Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tej topielicy i Stubło się zlękło. Drugiej wiosny porzuciło stare koryto, obeszło jezioro, olszynę i het łąkami się przedarło.
»Teraz niczyj ten olszeniak i ta woda: ni ptaszę, ni ludzkie, ni Boże!«
I prawda: olchy stoją w trzęsawisku rudem i pustem i cisza tę wodę otacza, cisza grobowa — nic i nikt się nie odzywa.
Zimą po kępach czerwienieją żórawiny, których nikt nie zbiera, i rudzieją oparzeliska zdradne. Olchy pogarbiły się i usychają od szczytu, a taflę jeziorka porosła rzęsa. Opadają na tę martwą wodę liście zczerniałe, a ona nawet nie zadrży. Rozchodzą się po niej, jak pająki, oczerety, a ona ich nie wypłukuje, nie broni się. Głąb muł zarasta i olchy nie widzą już swego odbicia!
Z wiosną, gdy ziemia poczyna drżeć i dyszeć, w tym przeklętym kącie każde drżenie wali w grzęzawicę od korzeni podgniłe drzewo, a tchnienie nie jest kwiatem, ale nikłem światełkiem, które to tu, to tam z topieli wytryśnie, jak żywe się potoczy i zgaśnie. Nie grzeje i nie oświeca, ni Bogu, ni ludziom się pali.
Światełka biegną, łączą się potem, potem na sto płomyków się rozstrzelą, trysną w górę, opadną — żywe, zda się — a bez ducha, bez ciepła. Olchy szemrzą tajemniczo, jakby i liście nie śmiały głosu podnieść; woda zaś milczy i stoi nieruchoma, jak oko umarłego człowieka.