złego, i pieść go, i karm — pokocha ciebie; weź, powiada, szulaka z gniazda i hoduj, i pilnuj — przystanie do ciebie. Ale człowieka nie bierz i nie hołub, bo to ni pies, ni szulak — ukąsi ciebie, zadziobie, albo ucieknie.
— Prawdę rzekła, nie było mnie brać! — burknęła.
Popatrzał na nią zdumiony.
— Jaż ciebie gwałtem nie brał. Zapomniałaś. Na kupalne ognie temu dwa łata, na onej polanie my się zeszli w czarnym lesie. Palili chłopcy ognie, dziewczęta pieśni stare śpiewały. Najwyżej ja przez żar skakał, najpiękniej ty śpiewała. Marynko, i co — ja tobie za złe uczynił, że się rozmiłował, i skąd ja wiedzieć mógł, że ty mnie lubić nie będziesz dłużej, niż przez ową noc? Bo ty mnie wtedy lubiła, niebogo! Pod owymi czarnymi dębami my świtania doczekali, za ręce się trzymając, taj pieszcząc. Zapomniała ty, zapomniał ja, oj na wieki. I ja co tobie za krzywdę uczynił? Zaszedł do ojców raz, drugi, ty witała mnie. Miłowali cię inni, wielu, dla swawoli, dla śmiechu, życia żaden dać nie chciał, ja dał. Ot i cała wina moja...
Podniecony, uderzył wiosłem po fali. Kilka ryb spłoszonych plusnęło, słowiki na sekundę ucichły, łódka się zachybotała. Cisza nocna działała na chłopa. Stłumionym głosem ciągnął dalej, powolnie, niżąc wspomnienia:
— Zaszedł do ojców, taj nad tą rzeką ciebie spotykał, na tym ługu gorące słowa gadał. Ptaszynko, łabędzico, pójdź do mojej chaty na panowanie, na królowanie, na miłowanie; za dolę ciebie wezmę, za bogactwo, jak oczu, jak duszy pilnować będę, doglądać. Mnie nic, że ludzie od ciebie ostrzegają, mnie nic, co złe języki plotą — wierzę ja tobie! Życie dam, byle ci dobrze było. Ty słuchała gadania u mojej piersi, dawała usta całować, aż mi zupełnie rozum zabrałaś, związałaś duszę. Odym się ojcom z prośbą o ciebie do nóg pokłonił, ty zapłakałaś, jak z dobra się płacze, ty mi rada byłaś.
Oj, nocy ciepła, oj, nocy kochana!
— Nocka widziała mnie w miłowaniu wracającego, widziała w pragnieniu, w niespokoju, w sławie i uciesze. Sam ja często wracał w takie pory, gdy złe po wodach chodzi, durzy i mami, i w takie, że fala razem ze mną kry niosła i śmierć, a nigdy się nie lękał zatraty, ni strachu, taki się duży czuł i taki spokojny, przez ciebie! Moja dolo ty, moja mocy — ot, jaki ja teraz ostał! Wszystkiego dobra pół roku było. Na ślubie z tobą stanął, i sobie do chaty, ot, nocką, taką samą lubą, ciebie przywiózł, na dostatek największy. Czy ty i tego nie pamiętna — zwodnico! Miły Boże, żebym ja człeka życia pozbawił, a potem sierotom jego taki dobry był, jak tobie przez ten rok, tobym u sierót tę krew ojcu, a Bogu duszę odsłużył; żebym ja kata tak umiłował, katby mnie oszczędzał. A ty rękę moją gryzła, ty oczy moje wyłupiłaś, serce za próg wymiotłaś, a duszę jak szmatę skręciłaś. Ot, tyle!...
Matczyna prawda: nie zagabuj człowieka do lubienia, nie człowiecza to moc! Porzuciła ty mnie i uciekła! Ja wtedy po ziemi się tarzał, piasek gryzł, nie było we mnie żyły, ni kości, coby śmiertelnie nie bolała, łzami krew szła, obłęd głowę rozbierał na kawałki, jak cieśla popsuty budynek. Mój Boże! po jedynaku tak matka nie płacze, jak ja po tobie. Przybiła ty mnie wtedy śmiertelnie, alem się pociechy jeszcze myślą czepiał: Opamięta się, pożałuje swego, własnego!
I pojechałem po ciebie, przez wstyd, przez śmiech, przez drwiny, i zabrałem sobie znowu. Tak mi wtedy nocka raiła, nocka luba. Słuchał ja jej cichości, płynąc po ciebie, i tak mi gadała do otuchy: Cierpliwy bądź, cichy bądź — dobrocią ją wiąż do siebie. A jakeś wróciła, do pracy cię jeno łagodnie naganiałem, myśląc, że złe cię myśli odlecą. Nie tknąłem ciebie, ni musiłem, ino zawsze: Maryńko serdeńko, Marynko kwiatku. A ty mi za to drugi raz uciekłaś! Matka mówiła: porzuć! nie mogłem; ludzie radzili: bij — nie chciałem!
— Trzeba było bić! — krótko rzuciła kobieta. — Trzeba było zabić, koniec zrobić!
Jakób na nią popatrzał sekundę oczyma pełnemi zgrozy i oburzenia, potem je odwrócił i długo milczał.
— Żebym ja między ludźmi wielu rósł, umiałbym to może — zaczął smutno — ale mnie las hodował, na zwierza patrzyłem, i nigdym nie widział, by w gnieździe czy w barłogu samiec samkę zabijał lub krzywdził. Siłę swą szanował, i jam ją na słabą nie miał. A nocka inaczej gadała. Użaliłem się nad tobą zdurzoną, pojechałem znowu, bez złego słowa — i napowrót sobie wziąłem. Alem już jak nieżywy został, bez nijakiej otuchy, ni wiary. Dobra myśl nie postała mi w głowie, śmiechu zapomniały usta, a przez oczy moje świat jest jakiś szary, mętny, jakby jesień nigdy z nieba i ziemi nie schodziła. Aha — i ja wtedy postanowił koniec zrobić. Za pewne już miałem, że ciebie od Macieja nie wykupię, ni prośbą, ni groźbą, ni łaską, ni krwią, i bojować ze złą dolą przestałem. Takie sądzenie. On tobie milszy, ten, co od ciebie do żonki wraca, ten, co ciebie brać nie zechciał, ino swawolił, i pieśni śpiewał ten, co takich jak ty, ma wiele — na każdy dzień nową, a z każdej przed żoną się naśmiewa. Ale on tobie najlepszy, miłujesz go, jako ja ciebie. Co robić!...
Nauczył się ja to myślenie póty sobie powtarzać, aż mi het duszę do cna rozjadło, aż zmógł gorycze i wstyd, i żal już zupełnie jakby zamarł z bólu.
Trzeba koniec zrobić. Tak — już czas. Jednego z nas na świecie za wiele.
Myślał ja siebie zabić, to i tak ty do Macieja nie dojdziesz przez żonę jego! Myślał jemu śmierć zrobić, ale to głupia dumka była, precz ją odegnał. A o tobie i pomyśleć nie mógł, nie, nie. Zima wtedy stała na ziemi, i ty w chacie u mnie byłaś. Z miłowania swego ja się wyplątać nie mógł, duszę ubił, ból ubił, a to het żyło — żyło!
Aż wiosna przyszła. Ty płakałaś po kątach, oczy miałaś błędne, wyschłaś z jakiejś troski. Codzień ja z boru niespokojniejszy wracał, czy cię zastanę jeszcze, aż — kra gdy zbiegła, jednego wieczora patrzę — niema ciebie. Ty sama na siebie sąd zrobiła!
— Jaki sąd? — spytała kobieta i nagle pobladła, podnosząc nań oczy.
Stał przed nią w pełni księżyca, zapatrzony ponad jej głową na wodę ruchliwą. Wiatrak nieruchomy zaczerniał, jak widmo, on nagle przy nim zawrócił w prawo, w czarne ciasne przejście.
— То nie nasza droga! — zawołała, powstając.
— Nie nasza, ale twoja! — odparł. — Będzie stąd tobie bliżej do twego Maćka zapłynąć.
Kobieta poruszyła się i zaczęła bacznie na brzegi patrzeć. Wybierała miejsce do skoku i ucieczki. Jakób może to zrozumiał, bo się uśmiechnął wpół pogardliwie, wpół smutnie.
— Ale tak, Marynko, uciekniesz od dobrego, co ciebie miłował, dojedziesz do kochanka, co tobą się zabawia; nie uciekniesz jednako od kary, nie dojedziesz do swojej w starości śmierci. Ej, dogoni ciebie sąd, dogoni!
Mówił powoli, spokojnie, z pewnością swego zamiaru. Z obu stron torfiasty był brzeg, bezdeń, trzęsawisko, środkiem topiel. Księżyc bowiem teraz szedł przy nich i jeszcze większa zaległa cisza, bo na dzikiem błocie ptactwo nawet nie grało. Gdzieniegdzie, jak skierki na torfie, błyskały świętojańskie robaczki, i tylko w tej ciszy odzywały się niewiadomo skąd z toni, czy z powietrza i dali płaskiej, jakieś zduszone westchnienia, trwożne szepty, głuche jęki, szmery raczej dla duszy niż dla zmysłów uchwytne.
Czasami białawy kłąb mgły nocnej tworzył nad wodą gromadę fantastycznych postaci, które rozbiegały się przed łodzią, chroniły po zakątach i z tyłu wysuwały się znowu na środek, goniąc tych dwoje po fali, jak duchy złośliwe mary topielców.
Kobietę lęk straszny i groza objęły. Czuła, że jakieś złe nieuniknione idzie ku niej, że to ono szepce, i jęczy, i chychocze w ciszy. Drżała, zamykając oczy, kuląc się do dna łodzi. Jakób zdawał się też słuchać i rozumieć. Twarz jego twardniała z chwilą każdą, a pot na skronie wybiegał; jeszcze resztę tego kochania wielkiego mordował w sobie, jeszcze w duszy słyszał prośbę o litość. Ale już mu nocka i cisza źle radziły, już tężał w postanowieniu.
Z wyższego kanału wbiegła łódka na przestrzeń szerszą, bardzo czarną, nagą. Grzybienie tu nie rosły na głębinie, drobne wiry bulkotały, jak żmije się kręcąc, rzucając białą pianę.
Znowu człowiek głos podniósł zgłuszony:
— Zawiązała ty mnie świat, a ja tobie. Ni ty mnie będziesz, ni komu. Po co ty na świecie? Trzeba skończyć. Trzeba mnie ciebie stracić, a tobie się uspokoić. Tak sądzono. Będę ja bez ciebie, jak ciało bez duszy, i ty bezemnie tak samo. Dziś ja ostatni raz po ciebie popłynął. Teraz tobie wolę dam — rzeka do twojej wioski płynie — wrócisz pod Maćkową chatę. Wolno tobie będzie jego pieścić i całować, wolno w noc mu pod okienkiem śpiewać. Już ja mu ciebie teraz oddam.
Położył wiosło, w zanadrze sięgnął, dobył chustkę na końcach krasno haftowaną, długą.
— Tylko żeś mi żoną być ślubowała, w małżeńskim zawoju cię odprawię na owe gody.
Łódka zakręciła się w wirze, prawie na miejscu stała.
— Jakób! — krzyknęła kobieta — daj mi żyć!
— A tyś mi dała? — rzekł, postępując ku niej.
— Rozbójniku, zwierzu, puść! Ratujcie!...
Głos zdławił się. Jakób jedną ręką obezwładnił ją, drugą chustę około głowy i twarzy okręcił mocno i ścisnął przy gardle.
Szamotała się słabo pod jego siłą niedźwiedzią. Na rękach ją uniósł, sekundę się zawahał i cisnął owym wirom na żer. Zakotłowała się woda, porywając ją, jak swoją, jakby pastwiąc się, wyrzuciła raz i drugi na wierzch, urągliwa w swej mocy wobec jej ostatnich rozpaczliwych odruchów. Biały zawój błysnął, potem ręce tylko, potem już nic, tylko znowu wiry się kręciły z gadzinowym sykiem, i coraz dalej szerokie koła rozbijały się po toni.
Jakób pot zimny rękawem otarł, wiosło podniósł i z powrotem w wązkie przejście zawrócił.
Znowu wielka cisza wróciła na okół, srebrny miesiąc z boku mu towarzyszył, a owe mgły biegły za nim, jakby się łódki czepiały, jakby się na nią wprosić chciały.
Wiatrak rozkrzyżowany, dziwaczny w tej pustce, drogę mu zabiegł jak drogowskaz fatalny, i znowu czółno wbiegło na srebrny drogę księżyca. O połowę lżejsze było i prąd wioślarzowi pomagał. Jeszcze rozkoszniej przed blizkim już świtem zawodziły słowiki po gąszczach.
I nagle człowiek na dno łodzi padł, zajęczał, zawył, zaszlochał dziką rozpaczą.
Łódkę prąd wepchnął w zatoczkę, pod łozy obwisłe i w cieniu przepadła.
I wciąż jęk człowieczy rozstrajał ciszę nocy, pieśni słowicze, łagodne tchnienie przyrody. Na wschodzie niebiosa bladły.
W pół roku potem, gdy wicher jesienny szalał, a deszcz zimny bił o szyby, Jakób żegnał się z matką w czarnej izbie więziennej.
On na zydlu siedział, już do jutrzejszej dalekiej drogi gotowy, ze społeczeństwa zdrowego na zawsze wykreślony — ten sam spokojny, smutny, z głową pochyloną na piersi, z bezczynnie odrzuconemi ramiony.
Ona przed nim siedziała na ziemi, a między niemi leżał worek jego aresztancki, który mu poszyła i wyładowała na drogę.
Sama też do drogi gotową była, dwie sakwy na chleb miała przez plecy, w ręku kij żebraczy, i tak siedząc naprzeciw siebie, milczeli, najmniejszego nie zdradzając żalu czy protestu. Tylko oczy starej wypłakane świadczyły, że odcierpiała całą miarę boleści, aż skrzepła. Oboje zdawna przygotowani byli na złą dolę — ona na poniewierkę niedołężnej starości, on na karę ludzką. Więc i mówić nie mieli o czem. On nie piśmienny, wieści nie przyszłe — jej, żebraczki, żadna wieść nie znajdzie. Jakoby umarli byli.
Długo się nie odzywali, aż wreszcie stara spytała; — Już tobie lżej teraz, synku.
— Czemu? — zagadnął.
— Że już ona ciebie nie męczy.
— Nie! — potrząsnął głową. — Z duszy ja jej nie wyrzucił, zostanie do śmierci. Dlatego ja ją ze świata sprowadził, żeby sprawiedliwość była, nie żeby sobie dobrze uczynił! Jej krótka męka, a mnie długa. Oj, matko, i na moment ona od mojej duszy nie odstała. Poniosę ja ją z sobą, poniosę!
— Bodajże ją złe za to skręciło, bodajby! — poczęła przeklinać z jękiem.
— Cyt! — groźnie przerwał syn. — Ty jej nie wspominaj, nie klnij! Ja ją ze świata zrzucił, teraz do niej nikomu, nikomu, już jej dla was niema, nie tykajcie. Co moje — to moje! Idź ty już, matko, idź. Noc zachodzi, rozstać się trzeba!...
Wstał i twardą jej rękę pocałował.
— Dziękuję tobie za hodowanie i za pożaławanie — dodał głucho — i za oprawę na drogę. Już mnie więcej nic nie trzeba. Idź, matko!
Stara podniosła się ze stęsknieniem. Łzy jej po zmarszczkach oblicza biegły bez głosu. Drżącemi dłońmi po twarzy mu powiodła i do posłuszeństwa temu swemu opiekunowi przez całe życie nawykła, ku drzwiom poszła.
— Matko! — zawołał — pamiętajcie, nie klnijcie jej! Już jej dla was niema. Umarły niech leży cichy, ona swoje odcierpiała. Powiedzcie, że jej nie zaczepicie!
— Twoja wola, synku! — odparła przez łzy.
Przy progu obejrzała się nań raz jeszcze.
— Pochwalony! — pożegnała go tradycyjnym słowem.
— Na wieki wieków! — odparł, pochylając głowę.





UL.


Po wyciętym borze został szmat nagiej ziemi. Wyschłe mchy wiatr powydzierał i długi czas tylko piasek przesypywał i zamiatał. Potem na tym piachu poczęły wysypywać się wrzosy i macierzanki, wyskakiwać brzeźniak drobny, wytykać osiki, zawsze trwożliwe. Wreszcie, niewiadomo skąd, gąszcz się wzięła. Gdy gajowy odludek, co pustki tej strzegł, zaszedł tam przypadkiem, aż się zdziwił, jaki ten szmat nagi dostał kobierzec.

Postoły jego tonęły we wrzosach, do pasa sięgały drzewiny-niemowlęta.
Brzeźniak woniał — rozdeptane cząbry woniały, a po liliowem wrzosowisku uwijały się pszczoły, tańczyły błękitne, drobne motylki.
Ptak żółto-szary, leśna »omelka« gnieździła się nizko w karłowatej sośninie, nad ciszą unosił się, na nieruchomych skrzydłach, rabuś skowrończy, »garagol«.
Gajowy — naprzód pochylony, węsząc, nasłuchując, z karkiem podanym pod żar słoneczny, stał tak długo — zdziwiony.
Usta jego, milczącem życiem zacięte, rozeszły się nieco i ukazały w uśmiechu, trochę głupowatym, śliczne, białe zęby.
Pochylił się, przesunął twardą dłoń po brzozowym pędzie.
— Śmigaj! śmigaj! Bydło cię tutaj nie stratuje! — zamruczał tonem łaskawego opiekuna.
Pęk wrzosu zerwał i popatrzył na pszczolą po kwiatkach pracę.
— Biedne wy! — szepnął. — Daleko wam tutaj lecieć ze dworu. Żeby wy durne nie były, toby do mnie z rojem przyleciały.
I dalibóg wygodęby miały! Pieńby się znalazł przy leśniczówce, i tubym was ochylił. Ale wy durne muchy, za milę do matki wracacie!
— A żeby wy, jak ja, matki nie znały, a ot żyję!
Jeszcze raz po gąszczu okiem przeszedł.
— Ot, wonkotecza! — mruknął, odchodząc.
Zaszedł jednak tam nazajutrz i dni następnych. Myśl o pszczołach ugrzęzła mu w głowie. Wprawdzie »pan« zabronił mu posiadania pasieki, ale przecie jeden ul na próbę — to nic; a zresztą kto go w tym gąszczu dojrzy? Nawet sobie miejsce nań obrał, w kotlinie szczelnie poszytej.
Ale i ula nie było. »Skarbowych« przy chacie straszno było ruszać. Jeszcze kto dojrzy i »donos« do dworu da.
Sumował Hryc dni kilka, wreszcie pewnej nocy ciemnej konia do woza zaprzągł i na wyprawę ruszył do sąsiedniego boru.
Na wypadek ujęcia przez miejscową straż, włożył najgorszy łachman na grzbiet, na głowę dziurawy kapelusz, opasał się kawałkiem łyka, ino siekierę dobrą wyostrzył. Już pierwej stosowny pień opatrzył, mordował się do setnego potu, nim go na wóz złożył — noc całą manowcami krążył — wreszcie zdobycz na wyrąb przywiózł, między brzeźniak ukrył, i jeszcze wrzosem, dla lepszego utajenia, przysypał. Twarz jego miała wyraz złośliwego tryumfu, w oczach migotały ogniki bohaterstwa.
Przez parę tygodni, bojąc się domysłów i szpiegów, wcale tam nawet nie zachodził, a potem, uspokojony, wziął się do dzieła. W noce księżycowe wsuwał się w gąszcz, jak widmo, z tysiącem ostrożności wydłubywał barć w pniu olbrzymim, kując mało co więcej dziennie jak dzięcioł.
Siekierę miał tylko i nóż do tej pracy.
Robota posuwała się wolno. Jesienią na jarmarku ukradł w sklepie dłuto — wtedy mu raźniej poszło. Do zimy wydłubał połowę kłody.
Potem wrzosy, brzeźniaki i ul zaczęty śnieg pokrył i zasypał. Hryc odłożył pracę do łata.
Ale zimą sąsiedni gajowy pień odkrył i poznał. Wezwano Hryca do sądu pod zarzutem kradzieży. Postawił dwóch krewniaków na świadków i sam przed kratkami palec na palec kładąc i klęcząc zaprzysięgał, że pień nie jego, że go krewniak kupił i na przechowanie zostawił.
Była długa opowieść, jak pod ciężarem ustała, ile za ul zapłacono, kiedy, gdzie: długi, jak droga na księżyc, szereg kłamstw i wymysłów.
Zaprzysięgli to spojeni do niepamięci krewniacy — wyrok wypadł na korzyść Hryca.
On z pod wypłowiałej, dzikiej czupryny, złośliwie oczami strzelał, a białe, wilcze zęby błyskały z za wązkich warg.
Dopiero za powrotem do swej chaty samotnej, gdy przy świetle smolnej drzazgi policzył, ile mu zostało z pieniędzy wziętych do miasta na koszta — schmurniał.
Na szmatę z miedziakami patrzał — mgliły się oczy — kudły garścią zwichrzył, zaskomlił ponuro i zaklął, aż się go pies przeląkł i w kąt zaszył.
Nazajutrz jednak już przebolał stratę. Z pognębienia oskarżyciela był dumnym — no, i ul mu został, chociaż drogo, drogo kosztował. Do wiosny zapomniano o sprawie i Hryc znowu nocami pracował.
Często zmęczonego sen morzył, robota szła niesporo — gdy skończył wreszcie, już czas rojenia przeszedł, ul pozostał niezamieszkalnym. Ale za to brzeźniak znów o łokieć podskoczył — już i zimą ul był niewidzialnym o trzy kroki.
Przykrył go Hryc szmatem brzozowej kory, na wierzch drewnem przywalił i czekał. Chłop umie być cierpliwym.
Aby czasu nie tracić, napół zemstą, napół zawiścią wiedziony, Hryc na jesieni podkradł się nocą do pasieki sąsiada-gajowego i otwory ułów osmarował dziegciem. Chciał tylko mu jeden pień zniszczyć, ale, że sobie stracone pieniądze na razie przypomniał, a ule gęsto stały, więc trzy osmarował i uciekł szczęśliwie.
Ten figiel wydał mu się tak dowcipnym, że śmiał się zeń całą drogę, śmiał się ilekroć wspomniał, a że się nie pochwalił, to dlatego jedynie, że oprócz psa żadnej nie miał żywej istoty w pobliżu.
Figlem tym czuł się pasowanym na fachowego pszczolarza!
Brakło mu jednak pewnych wiadomości. Uczuł to wobec starego znachora, który pni kilkadziesiąt posiadał, bogacz był, miał wielką sławę i do pasa blizko sięgające kołtuny.
Dziad przyjechał do straży z kwitem na żerdzie, i wstąpił na gawędę.
Zaraz poznał Hryc, że ten wszystko wie, i praktyk pszczolich szczególnie świadom.
Czasu żaden z nich nie żałował — więc gadali.
Jesienna mgła snuła się nizko po lesie — biała, chłodna; z nad tumanu tylko wierzchy drzew widać było, że się zdały wyrastać z owych oparów — widziadła.
Gadali naprzeciw siebie stojąc, fajki ćmiąc, spluwając bezustannie.
Targ w targ, zgodził się znachor Hryca z urządzeniem pszczolego państwa uświadomić, a w zamian miał dostać »lisznię« furę żerdzi.
Nad lasem wiatr powiał, mgła poczęła się osuwać, z szelestem kropli opadać, zwisać na igłach sosen. Znachor odjechał.
Hryc odtąd często do jego pasieczki chadzał, uczył się teoryi i praktyki zarazem. Następnej wiosny nad ulem zawiesił pęk kwitnącej łozy, pszczołom na przynętę, i codzień zaglądał na wyrąb — obserwował. Pszczoły, jak zwykłe, krążyły po ziołach, brały woski, miody — i precz je niosły. Pojedyńcze pracownice łowił Hryc ostrożnie za skrzydełka, widział na szczecinkach łapek żółte pyły — gadał do nich, namawiał do swej kwatery.
Z ręki jego uwolniony owad odlatywał przecie do matki, daleko, może o milę.
Przed rojeniem wyglądał kwatermistrzów, ale się nie zjawili.
Do barci zapewne rój szedł, Hryc gonić go począł, ciskając nań piaskiem, biegnąc co tchu, kalecząc się o gałęzie.
Nareszcie rój opadł na krzak, chłop go w rzeszoto zebrał, płótnem okrył. Szara ćma pocięła go zajadłe, bólu nie czuł, namiętnością opanowany.
W tryumfie zaniósł na wrzosowisko, i gdy żar słoneczny przygasł, w swoim ulu osadził.
Pszczoły zmęczone, zduszone, rozpełzły się po nowem mieszkaniu, ocierając skrzydełka, kupiąc się wokoło drewnianej klateczki, w której Hryc uwięził matkę.
Szumiało w ulu; chłop, nie mogąc się od nich oderwać — tamże opodal zanocował, na pościeli z wrzosów, bez ognia, wieczerzy, kaleczony niemiłosiernie przez komary.
Nazajutrz pszczoły wyległy na słońce na ścianę ula, tworzyły na drzewie szarobrunatne plamy ruchome, zrywały się, wracały znowu. Przy otworach tłok był i zamieszanie. Wychodzące opowiadały coś, inne cisnęły się do wnętrza. Żadna nie ruszyła do roboty. Wreszcie o południu około otworu ukazała się mucha dłuższa, z odwłokiem, dotykającym drzewa, gdy po nim pełzać zaczęła.
Pracownice wnet ją otoczyły.
Ona parę razy otarła skrzydełka, zadzwoniła przeciągłą pobudkę — zleciała.
W tej chwili tamte ją kłębem objęły. Łapkami poczepiane w girlandy, wzniosły się nad wrzosy wonne, zakołowały, poszły kędyś na bór.
Zdaleka obserwujący Hryc — ani się zatroskał.
— Suszą się! — pomyślał.
Ale wieczór nadszedł, a one nie wróciły.
Tedy zajrzał do ula. Na spodzie leżało parę martwych owadów ze zgarniętemi nóżkami, zmalałe w swej nicości — zabite zmęczeniem, czy osądzone przez inne. Na górze w mateczniku, skulona, głodna — była matka.
Hryc splunął ze złości.
— Taka ty matka! — krzyknął — no, gińżeż.
Wytrząsł ją z matecznika na chłodną rosę, wiedząc, że nie przeżyje nocy.
Potem jednakże poszedł po radę do znachora.
— Bywa tak — filozoficznie pocieszał go stary. — Dwie matki było, nie spodobały sobie miejsca, taj poszły. Jedno źle, że ty tę drugą zgłumił. To nie wolno. Nie będą się tobie pszczoły wiodły!
Rzeczywiście, przez dwa lata ul Hryca był pusty. Kora z niego opadła, poszarzał, zginął całkowicie w bujnej, młodej porośli.
Kilka rojów daremnie osadzał w nim strażnik, uchodziły precz zawsze, lub marniały na jesieni. Było to zaklęcie, przeciw któremu chłop walczył z cichą zawziętością.
Nareszcie trzeciego lata rój jeden został, zagospodarował się na stałe.
Wszystko u nich szło w porządku.
Przy otworach na zewnątrz stała straż, kontrolująca wchodzące i wychodzące robotnice, na wewnątrz inny oddział bezustannie wachlował powietrze, od góry ula pozawieszała szara ćma plastry wosku, napełniała komórki miodem.
Architekci spełniali swoje, pracownice swoje, piastunki karmiły robaki ledwie wylęgłe, szafarki zasklepiały gotowe plastry, a dzień cały szumiało tam, szumiało!
Po wrzosach, po drzewach, daleko wkoło latał owad niestrudzony — na noc osiadał plastry, ściany, spód ula, a ledwie na brzask się zbierało, szedł znowu do pracy.
Godzinami całemi Hryc się im przyglądał.
Wrzosowisko lilijowe przełknęły goryczki sine, złote nieśmiertelniki, przy ulu krzak paproci się rozrósł, brzeźniak już cień dawał, tylko przed ulem chłop drzewiny przetrzebił, piasek obnażył i zasiał melissy źdźbeł kilkanaście, pszczołom na przynętę.
Leżąc opodal, piersiami do ziemi, z brodą na rękach opartą, Hryc oczy pasł widokiem swego tryumfu.
Czasem owad z melissy zdejmował i gadał:
— Aha, moja ty, moja, nie pójdziesz ni do dworu, ni do boru. Matka jest.
Tak, matka była: Rodzicielka, skrzydeł pozbawiona, ociężała rodzeniem, wielmożna, niestrudzona w swej płodności.
Nie wychodziła nigdy na świat Boży, nie rządziła nawet, królowała tylko wśród narodu co ją czcił, królowała rodzicielstwem — na pozór marna, szara, bezkształtna!
Naród przez jej cześć był mocny, ona przez swe dzieci potężną.
Nie miała żądła, ni jadu — matką bo była.
Chadzał Hryc do swego ula całe lato. Przywiązaniem to mu się stało, myśleniem, kochaniem.
Ludzka stopa nie bywała tam, ludzkie oko nie widziało tej szarej kłody, tylko on jeden.
Od drogi ludzkiej i bydlęcych ścieżek, dzieliły ten szmat »pomłodzi« grzązkie czahary, łozy, torfiaste kępy.
Zrazu z obowiązku, potem z upodobania Hryc tam chadzał.
Z boru w ług mokry i zdradliwy, potem w łozy i leszczynę.
Na przerwach, poczynionych przez strumyki rdzawe, na zdradliwych oparach kładki sobie poczynił, a chadzał zygzakiem, jak zwierz.
Trwał jego rój lato skwarne, dochował się cało do jesieni, aż do pory, gdy brzeźniak począł nabierać na liście plam złotych i brunatnych, przerzedzać się ze swej zielonej ozdoby.
Wrzosy stały się brunatne, z paproci oblatywał pył rodzajny i różne prochy, źdźbła, ziarna, wiatr-siewacz niósł i ciskał.
Mądrze ukryte ptaszę gniazda odsłaniała jesień i na siatki pajęcze, rozpięte wśród gałęzi, co rana osiadała biała rosa.
Pokraśniały ługi od kałiny i jarzębiny, w leszczyny spadły orzechówki, i o twardym dzióbie krzykliwe, przelotne łupieżce.
Zblakło niebo, a wody pociemniały od rannych i wieczornych chłodów, już nawet cząbry kwitnąć przestały.
Żadnego nie było w lesie gwaru, ni ruchu, ni woni.
Pszczoły Hrycowe wychodziły później w pole, wracały zaraz po południu.
Praca była niespora, a i ta zbyteczna, bo ul pełen był miodu zapchany woskiem.
Wtedy to nieszczęście się stało.
Pewnego rana zaszumiało w ulu. Zrazu kilka głosów, potem kilkadziesiąt — w końcu setki, tysiące. Był to jęk jednogłośny całego narodu.
Na spodzie ula, na odłamku Wosku, martwa, kurczowo zwinięta, leżała matka.
Tak ją znalazły te, które najraniej zmieniały warty u otworów.
W jednej chwili wieść obeszła — i rój cały się zleciał.
Do martwej szła każda, dotykała, obchodziła wkoło, trąciła różkami, oglądała wosk, szukała ran, posuwała tu i tam.
I każda żałośnie jęcząc odchodziła błędna, osowiała; nie zlatywała, pełzła jak robak.
Wnet się ład zmieszał, uczynił się chaos. Ul napełnił się masą owadów niesfornych, rozbitych — tłuszczą — nie narodem.
I ukazały się dopiero charaktery jednostek.
Zleciały jedne na plastry gotowe, poczęły ten plon całoletni, na zimę oszczędzony, pożerać chciwie, tratując, topiąc się w słodyczy.
Tych była mniejszość. Rzuciły się na nie pracownice, zawistne znoju, karmicielki młodego pokolenia, i bój się wszczął.
Wkoło trupa matki poczęły padać trupy inne, mniejsze, skrzydlate, z wyprutemi wnętrznościami, drgające w ostatnich odruchach. Spód ula pokrył się wnet niemi.
Na zewnętrzną stronę kłody wyległa reszta roju, uczyniły sejm.
Część, party ami lub pojedynczo, ruszyła w świat. Te pamiętały ul, skąd wyszły, pasiekę, tę matkę, co ich zrodziła.
Wzniosły się nad brzeźniak i poszły w stronę daleką. Może ich przyjmą, a może pobiją jako intruzy — przed zimą.
Te co pozostały — to uczciwe pracownice.
Raz jeszcze zajrzały do ula, podumały chwilę i poszły po wrzosach, po późnych dzwonkach, po zroszonych trawach.
Zaczęły pracować. Chłodno było i rośno.
Ogarniała ich niemoc, niechęć.
Siadały na kwiecie późnym i brzęczały.
— Po co zbierać — niema matki.
I siedziały długo, długo, nie szukając plonu. A gdy wreszcie zebrały cokolwiek, pozostawały znowu leniwe, ociężałe:
— Po co nieść do ula — niema matki.
Słońce о południu przygrzało. Zziębnięty, zbiedzony owad prostował nóżki, rozsuwał skrzydełka i siedział sennością, brakiem celu jakby otruty.
Zajrzały do ula raz. Wartownice rozpełzły się niewiadomo gdzie, nikt nie wachlował u otworów.
Zaduch był nieznośny wewnątrz, spód usłany trupami. A trupy padały ciągle, bój się srożył, ginęły jedne z ran, inne z przesytu, ginęły z głodu opuszczone dzieci.
Z pod trupów już i matki widać nie było.
Odgrzebały ją uczciwe robotnice i znowu szukały życia, znowu jej dotykały pieszczotliwie, wołały przeciągłe.
Ale ona już ni rodzić, ni królować nie będzie. Oniemiała, skurczona, była już tylko źdźbłem suchem, smutną, szarą drobiną.
Kilkanaście pracownic — tych dobrych, tam przy niej zostało, na straży — wiernych aż do śmierci — trochę poszło znowu w pole, po plon — do śmierci też obowiązkowych. Rozleciały się po wrzosowisku. Słońce zstępowało z południa — chłód ogarniał ziemię. Owad wracać był powinien; ale się zapóźniał. Zawieszały się na byle łodyżce, pozostawały w dzwonkach lilijowych.
— Czego wracać — niema matki.
I tam je noc ogarniała, ciemność, wilgoć, zimno — śmierć.
Pod wieczór rój umilkł.
Hryc, obserwujący go, myślał, że usnął — a on — zmarniał.
Nazajutrz żaden owad nie wyszedł. Zastanowiło to człeka.
Zatlił skręt łachmanów, siekierą podważył otwór, i kurząc sobie — zajrzał.
Ostrożność była zbyteczną — pszczoły jego nie miały już żądeł, ani mogły użyć skrzydeł. Grubą warstwą pokrywały spód ula, była ta hekatomba całego narodu.
Hryc zmartwiał. Odrzucił kurzydło, pełną garścią nabrał owadów, popatrzał na nie długo. Ani na miód, ani na wosk nie zwrócił uwagi. Ujrzał przed sobą znowu zaklęcie, przypomniał sobie przepowiednie znachora, ową matkę pierwszą, którą »zgłumił« — i nagle z przerażenia i dziwu przechodząc w szał, zerwał się na nogi, siekierę w obie garście porwał i ze wściekłym zamachem w ul ją puścił. W drzazgi rozleciało się przykrycie, ul się zatrząsł, poczęły się obrywać plastry.
Hryc blady, z oczami zmrużonemi, zaciętemi zębami, milczący, dziki — rąbał.
Siekiera padała bezładnie, odłupując drzazgi, rozbijając sęki, ryjąc, kalecząc, niszcząc. Człowiekowi pot zalewał oczy, ciekł po rękach. Milczał wciąż, z za zębów ślina mu się cisnęła, osiadła pianą w kątach ust — oczy osnuła siatka krwawych żyłek.
Wreszcie kłoda rozpadła się na dwoje, potoczyła się, odkryła całe wnętrze, miazgę zduszonych owadów — miazgę ich pracy.
Miód się polał po ziemi, jak złota krew tego szarego narodu — deptały po nim postoły Hryca.
A on wciąż rąbał. Uczynił ze swego ula drwa, potem szczapy, wreszcie trzaski i wióry, aż sam zziajany, drżący od wysiłku, na te szczątki się potknął i upadł.
Nazajutrz — jakby nigdy w tem miejscu ul nie stał — tylko trochę drzazg zostało. Brzózki i osiki osypały go liśćmi rdzawemi, a potem od wichrów i wilgoci to drewno próchno zjadło, robaki stoczyły, jako zwykłe bywa z ludzką pracą.
Następnego roku mrówki to miejsce sobie zagarnęły i rozwielmożniły się, ścieżyny bijąc, korytarze coraz wyżej budując, ściągając zdaleka budulec i pokarm.
Hryc ich, jak dawniej, nie tępił, bo Hryc tu nie chadzał, i pono nawet bór i służbę porzucił.
Znowu, jak przedtem, tylko pszczoły z osobna uwijały się po wrzosowisku — brały słodycze, kwietne pyły, i ociężałe łupem, wracały daleko, może o milę — do matki.





