Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zaprzysięgał, że pień nie jego, że go krewniak kupił i na przechowanie zostawił.
Była długa opowieść, jak pod ciężarem ustała, ile za ul zapłacono, kiedy, gdzie: długi, jak droga na księżyc, szereg kłamstw i wymysłów.
Zaprzysięgli to spojeni do niepamięci krewniacy — wyrok wypadł na korzyść Hryca.
On z pod wypłowiałej, dzikiej czupryny, złośliwie oczami strzelał, a białe, wilcze zęby błyskały z za wązkich warg.
Dopiero za powrotem do swej chaty samotnej, gdy przy świetle smolnej drzazgi policzył, ile mu zostało z pieniędzy wziętych do miasta na koszta — schmurniał.
Na szmatę z miedziakami patrzał — mgliły się oczy — kudły garścią zwichrzył, zaskomlił ponuro i zaklął, aż się go pies przeląkł i w kąt zaszył.
Nazajutrz jednak już przebolał stratę. Z pognębienia oskarżyciela był dumnym — no, i ul mu został, chociaż drogo, drogo kosztował. Do wiosny zapomniano o sprawie i Hryc znowu nocami pracował.
Często zmęczonego sen morzył, robota szła niesporo — gdy skończył wreszcie, już czas rojenia przeszedł, ul pozostał niezamieszkalnym. Ale za to brzeźniak znów o łokieć podskoczył — już i zimą ul był niewidzialnym o trzy kroki.
Przykrył go Hryc szmatem brzozowej kory, na