Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Więc skoro ów kamrat swoje ukończył, Archip już oną dumkę wziął w duszę. Owóż w ową noc, co roki dwa łączy, kosz ziarnem nasypał i młyn puścił.
A do onego czasu ów dzień i noc ludzie świętowali, więc na całym świecie tylko młyn Archipowy pracę dostał, i skrzypiał na swą krzywdę.
Pusto było i czarno! Wiatr ino śmigi podbijał, to łapał, wokoło młyna harce wyprawiając.
Szła mąka do skrzyni, biegła w worki. Archip ją coraz w dłoń brał i ważył, i kosztował, i wąchał.
Taka go chciwość oplątała, jak czyrówka len plącze!
Na kominku trochę tlało, zydelek podle stał, drzwi były zamknięte. Aliści patrzy Archip — na zydelku ktoś siedzi!
Zląkł się trochę, bo nikogo się nie spodziewał, ale podchodzi.
Staruszek to był z torbami żebraczemi.
— Czego chcesz? — burczy nań Archip.
— Obdarzenia proszę! Biednych to młyn.
— Może był, ale już nie będzie. Kupił ja go, drogo zapłacił. Dla siebie mielę!
— A cóż to jest, że i w tę noc świętą mielesz?
— A któż mi zabroni! Moja wola!
— Twoja wola. Ale kiedy się tobie powiodło, mnie poratuj. Bacz, głodnym, nagi, zziębnięty. Daj po garstce z każdego worka, z twojej miarki, Bożą miarkę żebrakowi.