Z TAMTEJ STRONY.


Zabielało coś między krzyżami cmentarza, jakby wiatr poruszył płachtę ofiarną, przewinęło się jak szmatek mgły wstającej — i ot, przy furtce rozwalonej stanął cień ludzki.

Ale go tylko ujrzały sosny, co na warcie tam stały, i zaszumiały znagła.
— Skądżeś, nieboże?
— A stamtąd! — cień szepce, dal błękitną wskazując.
— Czego?
— Do swoich, po pacierze, po pamięć!
— Nie idź! nie idź! — wołają czarne, ciężkie gałęzie, zabiegając mu drogę, rozkładając ramiona.
Wskroś nich cień się prześlizguje na drogę piaszczystą, i po tym ciężkim szlaku odbiega, płynie, jak rybitwa po wodzie — wprost na księżyc, co stoi nad siołem.
Powietrze go nie trąca, cień od niego nie pada, a przecie jest, i idzie, wielką tęsknicą i potrzebą niesiony.
Zboża go widzą, i lelaki, i drzewa — wszystko, co mowy nie ma i własnego rozumu, tylko boży.
Nawet go poznaję brzozy przydrożne. Tenci jest, co przed kilku laty z roboty i na robotę chadzał — uznojony, młody, wesół. Tylko się ustroił teraz w godowe szatki — wiadomo w gości idzie — na chwilę, do swoich. Stopy jego już rosy nawet nie otrącą, trawy nie schylą, ręce źdźbła nie zerwą, głos nawet szmeru owadu nie zagłuszy.
— Ha! on z tamtej strony idzie.
Wiatr jest cichy i wonny. Nad zbożem pył kwietny się unosi i pachnie, dołem ruczaj biegnie, czasem gwiazdka obleci, czasem błędny ognik nad moczarem się zatli — we wsi mrugają światełka, psy szczekają, śpiew płynie od pastuszych obozów.
Cień idzie to zbożem, to drogę, to wodę, kwapiąc się, wpatrzony, zasłuchany. W jasności się roztapia, w mroku szarzeje. Spotyka go pies tropiący zająca — staje, nagle umilkły — patrzy chwilę, podkurcza ogon, i zajęczawszy dziwnie, mija.
Na mostku dudnią bose stopy. To kobieta z dzieckiem na ręku szuka zabłąkanych gęsi. Dziecko zdziwione oczęta wlepia w brzozę przydrożną, porusza główką, coś szepleni, rączką macha i uśmiecha się.
Kobieta mimowoli tam oczy zwraca. Nikogo niema pod brzozą — uchodzi kilka kroków, ogląda się, jakiś ją lęk ogarnia, ciekawość trwożna — tak tam liście się dziwnie ruszają. Nic nie widzi strasznego, a jednak przyśpiesza kroku, jedną ręką drobinę swą przyciska do serca, drugą dziecko i siebie krzyżem osłania. Poszli — niemowlę kwilić poczyna. Cień już za mostkiem jest, kędy się płoty zaczynają — już doszedł kołowrotu i krzyża.
Czy to wiatr wrota rusza — zaskrzypiały, choć nikogo w nich nie widać, przemknęły się i znowu zawarły.
Dziwi się temu stary wartownik skulony u węgła narożnej chaty, i długi czas tam patrzy apatycznie — potem zasypia.
Już duch ulicą idzie, a przy każdej chacie pies na niego skomli żałośnie, tuląc się do ściany, cisnąc do izby.
— Czego się to psy niepokoją? — pyta, obzierając się, chłopak z gromady prowadzącej konie na nocleg.
Coś chodzi! — odpowiada tajemniczo drugi. Teraz się wszyscy obzierają, a jednocześnie ścisnąwszy piętami konie, pomykają chyżo, i czują na plecach dreszcz zimny — strachu.
A duch za nimi patrzy z żalem — koledzy to przecie jego, chciałby z nimi krzynę pobawić, pohasać — czego tak zmykają od niego? Rozpłynęli się w mroku, tylko tentent wskazuje, dokąd poszli — i piosenka, którą przodownik dla otuchy zaśpiewał.
Cień dalej idzie, skręca w podwórko dobrze znane. Tu życie zaczął i skończył — tutaj go przecie pamiętają, poznają pewnie.
Przyklęka na przyźbie, do szybki się przytula. O! są wszyscy; siostra i szwagier, braciszek mały i matka.
Uderza w okienko raz i drugi, ale nikt go nie uważa. Rozmawiają starsi o troskach codziennych, malec fujarkę urządza. On pierwszy coś słyszy, coś czuje.
— Cyt, ktoś stuka do szyby! — powiada.
Rozmowa ucicha na chwilę — wszyscy tam zwracają oczy i słuch.
— Et, ćmy biją się do światła ze dworu! — decyduje szwagier.
— A może ktoś nas podgląda, a tymczasem dobierają się do komory! — niespokojnie odzywa się siostra.
— Toby Kruczek szczekał! — uspokaja mąż.
— A może to kto z tamtej strony! — szepce matka i wzdycha, przypominając tych, co na nią tam czekają. — Może to mój stary już mnie woła. Moja pora nadchodzi!
Wzdycha znowu, i poczyna rachować swe łata, ale wtem wnuczek odzywa się w kołysce, więc bierze go do rąk, nagle rozpromieniona, cała zajęta tem nowem przywiązaniem i hodowankiem.
— Matko, to ja, Janek! — woła cień, wpatrzony w nią błagalnie, ale go nikt nie słyszy, nikt witać nie wychodzi.
Tylko Kruczek nie szczeka. Siedzi na przyźbie i patrzy na niego. Oczy jego błyszczą w ciemności i kiedy niekiedy porusza ogonem. Poznaje chlebodawcę, ale podejść nie śmie, połasić się nie ośmiela, węszy i dziwi się, że postać ta nie ma woni. Czegoś mu dziwno!
W chacie ogień przygasa, i do spoczynku się zabierają, gdy wtem pies wybiegł za czemś do wrót, podniósł pysk w górę i zawył razy kilka. Pod okienkiem już niema gościa...
Teraz już wieś śpi. Tylko tam świeci się, gdzie ktoś chory leży, tylko lelaki i nietoperze zataczają kręgi, i gdzieś po strychach sowy hukają złowieszczo.
Cień idzie środkiem ulicy z głową zwieszoną, wolno, nie trzymając się prostej drogi, jak liść wiatrem gnany, bez celu.
Czasem staje, i jakby zawrócić miał, okręci się na miejscu — ale idzie znów dalej.
Nareszcie nieśmiało wstępuje do jednej zagrody. Malw i nasturcyi pełen ogródek, do okna zaglądają wisienki.
W tym gąszczu tuli się duch, do kielicha malwy usta przykłada i szepce:
— Zastukaj ty do szyby, zastukaj. Mnie ludzie nie słyszą. Może ty wywołasz kogo z izby.
Kwiaty od jego tchnienia stulają się i więdną, a łodyga się pochyla, trąca okienko.
— Kto tam? — pyta cichy głos ze środka.
Niema odpowiedzi, tylko znowu szelest tajemniczy.
Okienko się otwiera ostrożnie, dziewczyna w niem staje, i wygląda, i słucha, i czeka. Bieliznę jej i lica srebrzy miesiąc, w oczy zaziera, pieści kształty. Taka piękna w tem świetle!
— Kto tam? — pyta cichutko, wychylając się naprzód — czy to ty, Stachu?
Nie, to nie Stach — on na łące z końmi, to ktoś inny, zdaleka gość!...
Ale ona go nie widzi, choć od księżyca jak w dzień jasno — tylko widzi, że malwy chyboczą się jak żywe, i po gałęziach wiśniowych dreszcz chodzi. A przecie wiatru niema — taka cisza i spokój dokoła. Tedy i ją lęk porywa, zamyka okienko, drżąc wraca do posłania, i oczu odwrócić nie ma siły, a tu i miesiąc po ścianie zaczyna tańczyć, a za ścianą dziwny szmer. To rosa pada — a jej tak serce bije, niepokój oddech tamuje! O gdybyż już światło. Ale jeszcze nie świta — jeszcze duch ma czas wrócić, skąd przyszedł.
Znów się sunie ulicą, i teraz wyraźnie słyszy żebraczka stara, nocująca pod płotem, że coś płacze żałośnie.
Podnosi głowę i chwilę nadsłuchuje.
Potem, jakby zrozumiała, składa ręce kościste i bezzębnemi usty poczyna szeptać:
— Duszyczkom zapomnianym i opuszczonym, racz Panie swą światłość przybliżyć, do Siebie ich przygarnąć. Amen.
— Cyt — już płacz umilkł, tylko słychać głębokie odetchnienie ulgi, a na ulicy coś zamajaczyło — mknąc jak puch ostowy. Gołąb, nie gołąb! Już pierzchło.
Księżyc łuk swój zatoczył, i teraz z nad cmentarza patrzy — na kogoś wyczekuje. Na ziemię rzucił od siebie pasmo srebrne, i na tę ścieżkę wybiega cień — w swoję powrotną drogę. Wyżej się wspina, i wyżej, coraz bardziej tracąc ludzkie kontury, coraz chyżej wzlatując, aż się stapia ze srebrem, i niknie, i blednie w różowem na wschodzie zaraniu. Ten już nie przyjdzie raz drugi z tamtej strony — do swoich — po pamięć.





CZARNA WODA.


Dawniej przez to jezioro leśne płynęło czyste »Stubło«, i była to woda przejrzysta, tak, że olszyny aż we dnie tafli gładkiej widziały swe czarno-zielone gałęzie. Wśród olszyn rosła szczotkowata trawa »typeć«, rosły krzaki jarzyn i chmielu, a jesienią pod olchowymi spadającymi liśćmi chowały się całe rodziny rydzów.

Wiosną, gdy ziemia poczynała drżeć i dyszeć miodem, silnem życiem, każde jej drżenie kołysało jeziorko, każde jej tchnienie rodziło kwiaty. Złote »łotocie« pokrywały ziemię wokoło, wbiegały aż w wodę, wytykały aż z toni kwiaty i zieleń.
Wrzało życie. Zwijają się nocą nad jeziorem lelaki, w jarzynach zawodzą słowiki, po brzegach zapadają kaczki i gniazda ścielą, nad Stubłem przemykają słomki i rzucają swoje urywane, krótkie hasło: ch, ch-ps-ps!
Zwało się wtedy jeziorko owe: Perezwy, co znaczy »Konkury« w ludowej mowie.
Lubili je rybacy i myśliwi, pasterze i młodzi parobcy, gęsto po niem snuły się czółenka, a woda niosła i szepty, i śmiechy, wioseł pluskania i strzelb wybuchy. A teraz ta Czarna Woda — przeklęta.
— »Było tak — opowiadał dziad stary — aż do tej wiosny, kiedy Oksenia zginęła. Była ona sierota, u ojczyma w chacie chowana, taj robotę przeciągnięta i krzywdzona, aż ją za mąż oddali za złego. Orze wół, aż go jarzmo zwali — cierpi człowiek, aż z niego moce wszystkie wyjdą.
»Takci tej wiosny zginęła Oksenia. Dzieciątko swoje zabrała z chaty i przepadła. Wody ogromne wtedy szły, kra, szumy — i dopiero gdy Stubło się uspokoiło, znaleźli rybacy z tej strony na Perezwach topielicę, wplątaną w łozy. A nie sama była — dzieciątko przy piersi trzymała. I po tem Oksenię poznali, bo zresztą już ją woda popsuła i raki ogryzać poczęły.
»Zlękli się rybacy śledztwa i ciąganiny, taj wiosłami odepchnęli trupa na drugą stronę jeziora, na brzeg drugiej wsi. A z tamtej wsi przybiegli i znowu tę śmiertelnicę tamtym podrzucili.
»I tak ona po śmierci pędzana była, i bita, i popychana, aż wreszcie z niej nic nie pozostało, ino kostne wiązanie i to spłynęło i rozeszło się po jeziorze.
»A za to ona pomściła się na tej wsi i na tamtej, i tak sobie zrobiła, że, która za życia kąta nie miała, gdzieby głowę przytulić, teraz ma het taki szmat ziemi, dla siebie jednej.
»Z początku to ino posłuch poszedł między rybakami: straszy na Perezwach, potem i Strzelce nie zechcieli tem chodzić, pastuszki uciekły, a wreszcie tej topielicy i Stubło się zlękło. Drugiej wiosny porzuciło stare koryto, obeszło jezioro, olszynę i het łąkami się przedarło.
»Teraz niczyj ten olszeniak i ta woda: ni ptaszę, ni ludzkie, ni Boże!«
I prawda: olchy stoją w trzęsawisku rudem i pustem i cisza tę wodę otacza, cisza grobowa — nic i nikt się nie odzywa.
Zimą po kępach czerwienieją żórawiny, których nikt nie zbiera, i rudzieją oparzeliska zdradne. Olchy pogarbiły się i usychają od szczytu, a taflę jeziorka porosła rzęsa. Opadają na tę martwą wodę liście zczerniałe, a ona nawet nie zadrży. Rozchodzą się po niej, jak pająki, oczerety, a ona ich nie wypłukuje, nie broni się. Głąb muł zarasta i olchy nie widzą już swego odbicia!
Z wiosną, gdy ziemia poczyna drżeć i dyszeć, w tym przeklętym kącie każde drżenie wali w grzęzawicę od korzeni podgniłe drzewo, a tchnienie nie jest kwiatem, ale nikłem światełkiem, które to tu, to tam z topieli wytryśnie, jak żywe się potoczy i zgaśnie. Nie grzeje i nie oświeca, ni Bogu, ni ludziom się pali.
Światełka biegną, łączą się potem, potem na sto płomyków się rozstrzelą, trysną w górę, opadną — żywe, zda się — a bez ducha, bez ciepła. Olchy szemrzą tajemniczo, jakby i liście nie śmiały głosu podnieść; woda zaś milczy i stoi nieruchoma, jak oko umarłego człowieka.
Z łóz nadbrzeżnych nad oczerety wstępuje biała para, zwija się i kłębi. Nieznaczne tchnienie powietrza pędzi ją naprzód; posuwa się więc między drzewa, idzie po kępach, po topieli — dochodzi do skraju błota, i staje, jakby ku czemuś wyzierała.
Tam łąki i Stubło żywe, a za Stubłem wieś gwarna. Kłąb szary ku ziemi przypada, wije się i wraca, owej granicy żywego świata nie mogąc przestąpić.
Płomyki zimne i blade z nią się łączą — i nieuchwytne, fantastyczne, i biegną, tworząc ruchome kaganki.
Przez środek jeziora leży olcha zwalona nad czarną wodą. Księżyc staje nad nią i patrzy. Kłąb pary znowu nad martwą tonią kołuje, aż skupia się na drzewie owem i przybiera pewne kształty.
To Oksenia, topielica!
Na kłodzie odpoczywa, do piersi dziecinę tuląc. Ni na tym brzegu, ni na tamtym, ni na tym świecie, ni na tamtym, ot, gdzie ją zła dola rzuciła.
Odpoczywa i czeka. A czeka cierpliwie na krzywdzicieli swoich. Przyjdą, gdzie i ona przyszła.
Miesiącem oświetlona, króluje wśród topieli. Milczenie i cisza. Nie skarży się Oksenia, a czarna woda głosu nie ma na swą niedolę. Czasami tylko gdy wicher się przewinie, zaruszają się olchy, łozy, oczerety, pochyli się do toni postać z oparów — twór wyobraźni. A wtedy coś jęczy — długo, żałośnie... coś płacze i łka.
Dziad stary o wodzie tej opowieść kończy:
— »Bo troje na świecie jest, co ludziom omijać trzeba: takiego ognia, co świeci a nie pali, takiej ziemi, co żywcem grzebie, i takiej wody, co nie biegnie!«
Wszystko, co opaczne, jest przeklęte.





MŁYN ARCHIPA.


— Bacz, tam na górze osika stoi. Kiwa się ona tu i tam, liśćmi przebiera, jak żyd, co groszaki rachuje; czasami piszczy, jak niesmarowane koło... ot, jak zwyczajnie wszelka osika. Aha! ale! myślicie, że to drzewo żywe, takie rosnące, na co pokazuję! Nie... to młyn Archipa!...

— A... a... a! — dzieciom oczy w słup stają, serca biją, jak dzwony farne.
— Aha! Osika stoi i stoi. Żeby to drzewo było, toby dawno przepadło. A ono, do końca świata ten młyn mleć będzie!
A bacz... pod osiką... bywa, że zając biega. To Archip ony do wiatru swój młyn nakręca, śmigi wypierzą, nastawia dyszel. Ot, co jest!
— Czemu tak? Czemu tak? — pytają dzieci. — Czemu to osika nie osika, zając nie zając?
— Ot, czemu! Był Archip mielnikiem u świętego Mikoły, dożył starości i szczęścia synów, a niebogaty był.
Tak to żywot na wiatraku zbył, co mełł, a mełł, bo wiatry świętemu służyły. Przynosiły mu anioły zboże, a on za obowiązek miał zmleć je i rozdać, ktoby od świętego Mikoły znak miał.
Przychodziły ze znakiem baby stare, i sieroty głodne, i dziady słabe, a zimę do tego młyna, jak do śpichlerza, biegł zwierz z kniei i pola, a ptaszki, to jak ćma spadały i gospodarzyły jak u siebie.
Długo mełł Archip sprawiedliwie, choć go czasem zawiść kąsała, i ziarna nie wziął, i synom nie dał... służbę cenił! Aż tu raz kamrat młynarz do niego przyszedł i powiada tak i tak.
Skręciła mu burza wał; zawód okrutny, bo kolęda za drzwiami; troskę ma.
Tak prosi: »Kumie, użyczcie mi swego młyna. Zmielę co trzeba i miarkę wam oddam!«
A Archip nawet nie wiedział dotąd, co zacz miarka młynarska.
Pomyślawszy, złakomił się i zgodził.
Mełł młynarz, mełł! Przybyły anioły dostawcy: »nie brak ci?« — pytają. — Nie brak! — odpowiada Archip.
A co ma braknąć, kiedy on sieroty i dziady zbywa: »nie kazał wam święty dawać«, a zwierzu i ptakowi piasek i trzaski ciska. A we młynie aż dudni kradzione młewo, a Archip, co na swojej miarce w progu siedzi, coraz wyżej się podnosi!
A potem sobie tak pomyśliwa:
— Teraz to, czego ptaszki nie rozdziobały, biedni nie wzięli, sobie przemielę. Przehandlują to syny na woły, na odzież, na ziemię!... A kto mi dowiedzie? a w końcu, com za młynarz, żebym wiek cały mełł, miarki nie biorąc? To mi się należy.
Więc skoro ów kamrat swoje ukończył, Archip już oną dumkę wziął w duszę. Owóż w ową noc, co roki dwa łączy, kosz ziarnem nasypał i młyn puścił.
A do onego czasu ów dzień i noc ludzie świętowali, więc na całym świecie tylko młyn Archipowy pracę dostał, i skrzypiał na swą krzywdę.
Pusto było i czarno! Wiatr ino śmigi podbijał, to łapał, wokoło młyna harce wyprawiając.
Szła mąka do skrzyni, biegła w worki. Archip ją coraz w dłoń brał i ważył, i kosztował, i wąchał.
Taka go chciwość oplątała, jak czyrówka len plącze!
Na kominku trochę tlało, zydelek podle stał, drzwi były zamknięte. Aliści patrzy Archip — na zydelku ktoś siedzi!
Zląkł się trochę, bo nikogo się nie spodziewał, ale podchodzi.
Staruszek to był z torbami żebraczemi.
— Czego chcesz? — burczy nań Archip.
— Obdarzenia proszę! Biednych to młyn.
— Może był, ale już nie będzie. Kupił ja go, drogo zapłacił. Dla siebie mielę!
— A cóż to jest, że i w tę noc świętą mielesz?
— A któż mi zabroni! Moja wola!
— Twoja wola. Ale kiedy się tobie powiodło, mnie poratuj. Bacz, głodnym, nagi, zziębnięty. Daj po garstce z każdego worka, z twojej miarki, Bożą miarkę żebrakowi.
— Idź do djabła, stary! Mało mnie to potrzeba chleba i synom moim?
— A królestwa niebieskiego ci nie trzeba?
— Ty, stary, pytasz się, jakbyś do Pana Boga dziś w gościnę miał iść. Nu, jak zajdziesz, to powiedz, że Archip Mielnik chce codzień wiatru na swój młyn. I tyle!
— I tyle! — powtarza staruszek, głową trzęsąc.
Wstaje potem i do kosza podchodzi.
Ręce nad skrzynią wyciągnął i rzecze:
— A cóż ty mielesz, młynarzu?
Podchodzi Archip, zagląda i osłupiał.
Pełne skrzynie, ale w skrzyni piasek; pełne worki, ale w workach piasek; pełen kosz, ale i w koszu piasek!
Patrzy, aż tu w całym młynie jasno się robi, a to ów staruszek światło daje, jak sto jarzących się świec.
Chce się żegnać Archip, ale ręka jego tak tylko chodzi wkoło, jak te śmigi; chce uciekać, ale nogi go tylko w okrąg noszą, jak jego młyn się kręci.
A ów staruszek powiada:
— Mielże, Archipie, młynarzu, aż wszystek piasek całej ziemi na pytel zejdzie. — Mielże, aż wiatru na świecie zabraknie. — Miełże, aż póki ostatni złodziej na świecie nie zginie. Będzie to noc święta, coś ją zohydził, złodziejską patronką od tego czasu, szczodrą nocą się nazwie i będą w nią łotry szczęścia próbować, jak ty próbował! Wziął ty nagrodę swoją, jakiej chciał. Mielże, miel, miel!...
A gdy to mówił, zajęczało drzewo nawet, zaklęło człowieka, co je shańbił, a staruszek sakwy swe z zydelka wziął i wyszedł, po powietrzu stąpając, jak po lodzie.
Ogień też zgasł i czarność objęła młyn, i cisza ponura, ino ów piasek na kamieniu zgrzytał, i wicher po śmigach bił, jakby cepami.
Przychodzą ludzie nazajutrz, patrzą — niema młyna; przychodzą syny Archipa — niema ojca!
Puhacz na osice siedzi, i ślepe, straszne oczy w nich wlepia, a wicher wkoło drzewa śnieg w lejki skręca.
Uciekli ludzie ze strachem, rozbiegli się po świecie synowie, pomarli i prawnuki ich, a owa osika, jak stała, tak stoi.
Ani jednego listka jej nie ubyło, na zimę też ich nie zrzuca, ale poschnięte na sobie trzyma.
Przez to i znać, że nieczyste to drzewo.
A wkoło ta góra piasku wciąż rośnie. Co miałby ją wicher rozwiać, to zda się jeszcze nanosi.
Ludzie wkoło już i siać przestali! A jakże piasek ma nie przybierać, jakże to drzewo ma nie stać, jakże Archip mlewo swe skończyć?
Braknież tu na świecie wichrów przeklętych, braknież złodziei, braknie piachu bezpłodnego?
Przestoi Archipów młyn, co dobre, nie przestoi złego, aż razem ze światem.
Ot, czemu, dziatki, osika, nie osika, zając nie zając!





NA STAREJ CHOINIE.


Hm! jak było zimno! Codzień! A dni tych wyciągnął się szereg bez liku. Stara choina, co może sto zim pamiętała, dziwiła się nawet owej srogości, stojąc po kolana w śniegu, w białej czapce, w kożuchu z grubej, mchem okrytej kory.

Dziwiła się, z nieukontentowaniem kiwając gałęźmi, i oburzona mówiła do młodszej siostry:
— Jak ci się zda taki porządek? Codzień jeśli nie śnieg, to mróz, a często i oboje włóczą się po lesie. Cygany te zbójcy, myślą u nas chyba osiąść na stale! Nie wiem, co sobie, ten nasz pan-słońce myśli? Bezprawie, mówię ci, bezprawie.
— Co mi tam! — lekceważąco wznosiła ramiona młodsza — do mnie chłód nie dochodzi, a dobrze sobie czasami podrzemać.
— Błaźnica jesteś i basta. Albo się to ja o siebie troszczę? A moi lokatorowie!
— Jabym ta nigdy żadnej hałastry do siebie nie przyjmowała.
— Gadaj, albo to nie wiem, że i ty masz, choć się jeszcze kryjesz. A liszki?
— No, liszki cicho siedzą.
— A w tej rososze, co ci burza skręciła i dziupło się zrobiło, nic nie masz?
— Et, prawie nic. Wprosiły się sojki na lato, a teraz pusta.
— Moja droga! I ja za młodu lubiłam się stroić, gadać i rosnąć. Na starość inne gusta. Lubię gwar wkoło siebie, no i dochód. Mam sporo mieszkań.
Płacą to oni licho, ale że przeważnie biedota, a nie łajdaki, więc patrzę na to przez szpary, ano przywykłam do nich. Trapi ich ta zima kaducznie. Boję się, że nie wszyscy lata doczekają. Może kto i zamrzeć, a wiesz, co z tego ? Naprzód mieszkanie opustoszeje, a powtóre niechętnie kto się osiedla po nieboszczyku — dowodzą, że straszy.
— Dużo ty ich masz, tych lokatorów?
— Ho, ho! Pięć piętr, moja duszo!
W suterenie siedzi borsuk. Mówią, że to malkontent i zbój potajemny. Prawią tak mrówki, ale dowodów niema. Włóczy się wprawdzie tylko po nocach, ale może odzieży nie ma dość porządnej, aby w dzień paradować. Wiem zresztą, co ma w spiżarni, a przecie to fakt: co jesz, takim jesteś. Otóż grzyby tylko ma. Zwłóczył je całą jesień. Wogóle lubi to dreptać po grzyby, bo i dzieci chodziły i żona się starała. Znieśli też tego prowiantu całą komorę, do drugiej naciągali mchu i liści, i tak biedaki zimują.
Niby to śpi, ale mizernieje w oczach.
Dzieciom szczędzą zapasów, a sami cierpią.
Żal mi najgorzej starej. Zeszłego roku woda im wpadła w korytarze, zalała na śmierć dwoje dzieci, popsuła mieszkanie. Często stara wspomina to i płacze.
— Moja droga! Łatwo ci co wmówić. Te twoje borsuki, chytre łotry. Posłuchaj, co mrówki opowiadają. Jak wpadną im do domu, to tysiącami dzieci niszczą i stuletnią robotę w perzynę obrócą.
— Wściekła przesada. Te ichmościanki lubią się wiecznie cudami pracy chełpić. A zresztą nie one jedne chcą żyć. Wielka mi parada te ich dzieci. Ni to chodzi, ni co zrozumie. Tysiąc mniej, tysiąc więcej, a mrówek zawsze dosyć. Nie uwierzysz, jak mi one swem bezustannem włóczeniem się i zaglądaniem we wszystkie kąty obrzydły. Składa się to niby na pracę, a w gruncie monstrualna ciekawość.
— Ty bo dla swych lokatorów masz słabość.
— To się grubo mylisz. Zaraz na parterze za tą krzywą gałęzią jest ciupka kawalerska, którą mi zajął pstry dzięcioł. To jest skończone ladaco. Co wiosna obiecuje ustatkować się i żonę bierze. Czulą się, skaczą, dokazują, nawet raz troje dzieci mieli, a potem na jesień żonę precz wygoni, bety jej wyrzuci i znowu kawalera udaje. Wymówiłam mu raz mieszkanie, a on mi na to bezczelnie: »To mi płaćcie za remont«. Prawda, stancyjka gładka, czysto wykuta, oheblowana, wejście z rzeźbą. Zmilkłam, nie lubię wydawać pieniędzy. To łotr jest, chociaż uczciwie płaci. Liszki mi tępi, pędraki pędza, ani dnia nie zaśpi.
— Słodka iluzya! Szyszki twoje żywcem na pal wbija i rozdziera.
— Nie prawda, nie moje! Gadają, że łotr to czyni, ale się kryje. Oho! niechby! Wygnałabym niezawodnie.
Oburzyła się stara choina, ale po chwili znowu dobra i łaskawa mówiła dalej:
— Pierwsze piętro przed pięciu laty zajęły pszczoły. Powiadam ci, to był piękny dzień, gdy do mnie z propozycyą i warunkami posły przyszły. Nielada honor ich mieć, nielada bezpieczeństwo. Teraz jam święta i szanowna wśród całego lasu.
Było trochę kłopotu i krętaniny.
Mówiły, że ciasno, że drzwi za wielkie, że im mrówki będą szkodziły, że z dachu może zaciekać. Wiadomo, wielkie panie, czują, co za honor robią.
Musiałam im dach dobrze gałęźmi i igłami otulić, wejścia mchem pozacieśniać, wewnątrz się ścisnąć, a dla mrówek żywicy dać i na paszę mszyc jedną gałęź ustąpić.
No, i pewnego południa przybyły. Skłoniłam się ze czcią przed królową, złotym pyłem posypałam im drogę, otuliłam od wiatru i skwaru. Moja droga! szczęsny, kto w sercu swem takiej mądrości i pracy dał mieszkanie; a chociem tylko choina stara, z dębem nie zmienię honoru, gdy mi mały, duży człowiek i mól powiada: »to barć«!
Takam wtedy dumna, żem opiekunką i domem tej królowej i ludu nad wszystkie mędrszego!
O! biedy były. Raz, mrówki ladaco, zerwały umowę i zajrzały do ula. Musiałam im jeszcze dla stu mszyc paszy dodać i żywicy szmat od pnia odłupić.
Potem czarna żołna, mego dzięcioła kuzynka, chciała do nich się dobrać! Ten ladaco jej pewnie plotkę puścił i namówił.
Rzucałam na nią szyszki i gałęzie, nic! kuła i kuła. Więcem po radę do człowieka poszła — zastrzelił ją. Odetchnęłam.
Ty się dziwisz, żem łagodna i dobra; jakżebym zła być mogła, serce całe mając miodu pełne! Jam barć!
Dąb przepyszny, co opodal stał, nagiemi gałęźmi wstrząsnął i zaszemrał z westchnieniem:
— Ty barć! Ty nietykalna! Już i pszczoły ten chłód czują. Zaglądałam do nich onegdaj. Ciepło niby i zacisznie, a przecie one bez humoru. Ekonomki utyskują, że może do wiosny miodu nie starczyć.
Zgroza zajrzała mi w oczy, gdym to usłyszała. Jabym już bez tych pszczół swoich żyć nie potrafiła, bo i co po nich warto do serca przygarnąć?
A tam wyżej ulokowały się szpaki.
Nie podobały mi się zrazu, bo obiecywały za wiele; i liszki tępić, i mech od południa oczyścić, i suche igły pozbierać na młodych pędach. Wreszcie zgodziły się na rok, i osiadły. Wrzasku tam było co niemiara, plotek, kłótni, zawiści i próżnej paplaniny.
Czekam na zapłatę — miesiąc — dwa — wreszcie przypominam. Cała zgraja odpowiada z fukaniem: jeszcze do roku daleko. Po terminie możesz nam komornika nasyłać, a teraz wara! Wolnoć Tomku w swoim domku.
— Ha — no, czekam. Ale to i niechlujne, i nieobyczajne — dzieci zuchwałe i psotne.
Straciłam cierpliwość, nasłałam im wróbla komornika. Moja droga! tenby nawet mrówki od mszyc wygnał. Wygnał i ich. Nawymyślały mi, ile się zmieściło — i precz uciekły. Chciałam ich za wymysły procesować, ale wróbel radzi czekać, aż wrócą, a tymczasem to ich mieszkanie zajął i pozwy pisze: i o zanieczyszczoną kwaterę, i o zaległe komorne, i o obelgi!
Zjeżdżę ich do szczętu, i dobrze! co warte takie tałałajstwo, które razem z nami zimy nie cierpi? Jabym ich nauczyła! Albo tym włóczęgom pasportów nie dawać, albo wcale z powrotem nie przyjmować.
— At, ja ich lubię. Zawsze jaką nowinę z za morza przyniosą.
— Potrzebne te nowiny. Niezadowolenie z własnego bytu i próżne mrzonki — oto ich owoc.
— No, no, będziesz ty miała i z wróblem miłe historye. Tego ci nikt nie wypędzi, byle raz w cudze pierze wlazł.
— Być może. Ale adwokata swego mieć, to też coś warte. Niech siedzi.
— Jeśli pieniać się lubisz, to i owszem.
— Ano, moja droga, różnie bywa — zamruczała choina, wobec widocznej ironii siostry, tracąc chęć do gawędy.
Otrząsła trochę śniegu z barków, i znów stała cicha, cierpliwa, wyglądając lepszych dni.
A tymczasem niebo było czerwone, aż raziło oczy, a ziemia zionęła z siebie chłód smalący. Zajrzały te mroźne płomienie do dziupla, co het nad mieszkaniem adwokata wróbla czerniało wązką szparą.
Wykręcona dziwacznie gałąź choiny zasłaniała je od śnieżnych zadmuchów, ale i tam nie lepiej się działo, jak gdzieindziej.
Przeklęty mróz! przeklęty.
Przez szparę wyjrzały czarne ślepki i sterczące uszki. Lokatorka zlustrowała otoczenie i wyszła na świat.
Nie większa jak pięść, w rudem futerku, z kitą puszystą, najmniej odczuwała chłód.
Usiadła na gałęzi i zadumała się.
Jeść chciała, a gorzej jeszcze głodne były pędraki: czworo żarłoków, które wykradły poza plecami matki wszystkie orzechy i pożarły do pół zimy zapas całoroczny.
Obiła je, ale co to pomoże.
Kory gryźć nie chcą, żadnego ziarna niema, a i pożyczyć od kogo niema.
Machnęła kitą tu i tam, zaruszała wąsikami, przestąpiła z nóżki na nóżkę.
W dziuple hałasowały dzieci. Z głodu teraz codzień się biją i gryzą o łupiny orzechów. Matka już i rozbrajać przestała. Jak się biją, zapominają o jedzeniu.
Znowu machnęła kitą i skoczyła na niższą gałąź.
Stara choina pogardliwie na nią patrzała.
— Dobrze ci tak, kiedy nie dbasz o obyczaje. Byłby mąż — byłby opiekun. Na co zarobiłaś, to masz! Błoga imaginacya: jednej babie tyle bachorów wykarmić! Żeby to choć naukę wzięło. Gdzie tam! ledwie to podhoduje — do psich figlów gotowa! Cierp asanna, cierp!
Wiewiórka jakby nic, machała kitką i zbiegała na dół. Na śniegu tak ją chłód objął, że dwie przednie łapki podniosła do pyszczka i chuchała w nie.
Zajrzała do nory borsuków, ale się zlękła czarnego korytarza, i wstydziła się żebrać u dzietnych, jak i ona sąsiadów.
Znowu przykucnęła na śniegu, grzejąc łapięta i strzygąc uszkami. Pomimo biedy, miała zawsze impertynencko-zalotną minę.
Zaczepił też ją wróbel adwokat.
— Nóżki zaziębisz!
— Ech, co mi tam!
— Kogóż to wyglądasz?
— A wiosny.
— Toś zawcześnie wyszła.
— Skąd wiesz?
— Mam kalendarz.
— To powiedz, kiedy zima nas porzuci.
— Daj trzy orzechy.
— Może jeszcze co! Widzieliście go!
— No, to nie powiem. Kalendarz kosztuje!
— To go sobie zjedz.
Machnęła kitą i pobiegła. Nóżki jej po śniegu czyniły jakby łańcuszek perełek, w które wpadało słońce i złociło je. Czasem przystawała, grzejąc łapki, czasem podnosiła się w górę, lub grzebała śnieg zawzięcie.
Zabiegała do krzaków jałowca, w nadziei, że znajdzie choć parę jagód przymarzłych, ale przed nią już jemiołuszki tu żerowały, bo znalazła po nich piórko złote z czerwonem, a obwąchawszy je, pobiegła do dębu, w nadziei znalezienia choć jednej żołędzi.
Ale i tu nic — nic. Z desperacyi zwiesiła kitę, szron osiadł jej na wąsikach i na końcach uszu, łańcuszek śladów szedł zygzakiem, widocznie bez celu.
Nagle stanęła jak wryta na tylnich łapkach, cała we wzrok i słuch zmieniona.
Coś się działo w borze, coś stukało, coś pracowało.
Zlękła się i chciała uciekać, ale ciekawość nadewszystko była większą.
Skoczyła na dąb, z gałęzi na gałąź, aż na sam czub. Przysiadła za pękiem jemioły i wyjrzała. Oczęta miała bystre, a czarne i okrągłe, jak paciorki.
Stała opodal sosna koszlawa, rosochata, prawie krzak, o korze grubej i nierównej. Nizko nad ziemią, do pnia jej uczepiony jak akrobata, tkwił dzięcioł pstry — jej sąsiad, i tak kuł zawzięcie.
Wrócił jej rezon i nawet chęć do figlów.
Znowu znalazła się na ziemi, cichutko podbiegła i parsknęła śmiechem.
Ale kowal już ją przedtem spostrzegł, i tylko głowę przekręciwszy, spytał:
— A czego tu?
— Tak sobie, na spacer! — odparła z głupia frant.
— Winszuję! w taki mróz.
— Mam szubę — dobrze mi!
— Ale głodno! — mruknął, nos o drzewo ocierając.
Zamiast odpowiedzi, przyjrzała się jego robocie i plasnęła łapkami.
— Bój się Boga, kowalu, a toż ty szyszki żywcem pożerasz! Dzieci naszej choiny! czy ty masz sumienie?
— A mam! — flegmatycznie odparł — bo je aż tu zanoszę, żeby stara nie widziała. Zresztą żywcem, nie żywcem — żadna się nie odezwie, że ją boli!
Tu znowu nos o drzewo otarł. Taki miał zwyczaj, jakby go wieczysty katar trapił.
— Wypasłeś się też na pokaz! Dobre te szyszki być muszą?
— Aha — furda orzechy!
Tu znowu ogon mocniej o pień oparł kuć począł. Szyszka była osadzona w korze, jak w kleszczach, a on jej tarcze rozbijał i dobywał ziarna brunatne, grube.
Wiewiórka skoczyła na gałąź i przyglądała się robocie, połykając ślinkę.
Taka była głodna, taka głodna.
— Kowalu — rzekła — dalibyście mi parę szyszek dla dzieci! — Albo to moje dzieci? — odparł, łykając — do żadnego orzecha niema przystępu za tobą, a teraz już ci szyszki pachną!
Zresztą jeśli się dobierzesz do magazynu, to ci pozwolę wziąć dla bębnów.
— A gdzież ten magazyn?
— A ot — pod sosną tutaj. Śnieg przysypał.
— Głupstwo, ja śnieg odrzucę! Mój kowalu, a jak nas kto przed choiną oskarży?
— To ciebie stara wypędzi, a mnie zostawi, bo ja jej najlepiej płacę.
— Drobiazg pomarznie! — szepnęła wiewiórka w zamyśleniu, ruszając kitą tu i tam i strzygąc uszkami.
A dzięcioł nos otarł o korę kilkakroć, i z pod oka na nią spoglądając, rzekł:
— Jak chcesz! Chwilę jeszcze pomedytowała, potem skoczyła na ziemię, zawęszyła pod sosną.
— Jak mi dzieci miłe, prawda! Czuć szyszki! — szepnęła, poczynając śnieg odrzucać.
Odrzucała z ochotą i zapałem, aż się zdyszała, aż chciała zrzucić szubkę, takie gorącości ją ogarnęły. Tylko ten śnieg się kłębił, a jej kita migała.
Dzięcioł kuć przestał, wgramolił się na gałąź, i zwiesiwszy wielki nos, przyglądał się robocie.
Wtem wraz ze śniegiem wyleciała w powietrze jedna szyszka, potem druga i trzecia.
Magazyn stał otworem a obfity był!
Ale oto nagle dzięcioł z gałęzi się porwał, wpadł na wiewiórkę, palnął ją w bok skrzydłem, uderzył dziobem po głowie, aż się biedna zaryła w śnieg, straciwszy z bólu i niespodzianej napaści przytomność.
— Ту? czego tu, czego! — krzyczał. — Złodziejką być się boisz, to żebrzesz ! Nie dam ci ani jednej szyszki, głupia! To moje, a żeś się spracowała — to słuszne! Głupi zawsze za mądrego robi! Precz mi idź, precz! bo cię ubiję.
Myślisz że nie wiem, jak mnie przedrzeźniasz za plecami i dzieci tak uczysz!
Tu wiewiórka oprzytomniała wreszcie, wstała ze śniegu, otrzepała się i rozpuściła język:
— Ty nosalu! ty pstry brudasie! ty szyszkożerco! Bodaj ci ten gruby nos wrósł w drzewo! bodaj ci żywica nogi pokleiła! bodajeś się na ogonie powiesił. Rozpowiem ja, rozpowiem, jakiś ty! poczekaj!
Siedząc na stosie szyszek, dzięcioł się nadął, nastroszył, głowę zupełnie w ramiona wciągnął, i kobiece gadanie puszczał mimo uszu.
Ona rozsierdzona przyskoczyła do niego, machnęła go kitą po nosie, i wszystkiemi czterema nóżkami rzuciła mu w twarz kłąb śniegu.
To była ostatnia zemsta. Przytem zdołała porwać szyszkę i odskoczyć z nią o kroków kilkanaście.
Tam, w oczach swego krzywdziciela, rozdarła ją i zjadła. Wtedy z całej mocy cisnęła na niego resztkami.
— Masz, masz! Dosyć mi na dziś. Dosyć! Adju!
Skłoniła mu się kitą i pobiegła.
Ponieważ zapomniała wziąć z domu kobiałki na prowizye, przeto kilkanaście ziarn dla dzieci niosła w pyszczku, i wyglądała, jakby na fluksyę cierpiała.
Przybiegła do choiny i prędko wdrapała się na na swą salkę.
Dzieci wnet ją opadły z piskiem i skargami jedno na drugie.
Najprzód więc obiła wszystko czworo, a potem nakarmiła.
Złość miała zapalczywą, ale wnet ją inne wrażenie zacierała, i ani się obejrzała, jak sama z tej złości się śmiała.
— Cha, cha, cha! Cha, cha, cha! — rozlegało się z dziupli niefrasobliwe, urągające zimie i głodowi, a cztery dziecinne głosiki wtórowały chórem, bez powodu — za panią matką.
Takie larum uczyniły, taki rejwach, taki gwałt, że wyjrzała przeze drzwi sowa faktorka, zajmująca strych choiny, i pomyślała:
— Ani chybi — wiosna prędko.
Przeciągnęły się borsuki w norze i młodszy spytał:
— Matko, może już wstawać?
Pszczoły popotniałe i słabe otarły skrzydełka; szmer przeszedł.
— Coś się już odzywa wesoło na świecie!
Adwokat stanął na progu i rzekł do dzięcioła, co zdyszany na nocleg wracał:
— Słyszysz, co ta awanturnica dokazuje! Ona mi tu bez kalendarza wiosnę czyni.
— Trzy razy do wiosny zemrze — impertynentka!
— U ciebie co za wesele, siostro? — spytała młodsza sosna.
— Wesele, moja duszo, wesele biedy z humorem. Mówię ci, o tę waryatkę jestem spokojna. Czworo dzieci, nędza, głód — ale humor.
Ta się wiosny doczeka i innym czekać pomoże.
Słyszysz, jak to się śmieje. Jak się rozochocą, tańce urządzą!
Prawda i to, że mi chyba tą uciechą za lokal płacą.
Mróz smalił ogniem, od ziemi, od nieba — nigdzie nie było litości.
— Cha, cha, cha! Cha, cha, cha! — wrzało u wiewiórek na salce.





WPISANY DO HEROLDYI.


— Sylwester Dubieniecki — masz list.

Stojący w progu kancelaryi Sylwester, szybko podszedł, kopertę niezgrabnie adresowaną w rękę żywo pochwycił i cofnął się.
Podniósł z ziemi koszyk dość ciężki i wyszedł w milczeniu.
Na ulicy list w zanadrze schował i ruszył prędko, usuwając się każdemu z drogi, salutując bezustannie oficerów, w razie ścisku schodząc z asfaltu w śnieżne błoto ulicy.
Drab to był sążnisty, zbudowany jak atleta, o twarzy bez śladu zarostu, roztropnej, trochę ponurej.
Od dwóch lat, jak go do wojska powołano, służył u kapitana za kucharza — stajennego, lokaja, niańkę, praczkę i posłańca.
Minął ulic kilka, raz zbłądził, nie mogąc w swej głowie wieśniaczej zakarbować szachownicy miejskiej, wreszcie wszedł do bramy.
Stróż zamiatający rynsztok, zagabnął go:
— Ale, tu się jakieś żydzisko o was u mnie dopytywało.
— Dawno?
— Będzie chyba z godzina może, gadał co wieczorem będzie.
Żołnierz nieco w bok się zwrócił, purpurą nabiegły mu oczy. Prędko w podwórze wpadł i na schody kuchenne począł się drapać. Serce mu biło jak na trwogę.
Wszedł do kuchni swojej, koszyk na stole umieścił, dobył list z zanadrza.
Poznał pismo matki starej i dziecinnie się uśmiechnął. Niezgrabnymi pałcami kopertę przedarł, i rozłożywszy arkusz na stole wziął się do czytania, pochylony, ze zmrużonemi oczami, pałce pod wyrazem każdym wiodąc i półgłosem zgłoskując.
— Mój najmilszy synku Sylwestrze. Naprzód donoszę ja tobie, że cie świętami winszuję i błogosławię — Jezusowi Panu i Panience Przeczystej Kazimierzeckiej oddając pod obronę.
A do tego nie gniewaj się synku, że my tu do ciebie świątkując, żadnego pisma nie przysłali, ani nijakiego gościńca, ale wspominki byli o tobie i u nas w domu i na wszystkich Budkach; Marcysia też tobie pięknie się kłania, i Józia, i Oleśka, i Kazik, i Adolf, i Hipek Rudecki. Chrzestna twoja takoż, a stryj pomarł. Wielkie frasunki były, bo Bóg ogień dopuścił, i przez to odryna z sianem się spaliła, i jałoszka też zdechła, a kasztanka nocą jakieś hycle z pod zamku wzięli.
Więc siana jako niema, Kazik i Adolf uradzili woły sprzedać, a pole na połowę Srulowi oddać, albo też procesu zaniechać, i do domu z niczem iść.
Ja też zaniemogłam w adwencie, bo chusty nie było, i trzewiki się zdarły, i takim się wykosztowała na felczera złotych siedm i groszy dwanaście, za które Jenta chce wełnę wziąć, albo te dwie gęsi siwe, coś to dostał od chrzestnej, więc uradziliśmy...
— Sylwester! — rozległo się z głębi mieszkania. — Żołnierz ruchem maszynowym się wyprostował, rękawem oczy zaczerwienione otarł i wyszedł. Stąpał po wzorzystym chodniku, potem po lśniącej posadzce, aż stanął w drzwiach gabinetu sztywny, z piersią naprzód podaną, z rękami przy lampasach.
Oficer bawił się z dzieckiem, które też wnet ręce do chłopaka wyciągnęło, wołając radośnie:
— Niania, niania!
— Konia mi osiodłaj, a żywo!
— Słucham!
Obrócił się na pięcie i wymaszerował według regulaminu.
Za chwilę był już w stajni, i konia siodłając, głowę miał pełną wzburzonych dzikich myśli. Wirowało mu w mózgu od tego nawału wspomnień, które mu list narzucił.
Wieści z domu miewał rzadko, dwa, trzy razy na rok. A za każdą widział jak na dłoni swe Budki Mazurskie.
Widział osadę o bielonych ścianach, o dachach z dranic, rozrzuconą w wianek wkoło jeziorka, otoczoną sosnami wiecznie zielonemi; widział płoty i sadki wiszniowe i drogę i pólka powydzierane z pod boru i sznurki łąk, a na straży karczmę starą, w której Srul mieszkał i Jenta.
Było w Budkach tych trzy rody, rozrodzone na piętnaście chałup: Dubienieccy, Łabędzcy i Marcinowscy, skoligaceni i spowinowaceni ściśle. W jego chałupie matka wdowa wyhodowała chłopców trzech i dwie dziewczyny, rządziła dotąd, posłuch mając bezwarunkowy. Widział i ją żołnierz; kobietę siwą, wysoką, suchą, o twarzy surowej i nakazującej uszanowanie. Miłował on też ją dusznie, głęboko.
Kasztan oficerski kręcił się i swawolił; ułan zębami popręgi dociągnął, wygładził, munsztuk założył i podał przed bramą, trzymając cugle w jednej ręce, a strzemię w drugiej.
Oficer wskoczył na siodło i ruszył tęgim kłusem, szeregowiec w furcie pozostał, patrząc przed siebie, w jeden punkt, oderwany zupełnie od otoczenia.
— Mój Ty Boże, mój Ty Boże! a to ich opadło! Odryny niema, którą on sam z braćmi stawiał, kasztanka niema, białonogiego ulubieńca! Co to on się na nim do miasteczka najeździł. A teraz woły pójdą i te pólka żyd wyssie; a i stryj doradzca pomarł i gęsi się zwiodą czubate! Mój Ty Boże! za jedno półrocze. Pieniędzy im trzeba na siano!
Jeszcze broń Boże proces opuszczą, co go tatuś pod błogosławieństwem nakazywał ciągnąć, o tę miskę półmorgową z dworskiego boru. Lepiej duszę djabłu zastawić, a tego starego porządku nie zaniechać. Pomódz im trzeba koniecznie i radę dać.
Dwanaście rubli z chaty poszło na niego, teby oddać, parę dołożyć, przeciągnęliby do wiosny może. Z wiosną Bóg opatrzy. Dwanaście rubli trzeba.
Sylwester przez dwa łata żadnej zapomogi nie otrzymał z domu, ale na służbie u oficera miał dochody drobne i tymi to swe potrzeby opędzał. Sprawił sobie nawet dwie koszule z jaskrawem u szyi oszyciem, scyzoryk, woreczek na tytoń i tombakowy łańcuszek do jeszcze nieistniejącego zegarka.
Teraz różne plany i sposoby chodziły mu po głowie. Nie on je pierwszy powziął — podsunął mu je handlarz, który do kuchni często zachodził po wymoki z herbaty, pierze z ptactwa, skórki zajęcze i tym podobne specyały.
Żyd pytał o owies, o tytoń, czyby kupić nie mógł. Dawno to już trwało. Żołnierz nie obiecywał wprost, ramionami wzruszał, coś mrucząc — nigdy w oczy kusiciela spojrzeć nie śmiał. Wreszcie mu obiecał, sam nie wiedząc, jak do tego przyszło, i odtąd po różnych kątach i schowankach zatykał rzeczy jadalne, ściągnięte z kredensu, czasami własne kęski. Od pewnego też czasu kasztan oficerski mniej dostawał owsa, a na strychu pęczniał worek z ziarnem!
Teraz Sylwester skarby te srocze obrachowywał z dziwnem biciem serca.
Zbierze się może osiem rubli, żyd da na przyszłość zadatek, a resztę...
— Sylwester! — zabrzmiał obok niego cienki głosik. Zadrżał i odskoczył od furtki. Była to pani kapitanowa w powrocie ze spaceru.
— Pana niema?
— Tak! — odparł już służbowym tonem.
— A ty czego tutaj gawronisz? Obiad nastawiony. Produkty przyniosłeś?
On szedł za nią, odpowiadając machinalnie — słucham! na wszystko.
Teraz ani o dokończeniu czytania, ani o snuciu planów nie było co myśleć.
Węgiel rozgorzał pod maszyną, rozległo się tłuczenie, siekanie, szczęk rądli, syczenie pary, a nad tem dyszkant pani kapitanowej i płacz dziecka.
— Po obiedzie upierzesz trochę bielizny, wytrzepiesz dywany, firanki i trzeba też oczyścić lampy, dziecko wynieść trochę na spacer. Potem z listem pójdziesz i kuchnię wyszorujesz przed świętem. No, no, tylko żywo z tym obiadem, pan za godzinę wróci.
Spocony, zdyszany, żołnierz uwijał się z robotą. List go palił w zanadrzu, troska rozpierała piersi, ale ani przez myśl mu nie przeszło sekundę chociaż służby zmitrężyć.
A służba ta nie znosiła opieszałości. Krzątał się chłopak — od trzona do balii, od bufetu do pomyj, od trzepaczki do dziecka. Cały dzień mu tak zeszedł, za krótki ten dzień zimowy. Jeszcze i pół wieczora zeszło na szorowaniu podłogi, na noszeniu drzew, węgla, na posyłkach.
Wreszcie spokój powrócił. W kuchni czysto sprzątniętej, białej, pod lampą wiszącą, na stole znowu zabielał arkusz papieru i ostrzyżona przy skórze jasna głowa szeregowca.
Był bez munduru, w koszuli podartej, spocony, wciąż nasłuchujący jakby nowego rozkazu.
I sylabizował dalej list matczyny:
— Więc uradziliśmy Oleśkę też do dworu oddać, że to chleb drogi, a od tych deszczów nie obrodził. O Marysię dobijał się jesienią Maciek Łużycki, ale tak się to obeszło.
W Bogu i Matce Najświętszej nadzieja, że może wiosną dobry numer wyciągniesz i że cię zdrowego zobaczymy.
Ochfiarowałam się na to do Kazimirki i na Wniebowzięcie tam chodziłam ze swojemi, a jako moje stare nogi tam mnie doniosły, tak sobie suponuję, że i twoje młode ciebie nam rychło przyniosą.
Tedym ci z porządku doniosła już wszystko, co u nas słychać, a tylko ciebie, synku najmilszy, przestrzegam abyś tam między narodem różnym, duszy swojej nie zatracił, jako inni czynią. Żebyś, uchowaj, do wódki obyczaju nie nabrał, bobyś w piekle gorzał, i abyś cudzego niczego nie zagabnął, tyle co igła nawet, bobym ciebie za dziecko swoje nie przyznała, i o swej Marysi, zmówionej, pamiętał!
Pacierza nie przepominaj, i przykazania codzień odmawiaj, jakom ci przykazywała odchodzącemu. A tak sobie to w sercu miej, żeś nie byle świniarek, ani łapciarz, ale dworzanin — więc ci się godzi między ludźmi honorność mieć, boś też i w heroldyę już wpisany za staraniem mojem komornika Rzepeckiego, któremu nie pożałowałam dać za to rubli całych siedem, i tak w papierach stoisz zapisany z braćmi po porządku za ojcem i dziadem swoim.
To sobie pamiętaj, jakby cię co kiedy pokusiło, że ci w żaden sposób paskudnie czynić nie godzi się, co też tobie przypominam i niech ci tak Bóg dopomoże, a odprowadzi zdrowego. A ja ciebie synku mój Sylwestrze, błogosławię i uściskam. Amen«.
Skończyła się kartka i palec żołnierza na ostatnim wyrazie pozostał, a oczy szeroko rozwarte utknęły na owem »amen«, które było całym podpisem i jakby listu pieczęcią. Potem chłopak Ust oburącz wziął i owe »amen« pocałował, i z długiem stęknięciem wyprostował się.
Na czole miał żyły nabrzmiałe i uszy krwią nabiegłe. Ze czcią i szacunkiem papier napowrót do koperty włożył, sięgnął do kąta, dobył swój worek, rękę do spodu zanurzył i wyjął coś owiniętego w czerwoną chustkę. Była to stara książka — między jej kartki list wsunął i znowu, starannie zwinąwszy, do worka schował.
Potem na zydlu usiadł, spracowane, niezgrabne ręce na kolanach złożył i zamyślił się.
Lampa rzucała nań blask w pełni i twarz ta bezwąsa, bardzo młoda, nabierała wielkiej powagi.
Znał w kufrze, gdzie przechowywano domowe, drogocenne pamiątki, korale, pieniądze i najcieńsze odzienie, zwitek papierów żółtych na samym spodzie będący.
Raz na rok tylko matka je kładła na stole, na serwecie i pozwalała oglądać.
Był tam dokument ich rodowy, i drzewo genealogiczne, i herb jaskrawo malowany, i różne papiery z pieczęciami i z podpisami wielkich.
Przy tem oglądaniu oni trzej poważnieli bardzo i oczy im błyszczały.
Głowami prawie dotykali sufitu swej chaty, a mieli szare koszule i spencery samodziałowe, te karmazyny herbowe, a czytać ledwie umieli na książce do nabożeństwa, i niczem prawie od chłopstwa się nie różnili z pozoru.
A jednak to zdanie listu: »wpisany do heroldyi« — uczyniło odrazu z szeregowca wielkiego pana, martwa litera zaciężyła na nim, czyniąc w duszy jego ogromny przewrót.
Zdało mu się, że po sakramencie jest, tak uroczyście jakoś w nim było, tak cicho!
Siedział i dumał, uniesiony precz z tej izby, w której jego wieśniaczym piersiom tak bardzo było duszno i ciasno.
Drzwi od schodów rozwarły się cicho, a w szparze ukazała się czapka kolegi i śmiejące się oczy.
— Sylwester!
— Aha!
— Chodźmy. U stróża muzyka i dziewki. Pohulamy!
— Nie moja kompania.
— Phi. Podoficerem ciebie zrobili! Mańka jest. Chodź! W orlankę zagramy.
— Idź do czorta! Nie pójdę.
Drzwi się zamknęły i cisza zapanowała znowu. Nie na długo jednak. Ciche kroki rozległy się znowu na schodach i skrobanie do drzwi. Żołnierzowi twarz zapałała, zerwał się na równe nogi i stanął u drzwi zadyszany. Naprzeciw niego z ciemności sieni wysunął się żyd chudy, z workiem pustym pod ręką. Obleciał oczami kąty i podniósł je na Sylwestra...
— Nu? — zagadnął cicho.
— Czego? — Nu, ja przyszedł. Może co jest?
— Jest... Masz herbatę, ot, i pierze! Bierz!
— Nu, może cygara są? — rzucił, zagarniając podawane przedmioty i mnąc w ręku woreczek z pieniędzmi.
— Niema! Zapłać za to i wynoś się!
— Zaraz, co ty taki gorący?
— Ja tobie nie żaden »ty«; nie kradł ja z tobą!
— Ny, niech będzie »wy«! Może wypić chcecie! Mam żytniówkę fajn!
— Ja nie cham, żeby wódkę chlać. Oddawaj pieniądze i idź do dyabła!
— Ach, wy dziś skręcili się! Oddam. Co tam, pogadać nie można? Jaby tego owsa chciał zobaczyć; może cukier jest?
Żołnierz milczał, rachując miedziaki, brwi mu się zbiegały groźnie.
— Nu? to i wszystko już? Więcej nic?
— Nie — pomyślał chwilę i worek wydobył z kąta.
— Kupcie te dwie koszule i tę dewizkę! Co za to dacie?
— To? — żyd oglądał, miął, ważył.
— Dam rubla.
— Dziesięć złotych.
— Nie. Chyba co dodacie... Owsa!
— Dodam scyzoryk; dajcie dwa ruble!
Żyd czuł, że dla dalszych interesów twardym być nie można. Dobył pieniądze, potem, zgarniając koszule do worka, szeptał z cicha:
— Nu? a coście obiecali, jak będzie? Jutro?
Sylwester sapać zaczął. Ręce mu się mimowoli składały w pięści.
— Ni jutro, ni kiedy. U nas w rodzie złodziei nie było. Won ty!
Zapałały mu tak złowieszczo oczy, że żyd od progu się cofnął, drzwiami do połowy zasłonił.
— Wy teraz bez humoru... Ja tu jutro przyjdę — rzekł.
— Ni jutro, ni kiedy! — powtórzył żołnierz — a jak mi się nawiniesz jeszcze z pokusą. Judaszu, to jak Boga kocham, klnę się, w tym twoim worku zęby i brodę poniesiesz! Won! słyszysz!
Postąpił krok naprzód — drzwi się zamknęły.
Chłopak na środku kuchni pozostał, cały dyszący. Krew mu grała po żyłach i serce biło mocno. Mundur włożył i do mieszkania wszedł. Przymaszerował do pani i na stole przed nią położył miedziaki.
— Co to?
— Żyd dał za wymoki herbaty i pierze!
— Weźże to sobie!
— Dziękuję. Przyszedłem też oznajmić panu, że owsa jeszcze jutro brać nie trzeba. Zbiegło na trzy dni pewnie.
— Toś zuch! Dostaniesz jutro urlop za to! Cofnął się do drzwi, ale nie odchodził.
— Co tam jeszcze? — Pokornie proszę pana o arkusz papieru i kopertę.
— Na list? Masz.
— Tak jest; do matki.
Wycofał się wreszcie zupełnie, ale go zawołano po chwili.
— Dorożkę nam sprowadź i dziecka dopilnuj. Wrócimy późno.
Cisza zapanowała w mieszkaniu. Sylwester dziecko do snu kołysał i tam przy niem zasiadł do pisania:
Sapał i potniał, krzywe litery stawiając i mażąc bezustannie.
»Najukochańsza mamo i wy mili bracia i siostry! Donoszę, żem zdrów, czego i wam z duszy życzę i w jednej służbie zawsze zostaję u kapitana i żem dotąd karany ni razu nie był, i wymówki też nie miałem, ani w pysk nie wziąłem. Koszule mi się tylko do cna zdarły, ale to fraszka, bo co chleba oszczędzę, to sobie sprawię.
A owe dwa ruble to niech mamie służą na trzewiki, a dwa złote takoż mamie, na co niebądź, a więcej, to już nie mam.
Pozdrówcie też odemnie chrzestną i Hipka Radeckiego i Makarewiczów i stryjnę, a stryjowi wieczny odpoczynek — Amen.
Frasunki wasze całkiem mnie zgryzły, a już ten Srul to najgorszy hycel.
Mili bracia i siostry, radby ja wam z duszy pomódz, ale chyba Bóg za mnie was poratuje. Na Wielkanoc może znowu trochę wam grosza przyślę, a dopokąd sił mam, starać się będę.
Marcysię też pozdrawiam i proszę, żeby mnie sobie pamiętała, boć wrócę ja do niej i nijakiego łajdactwa nie czynię.
A o jedno was, najukochańsza matko i mili bracia proszę i zaklinam, to, abyście procesu, broń Boże, tylko nie rzucali.
Bo tatuś tak przykazał, i honor nasz szlachecki uczy, i gańba by była, i wstyd, abyśmy ustępili. — Więc ten ambit miejcie i zawsze trwajcie w swem prawie.
Że ja teraz »wpisany do heroldyi«, to za to mamie nogi całuję i swój honor ja znam i nikomu się posponować nie dam, ani też co chamskiego uczynię, tak mi panie Boże dopomóż. A teraz wam zdrowia życzę, i pomyślności wszelkiej, i świętami winszuję na wieki wieków...
Miłujący was brat i syn
Sylwester Dubieniecki«.
Dzieciak poruszył się w kolebce, więc żołnierz nad nim się pochylił, poruszając i mrucząc:
— Luli, luli, luli!
Z pośród koronek czarne oczęta patrzyły ku niemu wpółsennie.
— Caca niania, caca niania! — zaszemrała, usypiając dziecina.
Żołnierz uśmiechnął się jasno, i tak pozostał u tej kołyski, coś zcicha sobie nucąc.





ZACHÓD.


Na Zwiastowanie rozstały się bydlaki z oborą, a mały Nazar z chatą.

Bydląt było siedmioro, chudych, oszerszeniałych, chwiejących się na nogach po złem przezimowaniu.
Nazar kończył dwanaście lat, wyglądał na osiem. I on był źle wyzimowany, chudy, kołtunowaty; z twarzą bezmyślną, barwy brudnego wosku od dymu kurnej chaty i nieustannej febry, nigdy nie leczonej.
Ziemia jeszcze była bezbarwną i nagą, z rzeki ledwie kry spłynęły, ale pasza się skończyła, więc bydło musiało iść na »zachody«, ratować się własnym przemysłem od śmierci głodowej.
Musiał też iść Nazar rozpoczynać od pastuszenia swój żywot chłopski.
W sobotę rano matka mu upiekła chleba na miesiąc, ojciec i bracia udzielili nauk praktycznych i upletli postołów dwie pary.
On tymczasem ze swą twarzą obrzękłą i apatyczną słuchał, słowa nie wtrącając, i bat sobie długi uplatał z »klaską« włosienną u końca.
W niedzielę spędzono bydło nad rzekę — opierało się iść w wodę, więc je gwałtem zepchnięto ze stromego brzegu na głębię. Zwierzęta spadały z krótkim rykiem, ryjąc rzekę w wielkie brózdy swemi cielskami i chwilę ginęły pod wodą. Ale wnet wychyliły się jedne błyszczące nozdrza i łeb starej Bedrychy, przodownicy stada, za tym inne — do jednego wszystkie. Siedem ruchomych punktów wybiło się nad fale i posuwało się w jednym kierunku, nawyknieniem corocznem wiedzione — ukośnie z prądem.
Za niemi łódka się odczepiła i pobiegła. Na łódce dwóch braci dorosłych z wiosłami, w środku Nazar przy zapasach i statkach. Od brzegu reszta się przyglądała płynącej chudobie. Mówiono o niej, chłopaka nie wspominano nawet, jakby miał jutro powrócić.
Rzeka rozlana była na wiorstę, mętna, tocząca resztki kry i śmiecie, na widnokręgu majaczały bezlistne olszyny.
Oczy bydła i ludzi patrzały tam, jak na kres daleki. W połowie przeprawy jeden cielak tonąć zaczął, musiano go wiosłami podpierać, u brzegu zagrzęzło sztuk parę. Ludzie weszli po pas w wodę lodowatą, wyciągali bydlęta postronkami — na kępę. Stanęły wreszcie wszystkie na lądzie, drżące, smagane wichrem i deszczem.
Nazar bat rozwinął, krzyknął i popędził je nagim wygonem, nad drugie ramię rzeczne.
Czółno obeszło wodą i znowu po małem wytchnieniu zwierzęta wpółżywe zepchnięto na prąd.
Tym razem cielak poszedł pod wodę — złowiono go na pętlę i ciągnięto za czółnem — na brzegu jednak nie dawał znaku życia — porzucono go z wyciągniętemi sztywnie nogami, odrzuconą głową, wzdętego od mnóstwa połkniętej wody.
Teraz znajdowano się u kresu. Był to punkt lądu, wysepka nie większa nad morgę, porosła gęsto olszyną, łozą, kaliną i leszczynowymi krzakami. Wkoło niezmierzoność płaska wód wiosennych bez żadnego dla oka spoczynku. Nic, tylko tafla zielono-sina, szumiąca dziko, po której jak grzyby bezkształtne, majaczyły wierzchy stogów starego siana.
Bydło po chwili zaczęło ogryzać suche, zeszłoroczne badyle szuwarów i tataraku, ludzie krzątali się żywo. Wśród dwóch olszyn odnaleziono resztki szałasu pastuszego. Chłop buduje byle z czego i prędko, jak bóbr; wnet jeden kołki u góry łozą związał, chrustem pokrył, drugi tę osnowę mokrą ziemią osypał, na wierzchu darniną umocował, wejście matą z rogoży osłonił — było gotowe letnie mieszkanie Nazara. Do środka wniesiono chleby, trochę zmokłej słomy na posłanie i wnet przed tą budą rozłożono ognisko, które miało nie gasnąć przez całe łato.
Potem ludzie zapalili fajki, i poglądając po tem morzu, prorokowali, jaka będzie wiosna. Wreszcie, ponieważ deszcz się wzmógł, zabrali się z powrotem do łodzi.
Starszy Nazarowi resztę instrukcyi udzielał.
— Nie kwap się z chlebem, bo nie wiem, czy do nowego więcej dostaniesz. Łyka nadrzyj dosyć na postoły i chudoby dobrze patrz. Ano — skórę z »krasego« zdejmij i wysusz na wietrze. Nu — ostawaj zdrów.
— Jedźcie szczęśliwie.
Tak się rozstał, i dzieciak ten nędzny został na Opatrzności Bożej, sam jeden, na »zachodzie« ojcowskim, na długie samotne miesiące. Od rozpaczy, buntów, strachu i płaczu broniła go bezmyślność i apatya.
Pierwszą jego czynnością było zdjęcie skóry z cielaka.
Nożyk miał na rzemyku u pasa, dobył go i przykucnąwszy nad bydlęciem, ciął go na piersi w krzyż.
Ale wtem cielak drgnął, na cięcie wystąpiła krew Nazar rękę mu w gardło wtłoczy] i zaśmiał się głupowato. Skostniały był ^ krasy«, ale żywy. Chłopak ściągnął kożuszek i okrył nieboraka. Na wietrze i deszczu pozostał w koszuli tylko, obojętny na chłód i wilgoć, otulając to bydlę ukochane.
Po godzinie cielak dźwigał się na nogi. Od tej chwili Nazar pokochał go w dwójnasób. Potem nic już nie miał do czynienia, tylko ogień utrzymywać i w dal na to morze wód wyglądać.
Bydło nie wymagało żadnej troskliwości. Ogryzłszy badyle szuwarów, wzięło się do łozy i olszyny, zaszyło się w gąszcz od chłodu i tam większą część czasu stojąc skulone, oczekiwało od przyrody pożywienia lub śmierci.
I Nazar był głodny. Wymiona Bedrychy, która go żywić miała, niedostatek karmu wysuszył, ptaki jeszcze nie posłały gniazd, ryba się rozpierzchła, został tylko chleb, pleśniejący od wilgotnej ziemi, pięć wielkich bochnów, które miały wystarczyć do nowego i trochę przygniłych kartofli.
Z tem sobie Nazar radził, jak umiał. Jadł ten chleb z solą i bez, rozmoczony w wodzie i suchy, wyczekując z równą jego bydłu cierpliwością, że go lato odkarmi.
Pominąwszy głód, żywot miał lekki. Sypiał dużo pod kożuchem, potem siadywał przy ogniu, patrząc po niebie i ziemi. Przez dzień febra go trzęsła, wtedy z budy nie wychodził i nie warzył zupy z chleba; męczyła go ta bieda, ale jej zawdzięczał swe próżniacze położenie. Gdyby zdrów był, zatrzymanoby go w domu do cięższej roboty.
Siedząc bezczynnie, obserwował ptaki. Leciały one wszystkie nad temi wodami, kluczami, pasmami lub kupą. Zmęczone były, chude, odzywające się żałośnie. Leciały przodem gęsi dzikie i bociany, smukłe żórawie i ciężkie dropie, a potem drobniejsza drużyna, cyranki i czajki, kurki, bekasy, słonki i jeszcze inne ćmy ptaszę. Nazar ciąg każdy oczami po niebie prowadził, krzyków słuchał, rachował.
»Zachód« jego, najwyżej wzniesiony, służył często ptakom za miejsce na nocleg. Okrywały go czasem siwe gęsi, a olchy pokrywały się chmarą wędrowników. Wtedy noc była pełna szelestów, nawoływań, ćwierkań, a chłopak w budzie czuł się niby wśród wielkiej bratniej kompanii.
Po paru tygodniach poczęły wody zbiegać, rozdzielać się na tysiąc ramion, ukazały się na morzu lądy płaskie, zielone lub wyższe, czarne od krzaków i zarośli drzewnych. Wysepka Nazara uczyniła się wyspą, której szczyt koronowały olszyny, a między dwie wodne drogi, »proście«, wiosną tylko dla czółna dostępne, wcisnął się cypel nizkiego pastwiska, które w mgnieniu oka, przez noc jedną ciepłą okryło się zielenią.
Buda pastusza na nie zwrócona była, mógł Nazar, leżąc u ognia pilnować bydła, które brodząc po grzbiety, chciwie łowiło pędy »czarnohołowu« i »pławuszki«.
Ale on tam rzadko patrzał. Zajmowała go druga strona »zachodu«. Gąszcz tam dotykał wody, gęstniał z dniem każdym, zbiegał aż do rzeki kępami kaliny, łóz, złotawemi kitami pokrytych i ziewał się z nurtem, gęstwiną sitowia i tataraku. Zda się, zieleń kapała aż w nurt, ciekła po wodzie liśćmi białych i złotych grzybieni, które prądem muskane wyciągały długie łodygi, aż naprzeciw, gdzie ku nim wybiegały znowu tataraki i osypywały kwietnem złotem kwitnące łoziny.
Rzeka tutaj tworzyła zatoczkę, czarną od olszyn, rozdzielającą dwa »zachody«.
Nad zatoczką tą upływało lato Nazarowi. Zdziczały, nakształt błotnego ptaka, lubił ten cień i zacisze, lubiły je i ptaki. Co wieczór na wody te spadały z pluskiem. Zachodnie słońce wciskało się ukośnie w tę kryjówkę, a skrzydła ptaszę rozbijały toń purpurową, rozbryzgiwały tę purpurę w kaskady.
Wtedy rozpoczynał się ogłuszający koncert, trwał noc całą, ogarniał daleko ciszę łąk, płynął po wodach, drżał w ciepłem powietrzu.
Nazar mało sypiał wtedy. Gwar ten go budził, męczyły komary, dokuczało gorąco w budzie. Krótka noc mijała prędko, a ledwie świt, zrywał się, szedł nad zatoczkę.
Po krzakach jak kot się ślizgał, upatrując gniazd, na ryby przynęty stawiał, w skwar południowy kąpał się i w jamach nadbrzeżnych brał raki.
Teraz zbytek miał jadła. Jaja pstre i sine bił na jajecznicę, piekł drobne rybki na żarze, gotował raki. Nie dbał o przednówek.
Tylko febra go nie odstępowała. Ciało jego, gdy się kąpał nagi, na tle wody zielonej od drzew nad nią rosnących, miało pozór topielca. Chudy był strasznie, siły nie miał żadnej, tylko zwinność i podstępność zwierza.
Dnie mijały, nie przynosząc żadnej rozmaitości. Nazar przestał zupełnie głos wydawać, nawet na bydło swe nie wołał, przed łodzią, ujrzaną zdala, krył się w zarośla, zapomniał rachuby czasu. Wzrok mu się zaostrzył, słuch nabrał nadzwyczajnej wrażliwości, ruchy przypominały czającego się drapieżnika. Przez większą część dnia, półnagi, z twarzą swą obrzękłą i dziką, z gęstwiną powichrzonych włosów na wielkiej głowie, był straszny.
Pewnego południa wychylił się tak z gąszcza, uczepiony jedną ręką odrośli wierzbowej, drugą z prętem zakrzywionym wyciągał nad wodę, starając się uchwycić i do siebie przyciągnąć kitę szuwaru, na którym uczepione wisiało drobne gniazdeczko.
Podobny był w tej pozie do olbrzymiego pająka lub nietoperza.
Chwilę wisiał nad wodą, nagle odrośl puściła, rozległ się plusk i głuche stęknięcie. Naprzeciw z drugiego brzegu ozwał się śmiech szyderczy.
Nazar wybił się na wierzch i kilku uderzeniami rąk odpłynął z głębi. Tedy do pół ciała w wodzie, szlamem okryty, spojrzał bojaźliwie w kierunku owego chichotu. Tam na leżącym pniu wierzbowym siedziało dziecko, dziewczynka może ośmioletnia i patrzała ku niemu.
Skrzywienie śmieszne przeszło po twarzy pastuszka, oczy jego szpetne, małe, zabłysły.
— Ty znowu tutaj? — zawołał.
— Ale.
— Dopiero przyszła?
— Nie, dawno. No, grzązko było w tej stronie, bałam się chodzić.
— Dużo bydła u ciebie?
— Piętnaścioro.
— Wszystko wasze?
— Ale.
— Budę masz?
— A jakże. I chleb i słoninę i kartofle.
Chłopak umilkł przygnębiony bogactwem sąsiadki. Więcej też nic nie miał do pytania, więc zaprzestał rozmowy i usiadłszy na brzegu po swojemu bezmyślnie w wodę się zapatrzył. Dawał słońcu wysuszyć bieliznę na ciele. Potem wzrok i myśl skierował ku temu gniazdu niedostępnemu, na dwóch badylach szuwarów wiszącemu, jak torebka misternie z traw i porostów utkana.
Naprzeciw niego dziewczynka śpiewać poczęła, cienkim, przekrzyczanym głosikiem:

Za borem, za borem krasny mak zasieli
Nie będą że długo chłopaka widzieli.

Śpiew ten spłoszył ptactwo, przeraził ciszę tego odludzia. Przytuliło się wszystko do gąszcza i przez chwilę ucichło.
Malutka kurka wodna, która na liściu grzybienia założyła gniazdo, odbiegła do brzegu po pasmach mięty, po wodnych porostach, a na tym liściu wodę poruszanym — narośli wiatru, zabłysła garstka drobnych jajeczek, bez żadnej osłony ni straży.
— Nazar! — zawołała dziewczynka — zabierz gniazdo.
— Aha, nie wolno! — odparł — wtedy mnie febra całkiem zje.
Tylko temu zabobonowi zawdzięczała ptaszyna istnienie.
Po chwili ptactwo oswoiło się ze śpiewem. Z kęp u wnijścia zatoczki wychyliły swe szaro-brunatne głowy cyranki, siedzące na jajach, czajka karmiąca już małe, rozpoczęła swoje nadlatywanie z jadłem, nawet w gąszczu grzązkim od strony dziewczyny rozległ się nosowy, głęboki, brzmiący donośnie głos bąka, najdzikszego z ptaków. Nazar głos ten starał się zanaśladować.
— Widziała ty jego, gdzie siedzi? — spytał małej.
— Nie, tam grzązko, boję się, zadziobie!
— Głupia ty! — burknął z pogardą.
Potem na chmielach się wyciągnął i zasnął, obojętny na komary, co go cięły, chmarą zasypując, na wznak, wprost słońca, które, przebiwszy cień olch, stało w samej pełni, olśniewającym blaskiem żrąc mu przymknięte powieki.
Od tego dnia towarzysze całoletniego wygnania spotykali się nad zatoczkę.
Wnet też różnice gustów ich płci okazały się wybitnie.
Dziewczyna lubiła śpiewać i śmiać się. Jasnoniebieskie jej oczy patrzyły roztropnie, często drwiąco. Włosięta swe nosiła gładko przyczesane i splecione w malutki warkoczyk, bielizna jej była czysta, spódniczyna do kolan podniesiona, żeby się nie uwalać, na nogach zawsze postoły. Widać było troszczenie się o swą powierzchowność, umiłowanie barw jaskrawych i błyskotek.
Na niedzielę nakładała wyszywaną własnoręcznie koszulinę, miała wtedy na szyi pasemko drobnych paciorków, u koszuli spinkę z kolorowego szkła, przy warkoczu czerwoną tasiemkę, na głowie czerwoną chustkę. Jednem słowem zdradzała materyał na przyszłą wioskową zalotnicę i elegantkę.
W tym stroju pokazywała się Nazarowi, przybierając ruchy i miny dorosłych dziewek. Była przytem spokojna i pracowita.
Ptaki na jej brzegu niosły się spokojnie, gniazda jej nie bawiły. Siadywała nad wodą, przyglądając się sobie, łub ze swawoli bijąc prętem po fali. Dla rozrywki plotła wianki i nosiła je, lub puszczała z wodą.
Czasami przychodziła nad brzeg z miną poważną, z węzełkiem na plecach. Zdejmowała wtedy postoły, podnosiła wyżej spódniczkę, zakasywała rękawy po ramiona. Z miną też poważną wchodziła do wody i prała bieliznę, obyczajem kobiet dorosłych każdą sztukę obijając o nogi, wyżymając gestem zręcznym, naprzód podana, wyciągając ramiona swe drobne i chude, cała w świetle drżącem, ruchomem, słońca sianego przez czuby olszyny.
Potem rozwieszała bieliznę na krzakach, zawsze ważnością swej pracy bardzo przejęta. Naprzeciw Nazar się jej przyglądał, zwykle milczący.
Ten był również miniaturowem wydaniem dorosłego parobczaka.
Przemyślny i chytry, złośliwy w myśli, apatyczny w czynie, napozór obojętny, kochający się w brudzie i niezależności. Szpetny, złem odżywianiem się w rozwoju fizycznem powstrzymany, umysłowo mało co więcej rozwinięty niż zwierzę, miał już wszystkie instynkty dorosłego parobka, przytem nad wiek dojrzałą praktyczność i rozsądek.
Gdy dziewczynka, ustrojona na niedzielę, pyszniła się przed nim, miał ochotę błotem ją obrzucić, zwalać i wydrwić, jak to czynił w wiosce swej na ulicy.
Ale zatoka była głęboka, i nimby dopłynął, dziewczynaby gdzieś w gąszcze uciekła. Gdy prała swe koszuliny, on na przeciwnym brzegu przypatrywał się poważny z ręką wspartą o bok i źdźbłem w zębach, spluwając od czasu do czasu lub gwiżdżąc.
Tak przyglądali się parobcy dziewczętom, do których myśleli swaty słać.
Czasami się odzywał:
— Ohapa, wziąłby ja ciebie za żonkę.
A ona odwracała się z chichotem, pięścią zatykając usta.
— Aha, u was pola mało, tatusio mnie nie da!
— Ot, ma co chować, taką chuderlawą!
— A ty co! Gęsia cholera! — odcinała się prędko.
— Ty chuderlaku! Masz!
Zgrabnie rzucony kawał gałęzi z gwizdem uderzał ją po nogach. Dziewczyna uciekała z krzykiem, i potem przez dni kilka nie odzywali się wcale.
Wtedy Nazar popisywał się przed nią. Z siekierą uwijał się po gąszczu, wielkie polana nosząc sobie na ognisko; ze zwinnością wiewiórki drapał się na czuby olszyn, pływał i nurkował. Uraza dziewczyny topniała wobec bohaterstwa, wydawała ona okrzyki przestrachu i podziwu, wreszcie powracały znowu przyjazne stosunki sąsiedzkie. Znowu Ohapa prała chusty, bijąc szare płótno o swe chude nogi, znowu naprzeciw wyrostek o twarzy złośliwej małpy ku niej zerkał, odzierając łozinę z kory i białe te pasma skręcając w pęczki symetrycznie na postoły. A oba ich obrazy odbijała w sobie woda zielona z dnem torfiastem, zdradliwem, i przyglądały się im młode, tegoroczne ptaszki, próbujące swych skrzydeł i siły.
Aż pewnego dnia Ohapa nie przyszła nad zatoczkę. Nazar zdziwił się, wyczekiwał, nasłuchiwał dzień cały daremnie.
— Szelma! — pomyślał — musieli jej z domu jadła podwieźć, to się opycha!
Splunął i odszedł. Ścieżynę już był sobie w gąszczu przetarł ciągłą wędrówką, szczelinę taką, jaką zwierz sobie do źródła znaczy. Powrócił na nią do budy wieczorem, osowiały.
Tej nocy jakiś strach go dusił. Sowa usiadła na olszynie i jęczała, a bąk nieswoim głosem chrapał i coś chodziło w gąszczu, coś świeciło. Chłopak kożuchem się nakrywał, ogień palił, i zębami szczękając, czekał ranka.
Skoro świt zerwał się i pobiegł do zatoczki. Czekał godzinę, dwie, zaczął wołać:
— Ohapa! Ohapa! Bywaj!
— Bywaj! — odpowiedziało echo po wodzie.
Zresztą nikt nie odhukiwał, nikt nie przychodził, tylko, strwożony krzykiem zapewne, zerwał się od brzegu wysepki dziewczyny ptak wielki i zakołowawszy, opadł z Nazara strony w gąszcz oczeretów i łozy, kędy topiel i trzęsawisko było.
Ptak ten oderwał myśl chłopca od Ohapy. Był to bąk samotnik, którego on dotąd nigdy z blizka nie widział, ani gniazda jego nie znał. Może on tam małe ma na kępie w oczeretach?
Nazar postanowił tam dotrzeć.
Spojrzał raz jeszcze na brzeg przeciwny, gdzie bielała po krzakach susząca się bielizna dziewczyny, i odszedł milczkiem, by bąka nie spłoszyć.
Zaraz też do dzieła przystąpił. Rozebrał się do naga, wziął z sobą sznur z łyka i długą, gładką tyczkę, i ślizgając się jak wąż, zagłębił się w trzęsawisko.
Na brzuchu pełznął, rękami chwytając się kęp szuwarów, popychając się nogami; zostawiał za sobą czarną bruzdę szlamu, pod nim topiel cała się uginała. Chwilami odpoczywał, tyczkę podkładając pod ramiona i znowu pełznął, tamując oddech, podobny do potwornego czarnego robaka.
I nagłe znieruchomiał, wpatrzony w jeden punkt, ze źrenicami rozszerzonemi grozą.
Było to ujście zatoczki. O dwa kroki od niego woda już topiel pokrywała, posunąć się dalej było było niepodobieństwem. Leżał na pomoście z przegniłych oczeretów, a młode ich pędy okrywały go z góry.
Tuż obok niego, na kępce stał ptak wielki, szarożółty, nastroszony, z głową wtuloną w pierze, z obwisłemi skrzydły, i złośliwemi oczyma wpatrywał się także w ten punkt, kędy i Nazar patrzył, od zgrozy oniemiały, sztywny.
Z wody czarnej z pośród liści grzybienia wyzierała głowa ludzka nieruchoma, straszna, a dokoła niej dawały się słyszeć szmery, pluskania, ruch w topieli.
Głowa była zielono-czarna, z usty rozwartemi, obrzmiała potwornie i patrzała ku nim szklanemi oczyma.
— Ohapa! — wyszeptał wreszcie Nazar.
Ryba plusnęła przy topielcu, i wypełzł z głębiny lśniący swą połyskliwą czarnością rak, wpijając się w zdobycz.
— Boże! — głośniej wymówił chłopak.
Bąk się spłoszył, leniwie skrzydła podniósł i odleciał o kroków kilka bliżej topielicy. Dziób w szlam zanurzył, nadął się i zabączał przeciągłe, wyrzucając nozdrzami błoto.
Raptem na głos ten ponury Nazara trwoga opadła; zaczął się cofać nieprzytomny, z sercem bijącem, już nie szukając gniazda, ani strzegąc się szmeru. Uciekał, wpijając się palcami w kępy, ocierając do krwi ciało o korzenie, a za nim, zda się, goniła ta towarzyszka doli pastuszej, wołając ratunku.
Dopiero przy bydle swem Nazar oprzytomniał. Siadł i zapłakał gorzko.
— Dolo moja nieszczęśliwa! — jąkał — co ja teraz zrobię. — Na zgubę mnie zostawili, na przepadło. Trup ze mnie tylko, a oni całkiem zapomnieli, porzucili. Było lepiej nie rodzić się! Umrę ze strachu, umrę!
Bedrycha stara podniosła łeb z trawy i spojrzała ku niemu, zdziwiona hałasem, cielak pstrokaty, faworyt, przyszedł do niego i obwąchiwał ręce, szukając chleba.
Chłopak poczuł się mniej samotnym.
Zaczął wypadek sobie przedstawiać. Dziewczyna weszła głębiej, szukając zapewne wody świeższej do płukania szmat, trafiła na jamę szlamu pełną, pułapkę rzeczną, kędy ta woda zdradliwa ofiary swe wciąga, z nóg wali, ssie w głąb bezdenną, a potem wyrzuca znów na powierzchnię.
Dziewczynina tak zginęła bez krzyku i obrony. Woda się tylko nad nią w koła coraz większe rozbiegła — i już było po niej.
Została tylko w pamięci Nazara. Nad zatoczkę przestał chodzić i raków nie łowił, zdjęty obrzydzeniem; nie znosił hukania bąka i dni całe spędzał przy bydle, do swawoli, kąpieli, gwizdania straciwszy ochotę.
We dnie spokojny był, ale w nocy strach go męczył. Krzaki czarne przybierały kształty dziwaczne, liście coś gadały, łozy się ruszały, a na ścieżce ruchomej, która od miesiąca po wodzie ku niemu szła, widywał Ohapę, jak żywą, tylko zielono-srebrną i przejrzystą, jak się ruszała, płótno rozsuwając i tańcząc po niem.
W męce tej, potem zimnym okryty, Nazar do Bedrychy się przytulał, u boku jej skulony, drżący i tam wreszcie zasypiał, ciepłem bydlęcia w połowie ogrzany, w połowie mokry i skostniały od rosy.
Zwierzę, przeżuwając, spoglądało czasem ku niemu, czasem polizało go po głowie szorstkim językiem, wokoło chóry ptaszę grały.
Znowu bywał głodny Nazar, bo chleb się skończył, a pamięć czasu stracił i tylko po trawach i wodzie rachował, kiedy przecie o nim w chacie sobie przypomną.
Nadchodziła ta pora. Zdała widywał ludzi po sianożęciach, słyszał dalekie kos pobrzęki, a trawy kwitły i miodowe wonie szły mu w nozdrza, a słońce smaliło ogniem. Gniazda opustoszały; cały »zachód« zcichł i bardziej się jeszcze przed okiem ludzkiem ukrył w kitach wybujałych oczeretów.
Stanęło wszystko w pełni letniego rozwoju! Bydło Nazara miało sierść lśniącą i boki gładkie, spasło się na pokaz, podskoczyły w górę olszyny i kalina, trawa była po pas. Tylko pastuszek był jednakowo nędzny i drobny ze skręconemi w kołtun włosami, odarty, zczerniały od febry, upału, wichru.
Na widok kosarzy za rzeką, przypadał do ziemi — drżał na głos ludzki, bał się odezwać.
Brat, co doń przybył nareszcie, wioząc na malutkiej łódce chleb, sól, kaszę i koszulę, długo hukał i czekał, aż się chłopak ośmielił, poznał go i wypełznął z gąszczu. Potem zaraz do chleba się rzucił, pożerając z łapczywością zwierzęcia, o nic nie pytał, ani odpowiadał.
Brat bydło obejrzał i wrócił.
— O! krasy żyje? — rzekł radośnie.
Nazar głową kiwnął.
Chłop fajkę zapalił, i po łąkach zastygłe swe oczy wodząc, zamruczał:
— Pora kosić już.
Godzinę zabawił i obadwa milczeli.
Wreszcie Nazar się odezwał:
— Ohapa się utopiła, tam! — palcem wskazał.
— Aaa... ze wszystkiem się utopiła?
— Ale, raki zjadły.
— Nu, a któż tam ich bydła pilnuje?
— A kto? Nikt.
— Trzeba powiedzieć, żeby kogo przysłali.
Wstał, popiół z fajki wytrząsł i do łódki się skierował.
Nazar usta otworzył, ale tylko stęknął i patrzył nieporuszony za odjeżdżającym.
W garści chleb trzymał i cicho poczęły mu na ten chleb łzy padać.
Na łodzi chłop stanął i zepchnął ją na czarną wodę. Zrazu cały był widoczny, silny, czysto odziany, w czerwonym pasie, z karkiem i ramiony potężnemi. Pochylał się miarowo za wiosłem i znikał powoli. Wśród szarych kiści oczeretów mignęła kilka razy jego głowa, osłonięta kresami kapelusza, dłoń potężna i wreszcie zniknął zupełnie.
Wtedy Nazar począł znowu swój chleb od łez mokry żuć powoli i rachować, za ile czasu i on stąd wróci do domu. Długo jeszcze było, długo!...





PRO MEMORIA.


— Więc znowu wyjeżdżasz, Jasiu? Wszak dopiero wczoraj wróciłeś od Zarzyckich.

— To i cóż z tego? Przecie nie jadę znowu do Zarzyckich, lecz na jarmark...
— A na cóż ci jarmark potrzebny? — Mówiłem sto razy ojcu! Dyszlową klacz muszę przehandlować, bo stara, i parę fornalskich szkap sprzedać.
— Pocóż handlować klacz! — ma ledwie dziesięć lat — albo to starość? — Dla ojca młoda i ta, co ma szesnaście.
— Ha — no — prawda, starym, stare lubię.
Ale co fornalskie! Bój się Boga — toć roboczy czas właśnie! — Dlatego, że roboczy — więc mi potrzeba pieniędzy.
— Toż sprzedałeś rzepak!...
— Chybił w omłocie.
— Boś gościem w domu! Pewnie cię okradli...
— Być może! Nie będę przecie dla głupiego rzepaku siedzieć w tej pustce i ziarnka liczyć. Zresztą jeżdżę za interesami. Ojciec myśli, że się bawię! Truje mi dni i nocy ta gospodarka nudna, straty, ciężary... Albo to ojciec nas rozumie? Ojciec widzi stare czasy i dawne warunki. Popróbowałby ojciec teraz żyć!
— Mój drogi, za moich czasów inni byli ludzie, nie warunki. Człowiek, jak się nudził, to się żenił, jak tracił, to się kurczył i siedział cicho.
— Żenił się! Jak to ojcu łatwo mówić! Teraz żadna panna nie zechce za mnie pójść, do tej rudery. Muszę się ekwipować, no i za granicę ją wieźć! Et — co tu gadać! Żona to zbytek, na który mnie nie stać. Chce ojciec, żebym ciężarów zbył — to proszę dać pieniędzy! Co mi z gderania i rad moralnych!...
— I do czegóż to dojdzie w ten sposób; świat, wy?
— Albo ja wiem! Co mi zresztą z tego przyjdzie, gdy się dowiem. Zapłaci mi to Eljasberga, żniwiarzy, służbę? Napełni mi spichrze? Pozwoli użyć życia i młodości? Ech, ojcze, nie mamy czasu myśleć o abstrakcyach. Konie czekają. Jadę. Przywiozę może sto rubli, jeśli się nie zgram! Niech ojciec zarządzi jutrzejszą robotę. Przyjdzie do ojca Bohusz po dyspozycye.
Stary opuścił głowę i nic więcej nie rzekł, tylko po długiej chwili, gdy ucichł już nawet turkot bryczki syna, zcicha do siebie zamruczał:
— Cofa się świat, cofa!
Dom pogrążył się w ciszy. Dzienne sprawy były pokończone — spoczywał dwór i ludzie.
Po pustych komnatach najmniejszy szmer nie przechodził, najmniejszy ruch nie zdradzał życia. W mrokach samotny starzec sam był, nie wołał światła — może drzemał...
Aż wreszcie gdzieś w końcu domu skrzypnęły drzwi, rozległo się chrząkanie i odgłos ciężkich kroków.
Wtedy emeryt gospodarz wstał ze stłumionem stęknięciem.
— Czy to wy, Bohusz? — spytał.
— Ja właśnie! — odparł znudzony, burkliwy głos.
Stary przeszedł parę pokojów, do rogowego, gdzie była syna kancelarya. Zapalił świecę na biurze.
— Cóż powiecie Bohusz? — zagadnął wąsatego, ponurego ekonoma.
— Ano, po dyspozycyę przyszedłem!
— Jakże tam kopy?
— Gniją!
— A rola? W zagonach?
— Jeszcze nie włóczona.
— A siano sprzątnięte?
— Na pokosach leży.
— Rany Pańskie! To trzeba kopy zwozić, na gwałt włóczyć, wszystkiemi siłami siano gromadzić!
— Ano właśnie! Ale to próżne gadanie! Rąk niema!
— To trzeba rąk dostać.
— Chyba pan da pieniędzy!
Stary szufladę biura otworzył. Pusta była! Chwilę w głąb jej spoglądał, jakby się wahał i namyślał. Potem z westchnieniem wstał i wyszedł.
Bohusz czekał ponury, zniechęcony, jak człowiek, co wyczerpał już wszystkie sposoby i energię. Stary długo bawił w swoim pokoju, słychać było, że kłuczami brząkał, sprzęty przesuwał. Nareszcie wrócił.
Sakiewkę nicianą, łokciowej długości, na stole położył i jął z niej dobywać i liczyć srebrniaki duże, nowe. Dobierane były widocznie z amatorstwem, wydawane z męką.
Sto sztuk odliczył, popatrzał na nie, ręką po nich jakby z pieszczotą musnął.
— Bierzcie to Bohusz, na jutro! Niech wiedzą ludzie, że stary pan o tym dniu myśli! Niech stare czasy przypomną! Ho, ho! Tak dawniej codzień bywało! Ano, inni ludzie byli! Świat się cofa! Co? Bohusz!
Twarz ekonoma rozjaśniła się znacznie. Z lubością zbierał pieniądze.
— Nie cofa się, panie — odparł — to tylko ludzka bieda, że jak chorobę każdy młodość musi odbyć. Młody zawsze jednaki. Da Bóg, postarzeje!
— Nieprawda, Bohusz, nieprawda! Za moich czasów i młodzi inni byli!
— A pewnie, skoro pan tak mówi...
— Mówię wam, Bohusz, szczerą prawdę. Ta sakiewka taka stara, jak ja. Nigdy pustą nie była.
Ta sakiewka powiedziałaby wam — o nas. Ano, szelma, milczy. Więc tedy włóczcie, zbierajcie siano, zbierajcie kopy! Duchem!
— Duchem, proszę pana.
Ekonom wyszedł. Stary sakiewkę do kieszeni wsunął, zabrał świecę, minął puste salony, zatrzymał się wreszcie w swojej sypialni, pełnej gratów i mebli równie, jak on sam, starych.
Świecę na kantorku umieścił, obejrzał się, czy go kto nie podgląda, i otworzył szafę, zarzuconą do samego szczytu szpargałami i książkami. Między te szpargały rękę wsunął i ukrył gdzieś w głębi sakiewkę.
Przytem nieuważnie poruszył stos nagryzionych przez i mole zeszytów.
Kilka osunęło się i spadło na ziemię.
Gdy je napowrót odkładał, spojrzał przypadkiem na wierzchni napis: Kalendarz dla ziemian na rok Pański 1838-y, a niżej ktoś dopisał: Pro memoria Mieczysława Dłuskiego.
Ręka starego zatrzymała się. Otworzył zeszyt.
Na odwrotnej stronie każdej karty ta sama ręka kreśliła uwagi, krótkie, dosadne.
Był to kalendarz z łat jego młodych, ręka, kreśląca te słowa, była to ręka jego ojca. On sam miał wtedy łat dwadzieścia.
Zeszyt nie wrócił do szafy. Przeszedł na kantorek, oświetliły go dwie świece.
Stary usiadł w fotelu, włożył okulary, i daleko od oczu odsunąwszy kalendarz, czytał.
»Daj Boże szczęśliwy«, stało pod datą Nowego roku, a potem; »miałem zjazd sąsiadów — obradowaliśmy nad złym stanem interesów Zaręby. Błazen marnuje ojcowiznę. Wygrałem w faraona 30 dukatów«.
5-go stycznia. »Pożyczyłem Zarębie 100 dukatów — żona, małe dzieci!«
10-go stycznia. »Proponują mnie na wyborach, bo pan Piotr zrezygnował. Sam nie wiem, co powie na to Monika, pojechała do Józia, bo błazen dawno żadnej wieści o sobie nie dał«.
14-go stycznia. »Sprzedałem wódkę po 7½ kop. o 1½ kop. wyżej, niż Zaleski. Zadatku wziąłem 300 złotych«
17-go stycznia. »Niema już moich 300 złotych Wróciła Monika. Błazen uciekł z konwiktu, za różne brewerye! Ojcowie Pijarzy nie chcą go więcej mieć u siebie. Zadłużył się u jurysty naszego domu u Spendowskiego na 70, u dzierżawcy na 80, u żydów w miasteczku na 100. Monika we łzach tonie a ja, żebym go tu miał, zrobiłbym ścisły obrachunek na boćki. Hultaja wypadnie do domu zabrać a tu mi uczciwe imię gotów powalać«.
Czytający jeszcze dalej kalendarz odsunął i oczy kilkakrotnie zmrużył, jakby im nie dowierzał. Poruszyły mu się dziwnie brwi siwe, usta opadły w kątach. Potrząsnął tu i tam głową.
Tam do licha, o jakim to błaźnie mowa? Przecież nie o nim! Wprawdzie Józefem go ochrzczono — no — i zdaje się, że do konwiktu uczęszczał, ale co breweryj i długów, jak żywo nie pamięta. Ojciec z pośpiechu może go z tym Zarębą zmięszał.
Okulary przetarł i czytał dalej.
1-go lutego. »Wyprawiłem woły do Odessy z Paszkowskim. Lepiejbym to sam załatwił, ale Zaleski i Bołońdź naznaczyli mnie superarbitrem w sprawie o tę karczmę graniczną. Ludzie mi radzą oddać Józefa do miasta na karyerę sądową. Jeszcze co może! Chłopiec w klasztorze został urwiszem, w mieście zostanie skończonym drapichrustem«.
— No, no, no — hm hm! Same pomyłki. Myszy tu chyba sens wygryzły!
7-my luty. »Mrozu stopni 20 rachuje gorzelany. Zmarł pan Marcin Rawicki. Jadę na stypę. Owce padną na motylicę. Pszenica sypie dwa korce z kopy. Monika gryzie się Józefem i niedomaga«.
12-ty lutego. »Chrzanu nie przetrzesz — baby nie przeprzesz! Jadę po Józefa. Zaleski napomyka, że mu młodszą córkę da! Może i racyę ma jejmość. Biorę z sobą Ignacego, Jana, Rafała, brykę, kasztany — no i wóz z leguminami dla ojców Pijarów! Cierpieli tego błazna całe trzy lata. Bóg im to nagrodzi! Sto dukatów w sepeciku!«
20-ty lutego. »Przywiozłem tedy chłopca. Wąsy ma, włosy w lokach, kamizelka w kwiatki, buty jak kasztelanie. Mało oleju w głowie, a wiełe much w nosie!«
24-ty lutego. »Monika desperuje. Józef nie chce ani się żenić, ani pracować — chce do wojska — do ułanów. Zupełnie głupi i skończony urwipołeć. Przywiózł z sobą flet i gitarę. Mnie się zdaje, że zerka na Bronisię, naszą wychowanicę. Jeszczem tego Monice nie mówił. Zaślepiona i zbuntowana przez błazna! Ale ja go dopilnuję, będzie lanie! Cóż to, że mi o tem nie mówiono w konwikcie? Prawda, nie było tam okazyi«.
1-go marca. »Paszkowski wrócił. Woły sprzedał w Ratnem. Dobrze zrobił! Dałem mu za to dziesięć złotych i skórek owczych na kożuszek. Józef chodzi z flintą na ptaszki, a wieczorem śpiewa niedaleko fraucymeru. Że też Monika tego nie słyszy! Podobno, że błazen narzeka na los i na mnie i chce użyć życia i młodości. Hodowałem go na to, aha! Zaraz, niechno się ośmieli co bąknąć! Ten chłopiec truje mi życie, wczoraj kazałem sobie krew puszczać i Mordko dekokt mi zalecił«.
4-go marca. »Jeździłem na sądy. Wygrałem sprawę o klepkę z tym niemcem — przysądzono mi 47 złotych, ale Spendowski wziął za obronę po wielkim targu 74 złote i trzy beczki owsa. Ano postawiłem na swojem!«
»Kupiłem Monice racymory u tatara, ale powiada, że mnie oszukali. Kobietom nigdy nie dogodzisz«.
10-go marca. »Przyleciały skowronki. Był na maryaszu Zaleski, przebąkiwał o córce, ale Józefa nie było w pokoju. Mnie się zdaje, że on skorzystał z mego zajęcia i smalił cholewki do Benisi. Przy wieczerzy obojgu im źle z oczu patrzdo! Rany Pańskie — jaka to młodzież teraz! Ni to do rady, ni do pracy, ni do myśli. Bąki zbijać, wodę palić, w głowie wiatr, w kieszeni wiatr, w sercu wiatr. Za naszych czasów inny rygor był, ano — i my lepsi byli«.
15-go marca. »Stało się, com myślał. Monika zastąpiła mnie dzisiaj! Tyran jesteś! Ja? Okrutnik! Ja? Wyrodny ojciec! Ja? Opamiętaj się kobieto! Toć trzydzieści lat żyjemy z sobą, a ty mi to dzisiaj powiadasz.
»Ale co to! Niewieście do rozsądku mówić, to jak cyganowi do sumienia. Co prawda — ja swej jejmości zawsze słucham, ale wedle przykazania swój rozum mam.
»Więc tedy woła: Zabijasz mi dziecko! Toć i moje. Żywcem go w grób tu grzebiesz! Najbiedniejszy coś ma — a on co!
»Ma to, co i ja. Niech statkuje i pracuje. A ona na to: Co się jegomość do niego równasz.
»Powiedziała mi: jegomość — to źle! Przypomnij swoje młode lata. Ileś ty krajów, ile cudów widział — jak się bawił i szalał. Trzymał cię ojciec jak dziewczynę przy pasie?
»Pracowałeś ty, statkowałeś?
»Inne czasy były — jejmość (rzekę jej »jejmość« za tego »jegomości«), teraz niema gdzie hulać i na cuda patrzeć też niema!
»Inne czasy, inne czasy — ale lata te same jego, co twoje wtedy — ona mi odpowiada. Chłopcu się swobody i młodości część należy, piwo wyszumieć musi, między ludźmi trzeba mu się otrzeć, świata zobaczyć.
»Co — wołam już w pasyi — więc on ma mi fortunę zjeść, krwawicę przetrwonić?
»Zje i przetrwoni, skoro nie dasz młodym łatom woli. Chcesz, żeby twojej śmierci wyglądał? Charakter żeby popsuł, żółcią się napełnił?
»A ty chcesz, żeby ci Benisię zbałamucił?
»Nieprawda!
»Jakto — nieprawda — ano spytaj go, skąd tę sakiewkę karmazynową ma z dwoma srebrnemi serduszkami na końcu. Możeś ty ją wydłubała szydełkiem?
»Monika tedy umilkła, przenikliwością moją skonfundowana, ale wnet zażyła mnie z tego samego argumentu.
»A choćby i tak było, kto winien, ty! Jeśli sierota krzywdy jakiej w domu dozna, ty na sumienie weźmiesz! Chłopcu z nudy i niewoli złe myśli przychodzę, krew nie woda. Może się stać nieszczęście. Ale ja czysta będę w sumieniu, ostrzegałam ciebie. Zgubisz dwie dusze!
»Jezu Nazareński, ona ma racyę! Ten błazen, ten pustak, ten hultaj, może mnie przed Bogiem zbłaźnić. Bo i prawda, kto za cnotę domu odpowiada? a no ja, to jest ja i Monika. Posłałem zaraz po Mordkę, bo czułem, że mnie krew zaleje, i więcej już tego dnia o tej kwestyi gadać nie chciałem. Doczekaliśmy się ładnych czasów, wyhodowaliśmy piękne pokolenie! O Jezu, o Jezu, świat się rychło z takę młodzieżą zapadnie!
17-go marca. »Żem uczciwy jest człowiek, prawy katolik i nieszczęśliwy, takiem dzieckiem pokarany ojciec, więc że mi Bóg taki a nie inny krzyż naznaczył, więc go podjąłem i dźwigam. Z Józefem gadać nie chciałem, bobym się pewnie uniósł, a dekokt piję i Mordko zaleca spokój. Z Moniką zdecydowałem swoją ruinę majątkową przez tego wyrodnego syna. Stanęło na tem. Po Wielkiejnocy puszczam chłopca w świat, tymczasem ekwipować go muszę. Zleciał się już na stypę moich pieniędzy cały kahał żydów: ci krają, ci szyją, tamci mierzą. Granatowy frak ze złotymi guzami, same jedwabie i aksamity! Chłopiec, powiadają, tak się obdarł, że nawet chustki na szyję nie ma. To wszystko egzageracya kobieca, ale co robić, krzyż taki Bóg dał. Sepety wypróżniłem. Restaurują najtyczankę, szory, najlepsze cztery siwki zabrali mi ze stada. Jak ten błazen je wypatrzył! Będzie miał oko do koni! Oddałem mu też Grzesia i Florka, najsprawniejszych chwatów. Gotówką wydałem 150 złotych. Monika mówi, że mu na drogę ledwie starczy 50 dukatów. To kłamstwo! Kiedym z domu szedł w jego latach, dostałem jednego konia, także był siwy, jednego człowieka — nieboszczyk Tomek, i 14 dukatów! No i schodziłem z tem całą Europę! To też ja myślę i Józefowi więcej nie dać! Ja myślę, ale Monika twierdzi, że teraz wszystko zdrożało i popsuło się. Świat się popsuł, ludzie skapcaniełi, no, a już co młodzież, to i w czasie zburzenia Kartagi gorszej nie było. Świat się cofa, cofa, zaraz się skończy«.
12-go kwietnia. »Józef wyjechał. Zdecydowane jest, że na jesieni ożeni się z Hortunią Zaleską! Ale czy on jesieni doczeka, gotów z awanturnicą jaką tajemny ślub zawrzeć. Pobłogosławiłem go i dałem te 50 dukatów! Niech piją moją krew, niech ja nic nie mam na sumieniu. Zaraz po jego odjeździe kazałem sobie przynieść jego flet i gitarę — spalić chciałem. No, i nigdzie nie znaleźli, chociaż z sobą nie wziął. Kto wie, czy Benisia tego sobie nie schowała na pamiątkę, może on jej darował za tę sakiewkę. Monika protestuje, ale ja wszystkiego się po takiej młodzieży spodziewam!...«
Czytający zeszyt opuścił na stół, i z oczami szeroko rozwartemi, nieruchomy pozostał.
Okulary zsunęły mu się na koniec nosa, ale on tego nie spostrzegał. Twarz jego wyrażała bezmierne osłupienie i niepewność. Potem, obyczajem starych łudzi, zaczął z sobą rozmawiać, zrazu mrucząc pod wąsem, potem coraz wyraźniej:
— 1838? Toć wtedy Jasia nie było na świecie. Był Józef, ano był. Józef, to ja, nie prawda! Co za głupstwo! Albom ja fundusz stracił? Ałbom ja nie pracował, nie statkował!
Rodzic mi na ręku zgasł, matce powieki zawarłem! Krzyżem mnie żegnali, błogosławili. Prawda, że to później było. Pomarli oboje w roku 1850-ym. Hortunia wtedy Jasia karmiła. Późno się ożeniłem i ledwie się starzy wnuka doczekali. Ach, wnuka! Dobrze, iż go teraz nie widzą! A może i szkoda? Możeby Hortunia żyła i on inaczej się pokierował...
Granatowy frak, najtyczanka, pięćdziesiąt dukatów, Benisia, flet, ojcowie z konwiktu... To czasy były, czasy! Jaś ich nie widział, Jaś jedenaście łat w szkołach był, tyle świata widział tylko. A potem wrócił blady, nędzny. I zaraz do roboty się wziął i już nigdy bez troski nie zasnął. Żeby go dziadek zobaczył! Nie Benisia i flet jemu w głowie, ale zgryzota i trud.
Ze stada koników nie wybierze, bo stada niema; nie uszyją mu fraka, bo niema za co, nie dadzą pięćdziesięciu dukatów, bo jeden jest na pamiątkę... Ha, no, Jaś niby młody, a nawet nie kocha...
Żeby go dziadek zobaczył! Józef był lepszy od Jasia, lepszy!...
Długą chwilę milczał. Starzy nie lubią młodym ustępować, nie lubią zdań zmieniać.
W tem milczeniu rysy starca powlekła łagodna żałość i litość bezmierna.
Powoli, wahająco zakończył.
— Świat się nie cofa, ale i nie postępuje. Świat stoi w miejscu, a tylko ludzie teraz twardsi.
Trzeba ich biednych nie sądzić, lecz tylko kochać!
Biedny mój Jasiek!





PIASKI.


Kto je posiada, radby się pozbyć; komu przez nie droga, klnie; co na nich rośnie, karłowacieje i ginie.

Śpiewa im wiatr, przesypując wzgardliwie niczem nie spojone ziarna, i nawet rodzajna ziemia, którą zalały, gdzieś w głębi się burzy i odpycha je, i bój z nimi toczy..
Gdzie je zwycięży, tam wykwitają jednak tylko marne mchy, wrzosy, i brzeźniak krzaczasty, gdzie one ją zgnębią, tam im rzuca wątłe pasemka srebrno-zielonego, dzikiego owsa, i kudłate od spodu do szczytu sosienki bez przyszłości.
Ni to las, ni to pole, ni wygon.
Białą, martwą łachą rozkładają się, mają bezczelność rzeczy wzgardzonych, mają smutek rzeczy, niekochanych od nikogo.
I tak trwają wśród zielonych łąk, borów czarnych, kwietnych pół, wśród ruchu, życia, gwaru, wesela i smutku!
Od brzegów wzdymają się w wał — to tak je zewsząd ziemia odpycha — środkiem tworzą kotlinę, kartę złoto-białą, sąsiadują zwykłe z kępiastem torfowiskiem.
Ludzie na pole to martwe, składają swe umarłe. Cmentarz leży nieskopany i nieogrodzony, bo tu bydle nie przyjdzie, a rów piasek zasypie — piasek niwelator, niszczyciel.
Stoi wśród krzyży kapliczka bez drzwi i okien, stoi na największej sośnie ul, zawsze pusty, śladu rąk ludzkich więcej nie dopatrzysz.
Natomiast ślady zwierza kreślą pustkowie w różne zygzaki — zwierza dzikiego, który tu chadza spokojnie, grzebie, swawoli, kładzie się na odpoczynek, wiedząc, że jest bezpiecznym.
Wilcze stopy idą regularnie, równo, rabuś ogon zwiesił, uszy opuścił, czasem stanie i ziewnie, wreszcie pod cień sosenki się wsunie, i legnie do drzemki.
Lis każdy z bezczynności każdy krzak obejrzy, choć dobrze wie, że mysz nie głupia w piasku się gnieździć; potem na wał wyskoczy, w świat wyjrzy, parę szpryngli da, i w ciepłym piasku się wytarza.
Zając najedzony, tutaj odpoczywa w kotlinie dobrze wygładzonej, w której już ojciec jego sypiał.
Żadne z nich się nie spieszy, za siebie nie ogląda, nie trwoży. To ich królestwo.
Ptastwo tu się nie gnieździ, i rzadko bywa. Na cmentarzu chyba dzięcioł wypukuje zapamiętale, a w powietrzu nieruchomy wisi sokół na czatach.
Taka cisza, że wszystkie owadzie rozmowy można podsłuchać, i dyszenie skwaru przejąć. Nikt z ludzi nie przyjdzie, żadne zwierzę swojskie nie zabłądzi.
Przecie — ta stara!
Z lasu wychodzi postać zgarbiona, drobna przez wiek i przez biedę z ciała odarta. Bose jej stopy toną w rozpalonym piasku, a pot sączy się po licu korytem zmarszczek. Dochodzi do cmentarza, w progu rozwalonej kapliczki siada, brodę na podniesionych kolanach wspiera, i tak pozostaje.
Tak jest nieruchoma, że wkrótce w jedno się stapia z otaczającą martwotą i z szarem tłem kapliczki.
Patrzy przed siebie bladą, wyżartą źrenicą, obojętnie, błędnie.
Trochę później z brzeźniaku i mchów wydobywa się na piaszczystą wydmę druga postać ludzka — i ta jest chuda, zgarbiona, szara. Ale ją nie wiek garbi, i nie lata wyniszczyły jej lice.
Chłopak to idyota i chorowity, włóczęga. Patrzy w ziemię zawsze, ręce jak wahadła, włosy rozburzone, wyraz twarzy żaden.
Zachodzi i on na mogiłki, nieopodal staruchy się kładzie w piasku, i tam gdzie ona patrzy, w próżnię, i on swe błędne źrenice wlepia. Czasami po godzinie rozpoczynają gawędę.
— Babo, powiedz co — szepcze idyota.
Starucha porusza plecami i mruczy:
— Ciepło, sucho!
I znowu milczą.
Przed nimi to suche morze faluje; wiatr po niem różne figle stroi. Wpadnie — piasek skręci w lejek i do góry podniesie szybszym od myśli wirowym ruchem; to znów wwierci się węzkim klinem w tę stronę, i podrzuci deszcz ziarn, jakby sam siebie chciał tę falą przykryć; to znów szerokim rzutem zgarnie i zatrze zwierza tropy, i toń tę w gładką kartę przetworzy. I przepadł. Cisza.
— Czego ty tutaj, »babo« — szepcze idyota.
— Wypędziły dzieci, wypędziły wnuki! Tutaj każdemu wolno! — mruczy stara.
I znowu patrzą i milczą.
Wśród martwego morza tkwią wysepki, a raczej na tem złocie powprawiane klejnoty, jakby wielkie guzy z ametystów — to macierzanki. To tu, to tam błękitnieją. W cieniu kosmatych sosenek błyskają korale — to muchomory wzgardzone!
— Babo — pyta idyota — czyje to pole?
— Ot tych! — stara kościstym palcem mogiły wskazuje.
— Powiedz im, niech sieją, niech orzą!
— Na co? Jak co zrobią, to ich syny i stąd wypędzą.
— Babo, to my sobie to pole zabierzmy!
— Zabierzmy! — apatycznie stara powtarza.
Idyota przewraca się na drugi bok — i zaczyna monotonnie:
— Mój dzięcioł, mój zając. Mój dzięcioł! Mój!
Wiatr ciska im w oczy skwar, a ze skwarem garść woni. Żywica pachnie, macierzanka, białe, miodowe gwoździki.
— Zjadłbym ja cokolwiek — mówi idyota.
— Mnie byle ciepło — szepcze baba.
Wyczerpali zapas rozmowy. Na tem »wolnem« polu siedzą do zmroku.
On ma w sobie odrętwiałość bezmysłu, ona — spokój mogiły: wkoło nich te piaski bezpłodne, nagie, przeklęte! — Z pustego ula patrzy na nich, szarą płachtą otulona, zmroku czekająca — śmierć cicha...





SZWED.


Nad podziw była starowina. Wiek ją zgarbił i nieznacznie do ziemi ciągnął.

Czuła to i mawiała ze spokojną rezygnacyą:
— Pora, dziateczki, pora... Doglądałam ziemi dobrze, teraz ona mi za starunki da ciche przechowanie.
Bialutka była — cała srebrna — a twarz zmarszczki pokryły jak jabłko suszone, a ręce miała całe przejrzyste, że patrząc na nie o błogosławieństwo trzeba było prosić, a oczy przyblakłe, miewały zamyślenia nieziemskie, a usta bezzębne tylko dobre słowa mądrych doświadczeń, spokojnych rad, świętego pobłażania.
Kiedy ją wspomnę — ja stary — tę prababkę dobrych ludzi, myślę, że za nią i modlić się nie trzeba, chyba o żywot jej podobny i o śmierć taką na kresie spełnionego zadania prosić.
Ośmdziesiąt lat miała, gdym ją poznał — ośmdziesiąt lat spełnionych obowiązków
Owdowiała młodo. Zostawił jej mąż fortunę zaszarganą i przytem pięcioro drobnych dzieci.
Widziałem jej miniaturę z owych czasów, sama ją pokazywała, opowiadając z prostotą:
— Wyobraź sobie, moje dziecko, chcieli mnie łaskawi w opiekę małżeńską. Alem rzekła: — dobrodzieje — raz człowiek się rodzi, raz umiera, raz męża bierze. Zaopiekuje się mną Pan Jezus!
To mówiąc podnosiła oczy wielkie, jasne, które nie umiały karać, ani potępiać — i dodawała z tryumfem:
— No — i patrz! Pan Jezus zawsze był niedaleko mojej biedy!
I spoglądała po synach już siwych, po wnukach dorosłych, po prawnuczętach, które lubiły się bawić na dywanie u jej nóg, jak kotki swawolne, i zamyślała się, uśmiechając się do wspomnień.
Kiedym ją poznał — już odpoczywała. Jeden syn był doktorem, drugi zdolnym prawnikiem, obadwa na dalekim wschodzie. Najmłodszy wedle obyczaju został przy ziemi, którą ręce i głowa tej kobiety oczyściły z długów, uprawiały i rządziły przez pół stulecia.
Jej to dziełem były budynki i dostatki, urodzaje, porządek; sady ona pozakładała, sprzęt każdy nabyła, przechowała stare zabytki i pamiątki.
Syn był wzorowym obywatelem, i drogą matki szedł dalej, tylko — w innych czasach wzrosły, zachował jej cnotę i pracę — nie utrzymał jej pogody. Nie rządziła więc już — tylko królowała.
Zdania swego nie narzucała nigdy, a przecie uchowała rozum jasny, a z wiekiem nabrała jasnowidzenia poniekąd. Słowo jej było mądre, rada niezawodna; miewała myśli prorocze, i przeczucia, które nigdy nie chybiały.
Nie lubiła się rozporządzać ani pytać. Rozkoszą jej starości były dzieci. Dla nich też szyła wyprawki, smażyła specyały, kupowała książeczki.
Dziatwy sporo było w domu; swawolnej, żywej, upartej, nieposłusznej. Przy niej one dobre były, i zawsze otoczona niemi spacerowała, czytała, robiła robótki. Nawet gdy odmawiała modlitwy swe długie, łub drzemała o zmroku, u kolan jej tuliły się główki czarne i jasne, po których dłonie jej przechodziły pieszczące.
Zdawało się jej może wtedy, że znów młodą jest, i że rodzony to jej drobiazg. Bo przecie i te — jak tamte, ona uczyła pacierza, bajeczek, i te doglądała w chorobach, i te uciekały pod jej skrzydła, ilekroć co zrobiły i spodziewały się kary. Wtedy ogarniała je jak kokosz troskliwa, i zasłaniała swą powagą, i już nikt nie śmiał dzieciaka tknąć, bo wtedy zwykła mawiać:
— Nie będzie mu nigdy dobrze na świecie. Na pracę pójdzie, na życie. Dajcie-że mu ten dom mieć dobrym w pamięci, aby o mnie nigdy nie zapomniał. A i ja prędko już od was pójdę — niechże i po mnie ma dobrą pamiątkę!
Dzieciak uniknął kary, a przecie jeśli winny był, wychodził od niej spłakany i zawstydzony, i długo nie broił.
То był jej sekret — jej potęga, talizman tych rąk, co umiały tylko błogosławić i pieścić...
Z pośród całej rodziny, jeśli możliwe ostopniowanie, najbardziej kochała dwoje sierót, po zmarłej córce.
Dwa małe łóżeczka stanęły w pokoju, i tych nie pozwoliła już sobie zabrać nikomu.
Nawet fortunką ich sama zarządzała, mówiąc zawsze synowi:
— Ty wuj jesteś. Mogą ludzie rzec, żeś opuścił cokolwiek. Ja już przywykłam dobrze sierocego pilnować.
Pilnowała też długie lata. Sieroty nigdy nie poczuły niedoli ani braku serca.
Lata biegły. Pisklęta porosły i wyfrunęły w świat. Dziewczynka kształciła się w klasztorze — chłopak kolegował ze mną na uniwersytecie.
Przecież to ja ją poznałem, i pobłogosławiły mnie te dłonie święte, i patrzałem na to arcydzieło ducha, tak piękne, jak się dwóch w życiu nie spotyka nigdy.
Było to tak. Wnuka tego — Julka — zostawiłem na uniwersytecie; byłem już profesorem, gdy on skończył nauki i do domu powrócił.
Pisywaliśmy do siebie niekiedy. Uważałem z listów, że hula i próżniaczy, ale ja sam mało co byłem lepszy, więc porozumiewaliśmy się doskonale.
Oddałem się archeologii, i pewnego razu na wakacye otrzymałem list z zaproszeniem na wieś.
Wynalazł jakiś kurhan, prawił mi o nim cuda, a prosił tak szczerze i poczciwie, żem bez namysłu ruszył w te strony.
Zastałem w ich domu całą zebraną rodzinę. Wakacye zgromadziły ich wszystkich do staruszki. Przyjechali ze Wschodu, córka z Warszawy, i roiło się w starym dworze od dziatwy różnego wieku.
Julek mnie tam przywiózł ze swego majątku, i bywałem codzień, nie mogąc się do syta napatrzeć tej prababce; oczarowany przez nią, zachwycony.
Po tygodniu jużem się zżył z niemi i poznał. Dobrzy są łatwi do przejrzenia, bo nie mają nic do ukrywania. Rychło wtajemniczony byłem w ich stosunki, troski, pociechy, i mimowoli i ja też swoje powierzałem staruszce, jak oni wszyscy.
Tylko Julek stał na uboczu. Spostrzegłem, że wita babkę z pośpiechem, unika sam na sam z nią, że ona, całując go, miewa w oczach łzy i smutek i usta jej drżą niewyrażonemi słowy.
Ten jeden się nie tulił do niej, nie pieścił, nie przychodził z wyznaniami. Ona milczała, i nikt go nie zaczepiał, tylko chyba siostra niekiedy, cichutko, bardzo przytem nieśmiało.
Zwykłe wtedy ofuknął się na nią i wcześniej odjeżdżał. Raz wreszcie nawet przy mnie wybuchnął:
— Kiedyż oni przestaną nareszcie jak malca mnie musztrować? Odetchnę, gdy się pozbędę tej kurateli.
Babkaby chciała, żebym tylko za pługiem chodził. Broń Boże jakiej rozrywki i towarzystwa poza rodziną. Trędowatym jestem wśród nich, dlatego, że przedstawiam nowe prądy, dążenia, żem odrósł od ich pleśni, zacofania, konserwatyzmu.
Mam długi i żenię się bogato — tego to mi babka nie może darować, jak kryminału. Gdy zaś postanowiłem sprzedać te moje nędzne piaski i wynieść się do dóbr mojej żony — rzucono na mnie interdykt. Cóż robić! Ani myślę im uledz. Siostrę wyposażę — i zmykam stąd za dziesiątą granicę.
Rozdrażniony był chłopak, więcem go nie reflektował. Co znaczyć mogły moje słowa — gdy już staruszka nawet straciła wpływ.
Zrozumiałem tylko, jak ona cierpiała.
Nazajutrz witając ją w jej pokoju, spojrzałem mimowoli na dwa małe łóżeczka, które tam stały.
Spostrzegła mój wzrok i rzekła zcicha:
— Tak stoją i są jak gniazdka na jesieni. Kurz je już zaszedł, pajęczyny oplątały. Ptaszek odleciał i nowe gniazdko słać sobie zamierza. I dlaczego? Alboż mu w tem źle było?!
Opuściła głowę na piersi i umilkła, a jam poczuł odrazu do dawnego kolegi nienawiść.
Po chwili podniosła głowę i znów się odezwała, patrząc na mnie z pytaniem i prośbą zarazem.
Nieprawdaż, moje dziecko (tak każdego zwała), że długi są jak liszki w sadzie. Trzeba je obierać i tępić bezustannie. Przecie jednak dla liszek nie opuszczamy sadu, ani też nie podpalamy drzew rodzajnych. Zdaje się ludziom, że coś nowego wymyślą — a umierając przejrzą, że stare były ich pomysły jak stare grzechy i cnoty, jak stara ziemia i ludzka natura.
Mówiła coraz to ciszej: zrazu do mnie, w końcu do swych trosk niewyraźnych, szmerem, tchem były ostatnie słowa.
Stanowczo znienawidziłem teraz Julka, bo czułem, że gdy spełni swe zamiary — staruszka zgaśnie, jak zdmuchnięty kaganek strażniczy.
Żeby go nie widzieć, zająłem się kurhanem. Stał tuż za ogrodem, a na szczycie miał wielką jodłę.
Wkoło niego leżały pola uprawne, które w tej chwili, w czerwcu, były jak marzenie ciche i cudne.
Wziąłem się do dzieła, wiedząc z góry, że będzie to grób szwedzki. Wartości naukowej nie przedstawiał on prawie żadnej; rozkopywałem poprzednio już wiele jemu podobnych.
Ale nęciły mnie te pola, ciepło, pogoda, rozmowy z pracującymi wieśniakami, więc spędzałem przy robocie tej całe dnie z rozkoszą.
Odkopaliśmy kamienie, potem resztki ogniska, i nareszcie pewnego popołudnia dotarliśmy do plamy tłustej, zwiastującej blizkość ciała. Skoczyłem więc do dworu oznajmując, że Szwed czeka na właścicieli, by im za długą ich gościnność podziękować.
Młodzież rzuciła się naprzód do kurhanu, a my ze starszymi uprosiliśmy staruszkę na ten spacer.
Dzień był śliczny, więc się wybrała chętnie, jak zawsze eskortowana przez wszystkie dzieci.
Na kurhan wnieśliśmy ją na rękach i usadowili wygodnie w cieniu jodły.
Dzień już zstępował z południa, nad polem w ukośnych promieniach słońca unosiły się słupy muszek i tumany zbożowego kwiatu.
Staruszka spojrzała na las wzrokiem, jakim się patrzy na bardzo ukochanych, i rzekła do syna:
— Da ci Bóg dobre żniwa i plenne kłosy. Przepiórka, jakby jej odpowiadając, rzuciła swe letnie hasło i wszyscy wyjrzeli na pole.
— Dawnom już tu nie była! — mówiła dalej. — Jodła dużo urosła. Ano już dzisiaj zginie, bo niepotrzebna; Szwed się uwolni z pokuty.
— Jakto? — zapytano ciekawie.
— Bo Szwed tu leży za karę, że ziemię swą rzucił i na łupieżce boje poszedł.
Gdy padł, oddano mu wprawdzie honory wojskowe, grały mu trąby i bili dobosze, i paliły muszkiety. Wspomniał o nim król z pochwałą, a żołnierze trzy dni ten kopiec sypali. Cóż z tego, kiedy on w cudzej ziemi leży, a z kulą w sercu, taką kulą, jaką częstują rabusiów i psy włóczęgi.
Nie postawiono mu krzyża ani pomnika, nie zabrano też ze sobą. Został zrazu jak intruz i wróg, potem jako obojętny, wreszcie jako ciekawość.
Dlatego też wolno go odkopać, naruszyć tę mogiłę, i tylko jodła go pożałuje.
Dobrze, iż go dziś odkopujemy. Niech teraz spojrzy na to pole, które stratował — jak ono kwitnie i szumi.
Oczy jej pociemniały od zawziętości, której nigdy nie miewała, a głos jej dziwnie był ostry.
— Dwa wieki przeleżał, a duch się błąka i błąka. Chciał do Szwecyi wrócić — a nie mógł, bo tam go nie przyjęli. Żywy czy umarły — przeklęty ten, co wynosi precz od swoich swe siły, młodość, pracę.
Nasienie chwastów najlżejsze bywa, najdalej leci — dobre ziarno ciężkie jest i blizko łodygi swej pada!
Słuchali wszyscy w milczeniu, nawet dziatwa nie pojmując dobrze, wlepiała w twarz babki rozszerzone źrenice, przerażona surowym tonem.
Patrzeli jednak wszyscy śmiało na nią i potwierdzili dorośli słowa jej głośnym pomrukiem.
Julek zwrócił się do mnie i rzekł:
— Skoczę ci do pomocy.
— Chodź! — odparłem niechętnie.
Zeszedł do dołu, usunąłem chłopów, i zaczęliśmy ostrożnie obadwaj usuwać resztki ziemi.
Natrafiliśmy na resztki trumny, a raczej na masę brunatną, z pod której nagle błysnęła nam w oczy czaszka i wypukłe żebra.
Kobiety usunęły się ze wstrętem.
— Julku! — ozwał się któryś bratanek — ten Szwed śmieje ci się w twarz.
— Każdy umarły śmieje się z żywego! — wtrąciła staruszka.
Czaszka miała wszystkie zęby, tylko ją przewiercił korzeń jodły, jakby przygwoździł do ziemi.
Pokazałem to prababce.
— A tak! — rzekła. Brało drzewo soki z człowieka, a on pytał ją z pod tej ziemi cudzej: Wyjrzyjno, czy wspominają mnie w Szwecyi?... — Nie — nie wspomianją ciebie, zbóju, nie dbają wcale o taką sławę, jak twoja!...
Odkryliśmy już cały szkielet. Wskazywał człowieka olbrzymiego wzrostu, w pełni rozwoju.
Na żebrach został jeszcze jakiś atom tkaniny; zresztą wiązanie to uderzone powietrzem znikało, rozsypywało się, jakby widzenie chwilowe.
— On w oczach ginie! — szepnął Julek. — Spostrzegłem, że był rozdrażniony i nie swój jakiś.
— Zostanie tylko czaszka, reszta się ulotni — odparłem.
Wszyscy otaczający nas, umilkli, przejęci uroczystością chwili.
— Za chwilę nie będzie już go! — rzekła prababka. — Atomy porwie powietrze i precz odrzuci, jak puchy ostów! Tyleż i on wart!
Pod motyką moją coś zadźwięczało — był to szczątek rajtarskiego pałasza, u nóg zaś wynalazłem resztki jednej ostrogi, wreszcie sprzążkę.
To była cała zdobycz.
Wyprostowałem się i spojrzałem na jodłę. Stała krzepko, acz bardzo podkopana.
Wtem Julek targnął mnie za rękaw.
— Patrz! — szepnął — tam pod nim jest kula!
— Gdzie? pokaż!
— Weź ją tam! Ja bo nie chcę! — mruknął, wydobywając się z dołu.
Rękami przebrałem ten piasek, i oto miałem w palcach — tę trochę ołowiu.
— Patrzcie no! — zawołałem. — Tak to wygląda śmierć!
Podałem ją prababce, a ona rzekła:
— Tak wygląda słuszna kara!
Wzięła kulę w dłonie i oddała mi ją napowrót.
— Zostaw ją pan z nim razem. Niechaj na sąd Boży z nią stanie!
Słońce coraz wpadało ukośniej, i aż do Szweda zazierało, zrzadka kto się odzywał teraz. Dziatwa tuliła się do staruszki. Derkacze i żaby rozpoczynały chór wieczorny.
— Zasypujcie! — krzyknąłem na chłopów.
Zdawało mi się, że gdy znikną nam z oczu te kości, lżej mi będzie na duchu — i wszystkim swobodniej.
Zabraliśmy się do odwrotu. Julka nigdzie nie spostrzegłem.
Późną nocą wyszedłem na przechadzkę do sadu.
Dom był już ciemny i głuchy — tylko w oknie prababki świeciło się nieco przez grube firanki. Okno trochę było niedomknięte, a gdym je mijał, zastanowił mnie głos jakiś, który jakby odmawiał pacierze.
Przeszedłem i znowu wróciłem. Teraz rozpoznałem głos staruszki mówiący z cicha i powoli — jak się to do snu dzieciom mówi:
— Moja sierotko! Nie trać mocy. Pan Jezus blizko każdej pracy uczciwej. Bacz, ja przebyłam klęski i choroby — dlatego nie boję się ni ludzkiego sądu, ni śmierci! Jaż byłam łodygą, a wy ziarna moje. Rodziłam was i osłaniałem, taż rola mnie utrzymała, gdzie was posiałam, byście kwitły i owocowały. A tyś ze złamanego przed porą źdźbła powstał, jam ciebie najmocniej kochała!...
Tu w mowę jej wpadło głębokie, głuche łkanie. Głos jej stał się jeszcze cichszym. Może to jej usta dotykały głowy, co leżała na jej kolanach.
— Doradzę ci jak umiem, pomogę ile mogę — utulę.
A ty mi za to zostaniesz — niedołęstwa dopilnować, oczy zamknąć, do mogiły zanieść. Jakżebym ja umarła spokojna, żebym ciebie nie miała przy sobie, kiedy was wszystkich ostatni raz pożegnam.
— Nie zginiesz — nie — ziarno ty dobre jesteś, sieroto moja!
Umilkła, i tylko głuchy płacz się rozlegał, coraz to spokojniejszy.
Leżały bo na tej głowie — ręce, co umiały tylko pieścić i błogosławić...
Zcicha odszedłem.
Nad ranem duży wicher się zerwał, i deszcz spadł. Gdym potem ruszył na kurhan, by dopilnować zupełnego zrównania rozkopu — ujrzałem jodłę zwaloną.
Leżała na mogile jak postać rozkrzyżowana, piersią do ziemi, gałęźmi obejmując cały kurhan.
Z igieł sączył się deszcz — jak łzy.





ROZDROŻE.


I.

Wyminiesz groble grzązkie, wyminiesz wydmy bezdenne, wyminiesz lasy korzeniste, a rozdroża tego nie wyminiesz, skoro ci w strony te dalekie droga wypadnie. Z zachodu czy ze wschodu, na północ czy południe objedziesz, a przecie w końcu wbiegnie ci tor na wzgórek i owo rozdroże ujrzysz przed sobą — i westchniesz. Jak nie wyminiesz doli i niedoli, jak śmierci nie obejdziesz, tak i rozstaju tego.
Krzyż na ziemi czynią drogi — główne ramię szerokie — to trakt pocztowy, boczne ramiona węższe — to jedno w bór wiedzie, drugie do wsi dalekiej.
Krzyż nad ziemią stoi — na piaszczystym wzgórku, i stoją dwa dęby rosochate — na których ten krzyż stary się oparł, bo długie lata pamięta.
Była jesień późna, kiedy to rozdroże pierwszy raz ujrzał Jasiek Czarny.
Jechał Jasiek w strony owe za chlebem, za dolą, za przyszłością.
Z boru się wydostał i w dal oczy ciekawe posłał, i tak go coś nagłe za piersi chwyciło — niby strach, niby zgroza.
Leżał ten kraj przed nim — płaski — nagi, jak het wzrokiem dolecieć.
Nad grzęzawicami mgła zimna się stała, po szuwarach płatały się pajęczyny, chłód szedł z ziemi i wicher gwizdał, na. niebie zbałwanione stały chmury śniegu. Bielała tylko zaspa piasku, na której ów krzyż stał i dęby. Stanęł sam z siebie konik Jaśkowy zhasany, spojrzał Jasiek ku górze, westchnął, czapki uchylił i tak zapatrzony pozostał.


II.

Na dębach liście zeschły, lecz nie opadły i szeleściały złowrogo — na ramieniu krzyża wrona siedziała i spoglądając na człeka, krakała:
— Czegoś tu? Czegoś tu? A pod dębami kobieta samotna, w łachmanach, zbierała żołędzie.
Wicher się naigrawał z jej szmat, szarpał je — i do kości chłodem przejmował.
Zawołał Jasiek kobiety, ale zamiast podejść, uciekła — więc on do krzyża się zbliżył.
Wtedy i kobieta się zbliżyła.
— Daleko do dworu? — spytał Jasiek.
— Het daleko! — odparła ponuro.
Ruszył dalej Jasiek — raz jeszcze na to rozdroże się obejrzał i westchnął:
— Pusty kraj, jak moje życie!
I pojechał śmiało — boć młody był — ni w nieszczęście nie wierzył, ni w śmierć — daleką.
A przecie nie wyminie nikt swej doli, jako i rozdroża owego.
Zabiegło ono znowu raz przed Jaśkowe oczy i znowu konik sam z siebie stanął.
Ale i wtedy kwitły i szuwary i trawy, maiły się dęby rosochate — na wzgórku pasterków gromadka grała na ligawkach i stoki wydmy pokryły macierzanki i powoje pachnące. W konarach dębowych roiło się od ptasząt śpiewających. Przekręcił Jasiek czapkę z fantazyą i zaciął konika.
Powietrze błękitne i ciepłe w pusty kraj niosło jego piosenkę.


III.

Nie wyminął ci on owego rozdroża i w pewną noc czarną, kiedy raz ostatni tamtędy wypadła mu droga.
Ile mu sądzono było, tyle drogi ubiegł, tyle dni przepracował, tyle nocy cichych przespał.
Sądzenie swoje z sobą nosił, a potem go ono nosiło, gdy już wszelką moc stracił.
Wyliczone człowiekowi lata wieku, wyliczone siły, wyliczona droga. Ale on sam lata przeznacza, on sam siły kieruje, on sam drogę wybiera, i tam gdzie go kres zastanie, on zostać musi, jako liść co opada, czas swój odbywszy.
Nie zwrócił Jasiek z drogi, gdy go zgroza i strach za piersi chwyciły, nie zawrócił, gdy śpiewał.
W ową noc cichą kresu dobiegł.
Nie wyminął rozdroża, tylko na niem pozostał już na wieki.
Teraz gdy jesień zasuszy liście dębowe i odkryje konary, widać na jednym długie pasmo konopne, wystrzępione i przebutwiałe, jak owe sznury po dzwonnicach cmentarnych, które często niewidzialne dłonie targają niesfornie.
Wicher to pasmo porusza monotonnie, ale żaden się dzwon nie odzywa.





POSŁANIEC.


Stefan Czujko otrzymał we dworze dwa listy: jeden od pana dziedzica do panienki w Wołkiniach, drugi od pachciarza do tamtejszego propinatora.

Miał wyruszyć co żywo i iść kłusem, żeby nazajutrz koniecznie wręczyć »kartę«, a nieodzownie w piątek być z powrotem. Wtedy otrzyma rubla, a od żyda dwa »kruczki« wódki.
Chłop się ułakomił na wysokie w porze zimowej wynagrodzenie, jeszcze bardziej na wódkę i obiecał sprawić się dobrze.
Do Wołkiń było siedm mil drogi latem, zimą trochę mniej, gdy mróz ścisnął trzęsawiska i moczary, lecz o tej porze nagła odwilż uczyniła ją nieprzebytą dla wozu i konia.
Dlatego też dziedzic nie mógł pojechać do narzeczonej a pachciarz do propinatora. Obadwa uznali Czujkę za jedynego w tym razie pośrednika swoich uczuć i interesów.
Chłop był tedy trochę Amorem, trochę Merkurym. A był to chłop młody, zdrów i ubogi — typowy posłaniec.
Mieszkał za wsią na wygonie, wygnany z ojcowizny przez rodzinę, w chatce, którą zlepił przemysłem, to jest w połowie ukradł, w połowie wyżebrał we dworze.
Tam tedy poszedł z listami, aby się do drogi przysposobić. W kalendarzu była pełnia, a na niebie ciemno, jak to bardzo często się trafia. Dął też wicher przejmujący do kości, pędząc z sobą tumany ostrych, zlodowaciałych igiełek.
— O północku miesiąc się wybije, a wiatr będzie w bok — zamruczał do siebie chłop, obserwując niebiosa i kierunek.
W chacie zastał kilka kobiet znachorek, szepcących i okurzających żonę chorą na gardło, nie zastał zaś wieczerzy.
To go rozdrażniło, zwymyślał więc chorą i szanowne lekarki, zapowiadając przytem, że idzie do Wołkiń z kartą.
Żona podniosła lament.
— Moja dola, moja biedna głowa. Czy mnie dur napadł iść za takiego wołokitę. Onegdaj wpół żywo wrócił z Oranów i znowu się wlecze! Zginie, zginie w tych bagnach!
— No, to jak owdowiejesz, idź za kulawego krawca. Będzie domu pilnował — burknął chłop, zajadając chleb z wodą.
— A jaż tu słaba, sama. Jak i umrę, nie będzie komu zaświecić i pochować.
— Ot, wielka bieda! Wilki cię zwęszą na wygonie i wywleką pod sośninę. Mało to bab jest we wsi bez ciebie! — zdecydował młody małżonek filozoficznie.
— Och, doloż moja! — jęczała kobieta.
— Nie idź, Stefanie, nie idź! — ozwała się przeciągłe najstarsza z kobiet. — A toż po tych bagnach złe chodzi i dusi! Noc czarna, drogi niema.
— To co! Żeby droga była, toby pan sam pojechał, zamiast mnie posyłać. Głupie wy baby, nie durzcie mnie głowy.
— Toś ty i dziecka swojego nie ciekawy? — wtrąciła druga. — Może jutro być!
— Może, może! Co tam za ciekawość. Pastuszek z niego jutro nie będzie, a krzyku zostanie dosyć i dla mnie. Nu, cyt — dosyć!
Skończył jeść i zaczął do drogi się sposobić. Do torby łykowej włożył bochen chleba i dwa listy, owinięte w brudną szmatę, potem przytroczył do niej zapaśną parę postołów. Włożył na siebie kożuch i dwie świty i już do drogi gotów, wyciągnął się na ławie.
— Z północy ruszę, jak miesiąc zejdzie — pomyślał. Po chwili usnął, rozmarzony gorącem izby, ale we śnie czujny był, słyszał odejście znachorek, stękanie żony, ujadanie Łyski za ścianą.
Marzyło mu się, że już wrócił i pan przez pomyłkę dał mu trzy ruble i pasował się z sobą — odnieść, czy utaić. Odnieść, bo pan może tak umyślnie zrobił »na praktykę« — utaić, bo w chacie chrzciny.
Ocknął się w tej niepewności, dźwignął się z ławy, przeciągnął otrząsł i rozbudził zupełnie.
Wyjrzał przez szybę na świat: czarno i wicher wyje, w chacie też ogień zagasł.
— Miesiąc nie zejdzie. Trzeba iść! — zdecydował, opasując się i nakładając torbę.
Potem przypomniał sobie żonę i po omacku trafił do jej posłania przy piecu.
— Marynka, ho! Marynka! Ostań się zdrowa.
Kobieta obudziła się i spytała żałośnie:
— Idziesz, sokoliku?
— Idę. W piątek wrócę. Niezdrowa ty mocno?
— Oj, mocno! Daj ci Boże szczęśliwie wrócić.
— Ta wrócę, nie płacz, albo mi to pierwszy raz. Matka do ciebie przyjdzie rano. Prosiłem. — Pogładził ją po głowie, po omacku znalazł drzwi i wyszedł.
Wicher uderzył go całą siłą w piersi, naokół była jednolita ciemność ziemi i nieba. Chłop chwilę się oryentował, potem głowę wtulił w ramiona i poszedł drogą pieszczystą ku bagnom.
To, co człowiek wydelikacony wychowaniem i życiem miałby sobie za czyn bohaterski. Czujko uważał za rzecz powszednią i dlatego nic sobie nie robił z chłodu i dalekiej drogi. Nie myślał też o niebezpieczeństwie, ale puścił wodze marzeniom o przyszłości. Do wiosny codzienny zarobek i proceder posłańca zapewni mu chleb i kaszę, przez lato zarobić musi na konia, żona gęsi nahoduje i sprzeda, płótna wybieli i spienięży, w żniwa, chociaż z kołyską, kilkanaście rubli uzbiera. Na jesieni zacznie u braci pola dochodzić...
Rozmyślając szedł i szedł, stawiając kroki szerokie i równe z wprawą wytrawnego piechura. Co myśl, to krok dalej i dalej. I tak po kilku godzinach w myślach był już starostą wioskowym, a w drodze o wiorst dziesięć od domu, w cudzej już stronie, pogrążony w labiryncie nizkich sosnowych porośli, przerżniętych mnóstwem ścieżek. Była to granica bagien wołkińskich. Kanał oddzielał je od stałego lądu. Nad kanałem stała karczemka żyda, który prom dzierżawił. Tu wstąpił Czujko po najświeższe informacye co do stanu drogi.
Żyda jednak trudno się było dobudzić, a gdy wreszcie wstał i lampkę zapalił, odpowiadał bez związku.
— Prom chodzi?
— A chodzi, ale teraz ściągnięty na brzeg. Lód trzymał.
— Można się dobrać do Wołkiń?
— Czemu nie, tędy droga, ale nikt nie jedzie.
— Puściło do gruntu?
— Na ostrowach trzyma.
— Bodaj cię nagła uchwyciła, żydzie. Toć ja nie o ostrowy pytam, ale o błota.
— Błota! — powtórzył żyd przeciągłe, odzyskując powoli przytomność — ty sam wiesz, że błota roztajały do gruntu.
— Ale kładki letnie są?
— Latem były, może jesienią popłynęły z wodą. Czy ja wiem... teraz nikt nie chodzi. Poczekaj do dnia.
— Aha, ile teraz-dnia! Mnie pilno. Przepraw mnie przez kanał łodzią.
— A dasz 30 kopiejek?
— Może! — oburzył się chłop. — Dam dziesiątkę!
— To nie przewiozę.
— Jak chcesz. Znajdę twoje czółno i sam przejadę.
— Ojej! Tylko znajdź! — zaśmiał się pogardliwie żyd.
Zgasił lampkę i cofnął się do alkierza.
Czujko znalazł się znowu na dworze i zaczął szukać czółna po omacku. Zamoczył się przytem po pas, ale przecie odszukał, tylko że wiosła brakło. Na to właśnie rachował żyd.
Ale chłop nie odstraszał się byle czem.
Do łódki wszedł i zepchnął ją na wodę, potem gałęzią sosnową sterował i wiosłował zarazem.
Prąd go daleko odrzucił, ale zahaczył się o resztki lodu i brodząc po pas na przeciwny brzeg się wydostał, zostawiając czółno na łasce losu.
— Niech teraz żyd szuka! — pomyślał złośliwie, ruszając raźno naprzód.
Rozpoczynała się właściwa ciężka przeprawa. Przed chłopem leżała halizna kępiasta z torfowym podkładem, łatem zupełnie niedostępna.
Stefan skrzesił ognia i zapalił fajkę.
Potem odnalazł ślad zimowej drogi, ubitej poprzednio, a więc względnie bezpiecznej, i poszedł nią pełen otuchy.
Była godzina trzecia rano i ciemność nieprzebita.
— Kłamca miesiąc — pomyślał chłop — i zima macocha. Latem byłby wielki dzień.
Tymczasem brodził w ciemności, drobny, jak mrówka, w bezmiarze zdradliwych bagien. Parę razy zapadał po kolana w rzadki torf, raz upadł na kępinie. Były to jednak nic nie znaczące wypadki, i po godzinie drogi haliznę zostawił za sobą, zaczerniały przed nim łozy olbrzymie, splątane w wał. Droga zimowa wpadała w wązką wśród nich szczelinę i dalej rozgałęziała się, wiodąc albo do Wołkiń, albo w bok od stogu do stogu.
Czujko zatrzymał się chwilę, otarł wilgoć z twarzy i, chowając fajkę w zanadrze, rzekł:
— Szykuje mi się dobrze. Połowa drogi i wcale dobra, teraz trzeba baczyć szopki letniej i starego dębu, żeby trafić na kładki i nie zbłądzić. Uch, jakie łozy. Terazby lekko było ze trzy pęki uchwycić, bo strażnik nie zaskoczy. Wracając uchwycę!
Wśród łóz było, jeśli możliwe, jeszcze ciemniej, to też, gdy gałąź zerwała mu czapkę, Stefan kwadrans pełzał, zanim ją odnalazł; zaczął tedy kląć łozy, ich matki i ojców i życzyć, aby je wilk zjadł. Jakby w odpowiedzi, gdzieś daleko, głucho wilk się ozwał żałosnym skowytem, potem puszczyk mu zawtórował; Puhu, puhu! Chłop się obejrzał, kij silniej ścisnął. Krok jego stał się jeszcze lżejszym, rozmokłe postoły sunęły bez szelestu i niewidzialny, szary, przemykał się, jak zwierz w haszczach.
Na zawrotach drogi orjentował się sekundę i skręcał na prawo lub lewo. Nagle zapadł po kolana i upadł plackiem.
Dźwignął się żywo, ze zdradzieckiej topieli uskoczył i stanął.
— Zabłądziłem — szepnął. — Tędy na Kaczkowy Wir. Aaa, od dębu zabłądziłem.
Odzież przemokła zaczynała mu ciężyć, zmęczenia też czuł trochę, chociaż, wciąż się kręcąc, mało się naprzód posunął.
Pełen tępej rezygnacyi, zawrócił wstecz, ale wypadek ten zmieszał go, odurzył.
— Może mnie co wodzi! — pomyślał, ogarnięty zabobonnym strachem. — Dębu nie widać, a szopka ledwie majaczyła. A może to i nie szopa była? Tfu!
Przeżegnał się kilkakrotnie i nagłe stanął. W czarnej głębi błysnęło światełko. Było to jakby kto iskry krzesał z krzemienia. Wyglądało raz bliżej, znowu dalej, gasło, migotało, znowu gasło.
— Co to? — szepnął chłop nieruchomy, tamując oddech. — Kto tutaj może ogień palić? Czy to ogień? Czy tam ostrów?
Jasny punkt nie znikał. Stał w jednem miejscu i ów zwiastun człowieka, ogień, w tej pustce i bezludziu sprawiał wrażenie odstręczające.
— Pieniądze czart suszy na błocie! — zdecydował wreszcie Czujko. — Oj, wpadnę ja w jakąś okazyę. Może dnia zaczekać!
Rozejrzał się, szukając jakiejkolwiek od zimna osłony, ale wokoło tylko łozy stały, pokrywając topiel, i w haszczach dał się słyszeć znowu żałosny wilczy skowyt.
Chłop ruszył, czując, że iść musi.
Po chwili dąb nagi zamajaczył przed nim i z gałęzi porwała się cicho sowa, musnąwszy go prawie skrzydłem po twarzy.
Od dębu rozchodziło się dróg kilka. Chłop na jedną skręcił i po chwili, podniósłszy oczy, ujrzał znowu wprost siebie owo zagadkowe światełko. Było teraz bliższe i czerwone.
— Na kładkach się pali. Prosto na mojej drodze. Oj, będzie zła okazya! Żeby nie wilki, tobym dnia poczekał.
W tej chwili coś zaszeleściało w łozach, zabulkotała woda. Na drogę wyskoczył wilk.
Chłop go nie widział, ale słyszał i przeczuł. Strach wstrząsnął nim, jak wicher łozą, oczy zwierza zabłysły zielono i obadwa stanęli, jednakowo strwożeni i niepewni, rozdzieleni tylko kałużą. Czujko sięgnął w zanadrze. Rozległ się szelest stali o krzemień i snop iskier prysnął. Przy tym chwilowym blasku ujrzał szary cień zwierza, niknący napowrót w gęstwinie.
Droga była otwarta i chłop naprzód skoczył. Lęk ustępował, zwycięstwo to nawet dodało człowiekowi otuchy.
— Głupi wilk... myślał, że strzelba! Żydowska w nim dusza!
Znowu zajął go ów ogień tajemniczy, który nie gasł i nie wzmagał się, nie zbliżał się, ani oddalał. Trwał wciąż jednako, czerwieniejąc w prostej linii. Czujko w chacie, u komina, słuchając baśni prządek, bywał sceptykiem i z kobiet się naśmiewał. Teraz jednak noc, pustka, wicher, hukanie sów, ponurość otoczenia nastroiły go odmiennie. Wszystkie opowieści o upiorach zaczęły mu wracać do pamięci, o topielcach, samobójcach, wilkołakach, o złem, co po topieli chodzi, dur narzuca, wodzi na bezdroża, o światłach, przy których duchy się grzeją i suszą pieniądze.
Chciało mu się wracać, a strach było do tego ognia plecami się obrócić, aby znowu przed oczy się nie przerzucił, żal też było odbytej drogi, i fatygi, i rubla, i wstyd było przyznać się, że stchórzył.
Szedł, ale zaprzysięgał, że na drugą podobną przeprawę się nie narazi, chyba za trzy ruble.
Wreszcie z łóz się wydostał i miał znowu przed sobą błoto nagie i kępiaste, na którem ludzie uczynili pierwotne przejście z pni, rzucanych tu i owdzie po bezdennych torfach. Droga to była niezbyt bezpieczna w dzień, tembardziej w nocy. Czujko odnalazł początek kładek i kijem próbując oślizgłych berwion, puścił się naprzód. Teraz osuwał się i padał prawie co krok, lub trafiał na przerwy, gdzie się pogrążał zupełnie i wydobywał na czworakach. Spotniał też prędko pomimo przejmującego chłodu i odpocząć potrzebował. Ale mu sił dodawał ogień, który teraz wyraźny palił się na uboczu.
Był to widocznie »nieczysty« ogień — bez dymu świecił, bez ruchu, a nad nim kiwały się jakieś czarne ramiona i słychać było chichot, wycie — jęk.
Więc chłop padał, podnosił się, brodził, pełzł, byle go minąć prędzej.
Już się z nim zrównał, gdy nagle stąpił w próżnię, zachwiał się i wyciągając naprzód ramiona, padł, a woda błotnista zalała mu usta, zanim krzyknąć mógł.
Przez chwilę stracił przytomność, potem zaczął się szamotać, kręcić, szukać oporu, uchwycił ręką za pień i, zbierając wszystkie siły, wydobył się znowu na kładki.
Pierwszą myślą poszukał kija wkoło siebie, nie było go, poszukał torby, torba znikła, a w niej chleb i »karty«.
Musiał o coś zaczepić, rzemyk pękł i torba poszła na dno.
— Ot i okazya! Zawiódł mnie »ten« gdzie chciał — zamruczał biedak desperacko.
Obejrzał się, ogień się palił, żarząc jak kupa węgli. Chłopu się zdało, że stamtąd coś się śmieje.
Położenie jego było opłakane. Siedział konno na kłodzie, do nitki przemokły, głodny, zziębły, opuszczony wśród topieli.
Wtedy opanowała go wściekłość i zawziętość. Pięścią wygroził w stronę ognia i przez zęby zamruczał:
— Zawiódł ty mnie! Poczekajże! Ja tobie pokażę, co umiem, a nie ustąpię i do ciebie grzać się nie pójdę! Strach go odstąpił wobec niemożliwości ucieczki. Ulokował się jak mógł najwygodniej, zgarnął się, i czekał.
Przecie noc kiedyś się skończy, a on prędzej z zimna i z głodu skostnieje, niż zostawi torbę topieli. Torba była skórzana, nowa, warta rubla, za czapkę dał rubla, ktoby to zostawił. Co będzie, to będzie, on swego nie daruje.
We dworze wołkińskim wieczerzano właśnie, gdy lokaj oznajmił:
— Jest posłaniec z Rudni!
Panienka pokraśniała radośnie, a pan rzekł:
— Z Rudni? Któż to? Ptak?
— Człowiek, proszę pana. Ma list do panienki.
— Osobliwość, czego te chłopy nie dokażą!
Panienka skoczyła do kredensu, ojciec za nią. Czujko stał w progu, czarny od szlamu, na twarzy siny z zimna. Woda i błoto ociekało z jego odzieży i tworzyło na podłodze kałużę, wśród której tonęły jego zdeptane postoły. Torbę jednakże miał pod pachą, a kij i czapkę w ręku. Odzyskał, jak postanowi, wszystko.
— Którędy szedłeś, człowieku? — spytał pan.
— Na prostki, przez błota.
— Jest droga?
— Byłaby, żeby mróz ścisnął.
— Więc jakże się dobrałeś?
— Ot, szedł, taj doszedł. Po nocy, to nie widział którędy. Pan kazał »kartę« wieczorem oddać, ale że to kładkach zrobiła się przerwa, to »karta« musi trochę zamokła.
Zaczął szperać w torbie i wreszcie podał panience dwie miękkie i brudne koperty. Oblepił je szczelnie szlam i chleb rozmokły.
— Pomieszałem, to panienka sama rozbierze, która od pana. Drugą, do jakiegoś tutaj żyda w karczmie, dał nasz pachciarz.
Ale nikt nie był w stanie »rozebrać«, zginęło bezpowrotnie wszystko. I uczucie pana i geszeft żydowski były zupełnie podobną plamą atramentu na mokrym, brudnym papierze, który się w ręku rozpełzał. Panienka skrzywiła się żałośnie, ale ojciec śmiechem wybuchnął.
— Oj, młodzi, młodzi! Zamiast się krzywić, Bogu podziękuj, że ten chłop życiem nie przypieczętował waszych amorów, a swego Stacha zwymyślaj za takie ekscesy.
Tu Czujko wtrącił się do rozmowy:
— Proszę pana zaraz dać odpowiedź, bo pan kazał żywo wracać.
— Jakże zaraz pójdziesz? Znowu w noc, na kładki? Czyś oszalał!
— Z północka pójdę; — odparł niepoprawny w uporze swym chłop. — Już ja tę przerwę sobie naznaczył rankiem, to nie wpadnę, a i do domu pilno, bo chleb rozmókł.
— Nakarmić go, dać wódki, niech spocznie! — rozporządził pan, a chłopu zajaśniały oczy.
Po chwili, rozgrzany wódką, nad pełną misą, rozpowiadał lokajowi swoje przygody.
— Zmanił mnie ogień na błocie. Może jego tam całkiem nie było, czy ja wiem? Czekając ranka, trochę zadrzemałem i gdzieś się podział.
— Tam, onegdaj, łozę trzebili. Może podpalili pień spróchniały, to i tlał dotychczas — wyjaśnił lokaj.
— Może! — potwierdził chłop, bynajmniej nie przekonany. — A taki ja tam okazyę miał, »karty« zamokły, i nie wiem, czy pan zapłaci. Nie z dobrego to taka okazya! — Pokręcił głowę.
— Pan, jak pan... Trafię pod humor, to i zapłaci, ale wódka od pachciarza, to na pewno przepadła. Będzie mnie żona sworzyć!
Zwrócił się do lokaja prosząco:
— Wspomnijcie odpowiedź! Musi być blizko północy. Pora w drogę.
Po jakimś czasie, syty i ogrzany, znowu szedł ku kładkom.
Powiedział prawdę, że miał w piątek przynieść odpowiedź, powiedział prawdę, że przerwę naznaczył, ale nie powiedział najważniejszego powodu pośpiechu.
Chora żona? Nie. Co godzina niebezpieczniejsza droga? Nie.
Chodziło mu, aby ciemno było, gdy mijać będzie owe sążniste łozy przy haliznie, tak ciemno, żeby go strażnik nie znalazł, gdy sobie natnie parę pęków, tak ciemno, aby ze zdobyczą minął granicę wołkińską. Że postawił i w tem na swojem, można zaręczyć.





ZAGONY.


O ziemio!...

Szczęśliwy, kto cię ukochał, pan wielki, kto na zagonach twoich żywot zbędzie. Poznać go łatwo.
Oczy rolnika miewają właściwy sobie spokój i pogodę, usta w milczeniu najwymowniejsze, pierś i bary potężne, czoło wcześnie pobrużdżone.
Nie unosi się gniewem zapalczywym i nie śmieje się łatwo. Nie świetny, nie bystry, nie żywy.
Jak zagony swe prosty, jak płaszczyzna smętny i cichy.
Historya jego — to dzieje urodzajów i klęsk, suszy i przewodnienia, złych omłotów, spóźnionych siewów, wiosen zdradzieckich. Gdy się rozgada o sobie — to o zagonach mówi, gdy rad — to ziemię swą chwali, gdy go ból zmoże — na rolę idzie po siłę nową.
Jeśli się poskarży to na Bożą niełaskę — ziemi swej nigdy nie ubliży zarzutem. Zdaje się, że shańbiłby wtedy siebie. Od wiosennych »przetałków«, które ptactwo głodne radośnie wita, do szronów i śniegów, na zagonach nie ustaje bój i trud. Siedmioraka praca i siedmiorakie poty i znoje.
A wszystko w ciszy i skupieniu.
Pracuje rolnik i ziemia, a zewsząd zbiegają się chmury i promienie, wiatry i skwary, dobre i złe geniusze.
Gdy »przetałki« śnieg pochłoną, a prądy smalące skórę, suszące, wody kraj oblecą, na miedzy staje pług pierwszy.
Od ziemi jeszcze chłód idzie i wilgoć, a świeżą bruzdę pleśnią czuć i surowością. Odwala się skiba płytka, lemiesz nieprzytarty ciężko idzie, wół się narowi i ryczy. Zagon rozdarty wygląda jak rana ziemi, uderza weń powietrze, kruszy na proch i z niewidzialnych nasion wyskakują chwasty. One zawsze pierwsze, a często i ostatnie. Poszarpie je brona, zesmali słońce, a nigdy nie giną.
Pochylony nad swą pracą, rolnik je widzi, liczy i długo myśli.
Ziemia doń szepcze: »Bacz, jak mnie od nich pilnować musisz«.
Więc znowu radło korzenie tnie i na wierzch wyściela — zda się wszystkie zmarnieją. Ziemia się podnosi i już od niej jakby zapach chleba zalatuje, zagon nabiera formy. Wysokie, ciepłe słońce pieści jego szczyt o południu, ku zachodowi skłony purpurą.
I oto znowu one są — te grube osty, uparte bławatki, nikłe maki i ostróżki.
Rolnik je zna ledwie się z ziemi wytkną i znów zamyślony staje — kto je siał, kto? Pyta się ojców starych, którzy zgarbieli i osłabli, z kijem na miedzę wychodzą jego znojom się przyjrzeć, od ziemi się dowiedzieć, czy w dobre ręce je zlecili.
Starzy, na rozpacz młodego, mają smętny uśmiech pobłażania i słowo rezygnacyi.
— Jest taka, co sieje! — powiadają — skoro ją ujrzysz — moc stracisz! Siej ty, siej, nie ustawaj, zanim ci dzieci w męże nie porosną. Cierpi chwasty ziemia twoja — cierp je i ty!
Zagony wyciągają się proste i monotonne, do siewów gotowe, syte łez, i stękań, i potu. Napojone rosą znoju, stopami pracowitemi po stokroć zdeptane, ramiony często mdlejącemi uczynione.
Świerzop się po nich zapała, na dowód, że zasilone mocno, czerstwy mają zapach, drobnemi żyłkami szarość ich przecina margiel biały, gdzieniegdzie krzemień błyśnie, łub nieostrożnie trącony lemieszem żwir dziki ze spodu po glebie rodzajnej się poleje.
Wokoło już pola puste i po rżyskach czepiają się pajęczyny, po niebie ptaki-śpiewaki umykają, a zbierają się chmury-latawce. Coraz ciszej i samotniej — na te siewy, nadzieją brzemienne, nigdy nieodgadnione naprzód! Zeszłorocznych znojów daremnych niepamiętny gospodarz, ze źdźbeł marnych zebrane nasienie oddaje swej karmicielce, oddaje matce swój przeszłoroczny chleb, o zapomogę prosząc. Na miedzy, pokrytej szaremi kitami traw zaschłych, staje do swej ostatniej pracy. Rzuca garść ziarn w krzyż i odkrywszy głowę, chwilę w milczeniu się modli. Potem idzie brózdą, a przed nim leci deszcz zboża i ginie w szczelinach zagonu z monotonnym, cichutkim szmerem.
— Rodź, Boże! Rodź, Boże! — szepczą.
Siewacz to słyszy i oczy jego mętnieją, a usta poruszają się lekko.
— Rodź, Boże! — powtarza. — Tyś bogaty, a ja biedny. Gdy będziesz lecieć nad polami temi, oprzyj na zagonach tych Twe stopy, rękę Twą nad nimi wyciągnij. Tyle lat sieję — cierpliwy!
Idzie drugą bruzdą, idzie trzecią, polny kamień omija i garście ciska — wiecznie wierzący w stokrotne wypłaty.
Aż wtem zdaje mu się, że nie on jeden sieje, że nie jego tylko stopy widać na roli. Podnosi tedy oczy i widzi, że przed nim coś idzie — jakby cień i tenże ruch jego ręki czyni.
Widzi i oczom nie wierzy. Przez tę postać przechodzi powietrze i prześwieca niebo — ciała nie ma, a przecie jest.
Nie widział jej nigdy, a wydaje mu się znaną, szara cała, do mgły podobna, do ducha, do zmory, Z poły szaty czerpie garście ciska, sunąc się powoli jak pajęczyny jesienne. Garście jej rozpryskują się daleko, nie jak deszcz, ale jak tuman, jak pyły lotne. I widzi on, co ta sieje. Widzi pyły ostu i bławatków, a najwięcej głodku podłego swych ziarenek i perzu ząbki i śnieci zarodki. Sieje, sieje. Co on krok, to ona trzy, co on garść, to ona pięć.
Ścigają się, aż mu ramiona mdleją, a pot przez odzież paruje.
Chwilami tuman je okryje, myśli on, że ją prześcignął, aż oto znów widzi przed swemi stopy jej ślady w ciasnej rozorze zagonu. Więc to ta, o której ojcowie mówią, od której widoku człowiek moc traci — ta jędza niedola!
Ale on jeszcze bary ma silne i olbrzyma młodego potęgę. Wszystkie nędze żywota, niedospane noce, niepokoje — mozoły krwawe wychodzą mu z duszy na usta w strasznej klątwie i zaciekłość go ogarnia.
Co ona, ten cień, przeciw niemu. Zastępuje jej drogę przy gruszy na miedzy i wzywa do śmiertelnej walki.
— Czegoś tu? — woła. — Zbójnico, krzywdzicielko. Głód mi niesiesz i chwasty. Pójdź tu i zmierz się ze mną. Bojowałem żywot cały, tyś się kryła! Teraz cię widzę. Pójdź na miedzę, abym cię zdławił. Nie pokonałaś mnie jeszcze, abyś mi miała przodować.
Stają naprzeciw siebie i poczynają bój.
Słońce zachodzi i mleczne, niezdrowe mgły przybiegają ku nim z rozdołów.
Żurawie w górze kraczę, chłodna rosa pada, i tylko surmy minorowym akordem mącą ciszę pól pustych, bo zresztą ci walczący nie mówią, nie jęczą, ani tryumfują.
Słońce się chowa za chmurą rudą, opary gęstnieją.
Temu, co tam leży pod gruszą, czas do domu wracać. Wstaje tedy z głuchem stęknięciem. Rąk i nóg nie czuje, głowa mu cięży, wlecze się ciężko, utykając po świeżej roli. Czarne dlań zagony, ponura cisza — a gorycz napełnia zaschłe gardło, ciśnie się do zagasłych źrenic i nieznośną niemocą wsiąka we wszystkie nerwy i żyły.
Dochodzi zawrotu i krzyża, skąd codzień raz jeszcze na zagony swe spoglądał. Machinalnie staje i teraz, ale wzrok idzie wyżej, dalej, i staje na wzgórzu sośniną porosłem. Rodzi zagon źdźbło, wzrasta ruń w kolana, strzelają kłosy, kwitną, dojrzewają ziarna. Potem je słońce spali, sierpy zetną, cepy obiją — żeby wróciło do ziemi.
Takci i on rósł i kwitnął — teraz czuje się kłosem podciętym, ziarnem bitem na klepisku — rychłoż mu do ziemi wrócić?
Tam już poszła przed nim krasa młodzieńcza, poty i krwawe trudy, lata i marzenia. On się został do czasu niedługiego.
Kark się garbi, ramiona mdleją — rychłożli go kto zluzuje w tym ślubie z ziemią. Czeka cierpliwy i cichy, coraz bardziej spokojny. Sieje jeszcze, sieje wciąż — a widmo przed nim idzie tryumfujące — po jego zagonach. Bój odbyty przecie i rozstrzygnięte losy!
On źdźbła zbożowego brat — ona rówieśnica ziemi! Jej dziedzictwo — to jego zagony.





CZAJKI.


Za wiecznie zielonym borem sosnowym rozciągała się kotlina, trzęsawisk pełna, łąka nizka, rzadko, tylko w suche łata koszona.

Na skraju straż leśna stała, omszona chata, chlew, szuwarem kryty, w ogródku kilka grząd warzywa, śliwa dzika i ul na samotnym dębie; wkoło wielka cisza i pustka.
Strażnik mało co miał do roboty, bo go od wsi i złodziei broniło owo bagno, latem i zimą dla konia i wozu niedostępne, a z dworu parę razy ledwie do roku miewał odwiedziny panicza na polowanie.
Chłop zbył tu żywot. Przybył młodym chłopcem, i wtedy to w zapale młodości szmat zarośli wytrzebił, rozgospodarował się w lesie.
Miał konia, fuzyę psa, i ponieważ się nudził, często przez kotlinę brodził do wsi, do ludzi — na wieczornicę lub do karczmy.
Potem się ożenił. Wtedy przybył mu chlewek, a w nim krowa i prosię; z owych też czasów była śliwa w ogrodzie i ul na dębie. Chłop czuł się bogatym i opływał w dostatki.
Ale na świecie, a więc i w straży nad oparzeliskiem, nic niema trwałego.
Pewnej zimy żona mu zmarła na febrę błotną, nie leczoną przez miesiące. Gdy post nadszedł, liche pożywienie dobiło ją, i zgasła w nocy tak cicho, że on nawet się nie przecknął.
Zgasła bez spowiedzi i gromnicy, więc, jak powiadano — nie poszła daleko, i wracała ciągle do chaty, męczyć męża i dzieci.
Strażnik istotnie od tej pory stał się prawie niemym i zahodował kołtun; dzieci dwoje wyglądało jak świece z brudnego wosku. Hodował je las i instynkt zwierzęcy.
Chłop dzień cały snuł się po lesie, trapiony nieznośną nudą; wieczorem nie miał dla nich nawet spojrzenia. Siadywał na przyźbie chaty, palił fajkę i mgławemi oczyma patrzał na trzęsawisko.
Wtedy to znowu zarośla zagarnęły wydarty ogród, śliw zdziczała, pszczoły w ulu wymarzły, wieprzaka zadarły wilki, krowina padła od ukąszenia żmii, i w straży zostało to tylko — co dworskie.
Chłopska dusza uczyniła się na kształt łachy błota, której pilnował, pusta i nieurodzajna.
Był przecie jeszcze w sile wieku, ale już zdziczały otoczeniem, zestarzały apatyą, zwykłą towarzyszką podobnych egzystencyi.
Pewnego wieczoru, na wiosnę — w tę wczesną, gdy czajki nadlatywały i krążyły nad trzęsawiskiem, wołając dzień cały: ki-wi-ki-wi! — chłop, wróciwszy do chaty, zastał u kominka tylko dziewczynkę.
— Gdzie Filip? — spytał.
— Nie wiem! — odparła obojętnie. — Poszedł na opary po czajcze jajka i nie wrócił.
Ojciec się tem nie zatrwożył. Mógł chłopak przenocować na kępie, gdy się znużył brodzeniem..
Ale i nazajutrz wieczorem tylko dziewczyna była w chacie, osowiała samotnością, i płakała, wnurzywszy obie ręce w gęstwinę roztarganych, żółtych włosów.
— Niema Filipa?
— Niema. Utopił się! — odparła, zawodząc.
— Kto widział?
— Nikt, ale ja wiem, bo mi się śnił, że w krosnach tkał.
— Głupia! — burknął strażnik.
Całą noc jednakże nie zasnął, tylko przeczekał, siedząc na przyźbie, zapatrzony w migoczącą w księżyca świetle wodę oparów.
O świcie czajki rozpoczęły: ki-wi-ki-wi! a on poszedł szukać syna.
Znalazł go niedaleko krynic wiecznie zielonych — w gąszczach łozy, gdzie najchętniej gnieździło się błotne ptactwo.
Był obrzękły i siny, wzdęty wodą, której się opił, nim utonął, i pełzały już po nim brzydkie, czarne żuki wodne, a czajki przypadały ciekawie, niespokojne, napełniając powietrze urągliwym krzykiem: ki-wi-ki-wi!
Chłop stał długi czas — na kępie, zapatrzony zdziwionemi oczyma w trupa.
Było to coś niesłychanego, aby chłopak, wychowany nad wodą, utonął w marnej kałuży.
Chyba go zadławiła matka-upiorzyca.
Nie było boleści w twarzy ojca, tylko po chwili namysł głęboki. O śmierci trzeba zawiadomić w gminie i kościele i we dworze.
Daleko było wszędzie. Chłopca to nie wskrzesi, zjedzie urząd, trzeba będzie szukać desek na trumnę, trzymać trupa długo w chacie, potem trumnę nieść przez te same opary na barkach do cmentarza.
Nie jednoż jemu leżeć w błocie czy w piasku?
Umarł przecie, jak matka, bez gromnicy!
Tak myślał chłop, i powoli zaczął rąbać krzaki łozy, ciskać je na topielca, potem wszedłszy po pas w wodę, kępę jedną i drugą udarł, i cisnął na wierzch.
Czajki zaniepokojone ruchem, poczęły prawie o głowę go trącać lotkami, zbierały się tłumnie, krążyły wokoło, i ki-wi-ki-wi! jęczały bezustannie.
Ukończywszy swą robotę, chłop odszedł kroków parę — i obejrzał się. Na tej zielonej płaszczyźnie był sam, nikt go nie podpatrzył, nikt grobu Filipa nie znajdzie teraz.
Wie on tylko i te ptaki — ale ich nikt nie rozumie.
Ciężko brodząc, wrócił do domu.
Córka wybiegła na spotkanie, aż na ostatni cypel suchego gruntu.
— Znaleźliście Filipa?
— Niema! — odparł lakonicznie.
— Gdzież on? Moja dolo!
— Jak żywy, to wróci, a jak umarły, to już nie nasz! Dosyć płakać!
I nawet nie osuszając odzieży, poszedł w las.
Od tej pory chata stała się jeszcze cichszą.
Zdziczeli oboje, tylko że on pochylał się i siwiał, ona rosła i piękniała, kwitnąc, jak kwiaty leśne, przez nikogo nie hodowane i nie podziwiane.
Chłop siłą nawyknienia siadywał co wieczór na przyźbie latem czy zimą, w deszcz łub pogodę. Patrzał na opary i ćmił fajkę.
Co wiosna, gdy czajki nadlatywały, miewał snadź wspomnienie, bo na krzyk ich kierował oczy w pewien punkt zielonego morza, i widział tam coś wzrokiem pamięci.
Nie lubił czajek, i dostawszy raz we dworze szczenię, nauczył je brodzić po kępach i niszczyć gniazda. Na lament, spowodowany zniszczeniem, uśmiechał się z dziką radością, i patrząc na zrozpaczone ptaki, mruczał:
— Śpiewały wy mnie nad Filipem, zaśpiewajcie i sobie!
Pies ten, gdy dorósł, stał się jego nieodstępnym towarzyszem. Był dziki i śmiały — w noce zimowe nieustannie oszczekiwał wałęsające się wilki, a w dzień napastował nawet żerujące borsuki. Zresztą znał tylko jednego pana, dla innych był nieprzystępny.
Raz strażnik odwiedził miejsce, gdzie Filip jego leżał pod topielą.
Z łozy i ziemi, którą go przykrył, uczynił się krzak spory i kępa. Kalina się na niej rozsiadła i miewała w jesieni czerwone grona, a na wiosnę białe bukiety.
Chłop pęk jagód nałamał i przyniósł do chaty. Zakraśniały na czarnej ścianie, nad świętym obrazem, i kraśniały przez długie zimowe miesiące — jedyny barwny punkt w dymnej izbie.
Potem gdzieś przepadły. Dziewczyna zapytana przyznała się, że je zjadła — przędąc.
Chłop dziwnie na nią popatrzał, zamruczał przekleństwo, i więcej nie przyniósł.
Mijały lata. Natura zawsze młoda wstawała każdej wiosny, na trupach zeszłorocznych łodyg wykwitały nowe, nagie gałęzie dostawały liście, przylatywały czajki z za morza, odnajdując stare kępy i gęstwiny łozy, do swych miłości i zachodów rodzinnych.
Chata strażnicza wrastała w ziemię, dach maił się mchami, otuliły ją zarośla.
Tak się z nią oswoiła ludność pustkowia, że czaple chodziły bezkarnie przed wrotami, a wiewiórki uganiały się po strzesze.
Na śliwie, na dębie, w chwastach ogrodu gnieździły się roje ptactwa, świegocąc, nawołując się, zdradzając bezkarnie.
Strażnik był po całych dniach w lesie, dziewczyna nie trwożyła tych sublokatorów. Już dorosła i była piękną, zdrową, śmiałą w swej dzikości.
Poczęło ją ciągnąć do ludzi i do towarzystwa. Latem chodziła o wiorst kilka na zarobki — nie dla grosza, ale by się wygadać, wyśpiewać, poswawolić.
Ludzie gadali, że stary strażnik grosz zebrał, a ona nie przeczyła, śmiejąc się zalotnie do parobczaków.
Poczęły do straży schodzić się łatem kobiety, zimą młodzi chłopi, niby za interesem do strażnika. Ponurość jego i srogość trzymała jednak kumoszki i zalotników w przyzwoitej od rzeczywistego celu odległości.
On zdawał się zrazu nie rozumieć, czego chcą. Dopiero gdy jedna ze śmielszych kobiet wręcz o swatach do jedynaczki wspomniała, zawarczał jak zwierz:
— Ja ją dla siebie hodował, a nie dla wsi. Umrę, to wtedy niech idzie — pierwej niech mi się nie waży. Słyszysz!
Popatrzał na córkę strasznemi oczyma. Po tem ostrzeżeniu odwiedziny się przerwały, dziewczyna przestała chodzić na zarobki, śledziła ojca wystraszonym wzrokiem. On powrócił do swej ponurości i apatyi. Ale natura, która jego powoli posuwała ku pochyłości grobu, a kwiatom kazała kwitnąć na prochach zeszłorocznych, popychała dziewczynę ku życiu i miłości.
Tęsknota jej zdradzała się pieśnią i zadumą, roztargnieniem i niepokojem, rumieńcami, gdy wstępował do chaty parobczak śniady i smukły ze wsi, z za oparów.
Zachodził w dzień zwykłe, gdy nie było starego, a przed zmierzchem wracał do domu.
Chodził tak całe łato i jesień, a strażnik o nim nie wiedział, nigdy nie spotkał. Aż raz, gdy wrócił z obchodu do chaty, spostrzegł na ziemi rozsypane kraśne kaliny, jak korale.
— Skąd to? — spytał.
Zmieszała się dziewczyna.
— Znalazłam w lesie.
— Kłamiesz. Jest jeden krzak — tam na błocie. Kto tobie przyniósł? — A to może chłopiec, co tu zachodził dzisiaj.
— Jaki chłopiec?
— Paweł.
— A on tu czego był? — Chciał u was ul kupić.
— Kłamiesz! Dziewczyna zawahała się i runęła mu do nóg.
— Tatulu, oddajcie mnie za niego. My się mocno polubili — na śmierć! — poczęła błagać.
Stary się porwał, chwycił kij.
— Chcesz do niego — ode mnie? Nie chcesz mojej śmierci czekać, to idź! zaraz! won! Słyszysz — żebyś mi tu nigdy nie wróciła, bo ubiję! Lepszy ci Paweł od ojca, to idźże, naciesz się nim. Ino nie wracaj — pamiętaj!
Za włosy ją wyciągnął z izby, nogą kopnął i drzwi zaryglował.
Nadworze wicher jesienny szalał, deszcz chłodny siekł, czarno było, jak w grobie.
Dziewczyna dobijała się do drzwi zaryglowanych, stukała do szybek — modliła litości, potem ucichła, i gdy nad ranem stary wyszedł, nie było jej nigdzie. Poszła — i wieść o niej zginęła, jak o umarłej.
Strażnik długą zimę spędził sam jeden z psem tylko, nikogo o córkę nie zapytał, nie szukał jej, ani dowiadywał się. Nieproszone kumoszki mu powiedziały, że jego Krystyna służy u ekonoma we wsi za oparami. Wysłuchał tej wieści, jakby nie do niego mówiono.
Wogóle przez tę zimę przestał się odzywać do ludzi i nawet znajomych nie pozdrawiał. Nadeszła wiosna. Zaczęły się obchody szersze i pracowitsze, dni dłuższe i cieplejsze.
Przyroda zaczynała się budzić i drżeć, niebo stawało się błękitne, a chmury białe.
Strażnik do zwierza był podobny. Bielizny jego nikt nie prał od pół roku, odzieży nikt nie łatał. Wysoki, chudy, trochę zgięty, do upiora i widma był podobny, od sadzy i pyłu czarny.
Pewnego wieczora wracał do chaty, gdy raz pierwszy czajki zapiszczały mu nad głowę. Ciągnęły stadem na opary i witały go, jak starego znajomego.
Spojrzał ku nim w górę człowiek i pies, jednakowo niechętnie.
— Choroba na was! — zamruczał stary.
Na piasku przed chatę spostrzegł bose ślady stóp, drzwi ktoś przemknął.
Zdziwiony wszedł do chaty i mimowoli drgnął.
Na ławie blizko progu siedziała jego Krystyna, blada i wylękła, węzełek szmat cisnąc w ręku. Nie potrafiła wydobyć słowa z uciśniętego gardła.
Stary się opamiętał i ozwał się pierwszy:
— Czego ty tutaj?
— Niezdrowam, tatulu. Dajcie u siebie trochę odpocząć — szepnęła, zalewając się łzami.
— Nalatałaś sobie biedy. Cóż tobie?
— Piersi bolą, kaszel męczy, siły nic nie mam.
Ciężka służba była, zerwałam się z mocy.
— Wolna woła była. A gdzież twój Paweł?
— Zaraz jesienią do wojska poszedł.
— Takież twoje było panowanie. Nie szkoda ci było ojca, teraz mnie ciebie nie szkoda.
Jednakże nie tknął jej, ani precz gonił.
Ośmielona, rozgospodarowała się w izbie po dawnemu, a on wbrew nawyknieniu nie wyszedł na przyzbę, ale ścigał ją oczyma, gdy snuła się od pieca do sieni, od stołu do komory.
Była zmienioną bardzo, nie do poznania. Z kwitnącej dziewczyny stała się suchą, żółtą na twarzy, kaszel rozdzierał jej piersi. Miała na licach czerwone plamy, a w oczach niezdrowy ogień, ruszała się gorączkowo, często wstając dla chwytania oddechu. Jednakże radość z powrotu i łagodność ojca podniecała jej siły.
Następnego dnia zajęła się oczyszczeniem chaty, praniem, pieczeniem chłeba, i dni kilka krzątała się raźnie. Mówiła, że ogród uprawi, że kupi prosiaka, wieczorami rozpowiadała ojcu o dworze, który poznała, próbowała żartować i uśmiechać się.
Potem nagłe pewnego ranka nie wstała z pościeli. Krew się jej rzuciła gardłem. Osłabła do tego stopnia, że oczu nie rozwierała, i leżała, blada jak papier, u okna na ławie, już nawet nie kaszląc. Ręce jej stały się woskowo przejrzyste, rysy zaostrzone, głos słaby, jak tchnienie.
Stary się zląkł, zdumiał. Z pod węgła w komorze pieniądze wydostał i poszedł po radę do znachorów, wziąwszy z sobą splot jej włosów. Radził się trzech, obszedł mil dziesięć, przyniósł ziół do kadzenia i do picia, i decyzyę, że na dziewczynę ktoś rzucił urok.
Trzy dni zabawił w drodze, a tymczasem jego Krystyna dogasała w pustej chacie.
Jednakże nie zgasła bez gromnicy — ta ostatnia. Gdy wrócił wieczorem, zastał ją jeszcze żywą i przytomną. Powlokła się okadzić i napoić ziołami, całowała go po ręku, mówiła, że jej lżej, że rychło wstanie i pozdrowieje zupełnie przy nim.
Potem ją sen zmorzył, i stary, zmęczony zasnął opodal. Nad ranem zbudziła go z jakimś okropnym strachem:
— Tatulu — mnie ciemno!
Zerwał się i poznał, że umiera.
Wtedy przedewszystkiem rzucił się do obrazka, do świecy woskowej, zapalił i podał jej do ręki.
Wzdrygnęła się.
— Co to? — spytała.
— Gromnica, doniu.
— Oj — to ja umieram! Oj — boję się! — szepnęła, usuwając palce.
Potem przecie ujęła świecę, i łzy ciche poczęły jej biedź z oczu.
— Bądźcie zdrowi, tatulu. Oj, dolaż moja!
Świt wstawał i czajki krzyczały, gdy oddychać przestała. Stary twarz jej nakrył płachtą i długo siedział u nóg posłania, jakby odurzony.
Może rozmyślał, jakby i tę umarłą pochować bez ludzi, ale w tej chwili do chaty weszło dwóch chłopów, przybyłych ze dworu po drzewo, i zobaczyli gromnicę przez okno.
Więc wieść się rozeszła; przez dwa dni było gwarno na straży, zbijano trunmę, pito wódkę, wspominano nieboszczkę.
Potem trzeciego ranka czterech łudzi wzięło drewnianą skrzynkę na plecy i poprzedzani przez starego, który płytsze przejście znał, ponieśli Krystynę przez opary na cmentarz. Była to najbliższa droga, ale nie zachęcająca kumoszek do towarzyszenia konduktowi, więc nikt za trumną nie szedł. Pochód odbywał się w milczeniu, tylko woda chlupała pod nogami, czajki zawodziły, jak płaczki pogrzebowe, a strażnik oglądał się czasami, rzucając niosącym lakoniczną wskazówkę, co do niewidzialnej jamy łub kępy bezpiecznej.
Przy kalinie odpoczęli chwilę, a potem poszli dalej, i miejscami ta trumna zdawała się płynąć po zieleni i po wodzie, tak głęboko zapadali niosący.
Gdy strażnik tą drogą wrócił z pogrzebu, pies go spotkał na stałym lądzie i powitał radośnie, wspinając się do piersi. Chłop objął go rękoma i rzekł:
— Nu, nie przyjdzie do nas już żadne z nich.
Sami my gospodarze teraz! Istotnie wszelkie nici, wiążące tego człowieka do życia, były już porwane. Odtąd rozmawiał tylko z obowiązku z ludźmi, z własnej woli z psem. Możeby się rozpił, gdyby miał sposobność, ale na bezludziu było to niepodobieństwem.
Jak machina spełniał służbę i z nawyknienia składał zasługi pod węgieł w komorze, nie zdając sobie sprawy na co i dla kogo je chowa, nigdy nawet nie rachował pieniędzy.
Gdy się przesuwał wśród lasu, cichy, milczący, robił wrażenie widma, cały szary, sunąc bez szelestu, a pies przed nim biegł także cicho, skradając się, oglądając trwożnie, nie szczekając nigdy. Ludzie bali się tych dwóch cieniów zabobonnie.
Co wieczór stary siadywał na przyzbie. Gdy było bardzo pogodnie, mógł widzieć na skraju widnokręgu, poza zielonem morzem, pas biały, nad nim czarne linie.
Był to cmentarz, zjeżony krzyżami.
Gwar ptactwa napełniał opary, tam dalej był spokój.
Podczas tych jego rozmyślań wieczornych, pies wałęsał się po kępach, niszcząc jaja w gniazdach, czasami młode pisklęta.
To polowanie stało się przyczyną jego zguby.
Dziedzic myśliwy był, dbały o zwierzynę.
Pewnego dnia spotkał psa na błocie, z okrwawionym pyskiem po biesiadzie, i bez pytania czyj był — zastrzelił.
Strażnik nadbiegł na huk, posłyszał żałosne jęki towarzysza, dobiegł do niego, gdy pies wił się w ostatnich drgawkach, chwycił go na ręce i napowrót w wodę cisnął, już martwego.
Nic nie rzekł, tylko zbielały mu usta, i trząsł się jak w febrze, a wokoło jego nóg woda zabarwiała się czerwono.
Ptactwo, spłoszone wystrzałem, jak zwykłe błotne ptactwo, zuchwałe, zamiast uciekać, chmarami unosiło się nad ludzką głową.
Kuliki, hryce, bekasy napełniały wrzawą powietrze, a najgłośniej, jak zwykłe, krzyczały czajki.
Stary zrozumiał, że tak się cieszyły ze śmierci jego druha, że mu urągały bezkarne teraz.
Ale czuł się bezsilnym już wobec faktu śmierci, wobec woli pana, i tylko krwią zabiegłemi oczyma ku nim spojrzał i pięścią ku niebu wygroził.
Pan ku niemu szedł i wołał:
— A co dobrzem trafił, stary?
Zbliżył się i dodał:
— Wiesz może, czyj to pies?
— Mój — rzekł lakonicznie.
— Twój? — zdziwił się myśliwy. — Ładnieś go wychował. Ty strażnik, a on rabuś! No, ale ci go szkoda, widzę. Dam ci szczenię.
— Dziękuję panu, ale już hodować nie chcę. Niema komu w chacie szczeniaka doglądać, to się zmarnuje.
I od tej pory żadnego nie miał towarzysza.
Chata zamknięta dzień cały, wieczorem tylko słupem dymu zdradzała, że jest zamieszkana, głos żaden nie przerywał ciszy, zwierzęta i ptactwo dzikie oswoiło się z nią do tego stopnia, że zakradały się nawet do środka; jeże mieszkały w izbie, a gniazd pełno było w szczelinach. Szare, nieszkodliwe węże zaględały do garnków i sypiały w popiele, a chleb leżący na stole dziobały dzięcioły.
Stary znosił to zuchwalstwo bez oburzenia, ale i bez uciechy, odstąpił im jakby chatę, a sam, byle wrócił z obchodu, siadał na przyźbie. Tam jadł strawę, tam łatał odzież, tam wyrzynał na leszczynowym pręcie tajemnicze karby i znaki, z których potem czytał rządcy rachunek porębów i gospodarki leśnej.
Tak mu mijały zimy i lata. Nie potrafiłby ich zliczyć, bo do tego rachunku nie używał leszczynowego pręta, ale czuł, że sporo kresek i krzyżyków miał na ramionach. Szczególnie nogi odczuwały żywot spędzony w nieustannej pracy po wilgoci i pniach. Sztywniały mu w kolanach, obrzękały zimą.
Jednakże służbę pełnił z regularnością zegaru, tylko w święta już wypoczywał, leżąc w zimie dzień cały na piecu, latem wygrzewając boki w słońcu na przyźbie. Milczącego tego odpoczynku nie przerywało mu nic — nawet myśli. Było to wpółsenne odurzenie.
Pewnego święta wczesną wiosną leżał tak właśnie przy ścianie, gdy czujne jego ucho usłyszało kroki na ścieżce z boru.
Obejrzał się powoli i zdziwił, widząc chłopaka śniadego i czerniawego, który ku niemu szedł, z daleka witając uśmiechem.
Zbliżył się, i wciąż uśmiechając się, do ręki pochylił.
— Witajcie, dziadu. Czy zdrowi?
— A żyję. Czyj ty? Czego? Dziś święto, wywózki niema w lesie.
— O, toście mnie nie poznali? Ja Paweł. Prosto ze służby idę. Wstąpiłem po drodze, do domu, żeby was powitać. Krystyna wasza zdrowa?
Dziad począł się dziwnie uśmiechać.
— Aha! to ty się z nią lubił. Aha! przyszedł na nią popatrzeć. Nu — dobrze takie zapamiętanie — tylko jej nie szukaj już tutaj w wodzie, tylko w piasku — heń!
I dźwigając się, wskazał ręką wązki biały szlak za zieloną topielą.
— Pomarła! — szepnął chłopak ze stęknięciem.
Stary głową kiwnął.
Ten żal widoczny, niespodziany, pierwszy, który napotkał w życiu, podziałał nań jak wódka — rozwiązał język.
— Ale, pomarła. Trzecia już wiosna od tego.
Tak samo jak teraz czajki nad trumną krzyczały, zawodziły. Tylko wtedy wody więcej było, bo zima była śnieżna. Miejscami, ludziom co nieśli, było po pas. Teraz jej tam zawsze sucho. Ale — sucho.
— To wy teraz nie macie nikogo? sami? — rzekł chłopak, spoglądając na chatę.
— A kogoż mam mieć? Dzieci więcej nie było.
Dwoje! Był pies, ale i ten tam, w wodzie zgnił, zastrzelony. Gniazda gałgan wybierał...
— To wam bardzo nudno? — Czego? była pora przywyknąć.
Zapatrzył się w zielone morze i umilkł.
Młody chłop usiadł na ziemi, zmęczone nogi wyciągnął, i zwiesiwszy głowę, zamruczał:
— A ja się radował. Zazula wasza serdeczna na pamięci mi stała. Nie chcieliście jej od siebie dać, miałem prosić, abyście mnie do siebie wzięli.
Myślałem synem wam być. Oj, nudno mi teraz, nudno!
Po tej skardze milczeli już obaj.
Kiwi-kiwi-kiwi! — lamentowały czajki, śmigając jak ptaki błotno-czame, tuż nad wodą.
Nareszcie młody wstał, buty ściągnął, przygotowując się do przebrodzenia topieli. Stary dawał się go już nie widzieć.
— Bywajcie zdrowi, ojcze! Wstąpię do Krystyny po drodze. Może i wy pójdziecie. Dzisiaj święto. Na biedę naszą wypijemy w karczmie.
— Idź z Bogiem! Ja tam nie chodzę za błoto. Czego? Tutaj weselej. A na tym piasku dadzą mnie kiedyś dziedzictwo na wieki. Ty, wstąp tutaj czasami, kiedy zechcesz!
Chłopak odszedł. Stary go ścigał oczyma, zatopionego po pas w zieleni, i przeprowadził tak wzrokiem, aż po kres oparów.
Potem znowu na swej przyźbie się wyciągnął, i leżał godziny, uśpiony monotonnym szelestem boru i zawodzeniem czajek.
Pod wieczór ucichły ptaki i mleczne mgły poczęły wstawać z oparzelisk, snuć się po nich, wałęsać. Księżyc wszedł z za cmentarza i przez te mgły się wkradał; nocne ptaki i żaby rozpoczęły koncert.
Stary widział wyraźnie, jak z krzaku kaliny wychodził Filip i z kępy na kępę skakał, goniąc czajki, ciskając na nie garście błota, potem od księżyca zbliżały się do chłopca dwie postacie. Matka otulała się płachtą, drżąc z febry, Krystyna otulała ręką przed wiatrem ogarek gromnicy i świeciła od tego świętego ognia złotawo — jak święta.
Schodzili się we troje i tamci grzali ręce u płomienia, garnęli się do niej. Potem rzędem idąc, podchodzili bliżej i kiwali na starego, wołając bez słów. Stary się ich nie lękał. Patrzał, rozwierając oczy, aby być pewnym, że nie śpi.
A jednakże śnił zapewne, bo nad oparami były tylko mgły, księżyc i gdzieniegdzie blade, torfowe ogniki.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.