Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wśród łóz było, jeśli możliwe, jeszcze ciemniej, to też, gdy gałąź zerwała mu czapkę, Stefan kwadrans pełzał, zanim ją odnalazł; zaczął tedy kląć łozy, ich matki i ojców i życzyć, aby je wilk zjadł. Jakby w odpowiedzi, gdzieś daleko, głucho wilk się ozwał żałosnym skowytem, potem puszczyk mu zawtórował: Puhu, puhu! Chłop się obejrzał, kij silniej ścisnął. Krok jego stał się jeszcze lżejszym, rozmokłe postoły sunęły bez szelestu i niewidzialny, szary, przemykał się, jak zwierz w haszczach.
Na zawrotach drogi orjentował się sekundę i skręcał na prawo lub lewo. Nagle zapadł po kolana i upadł plackiem.
Dźwignął się żywo, ze zdradzieckiej topieli uskoczył i stanął.
— Zabłądziłem — szepnął. — Tędy na Kaczkowy Wir. Aaa, od dębu zabłądziłem.
Odzież przemokła zaczynała mu ciężyć, zmęczenia też czuł trochę, chociaż, wciąż się kręcąc, mało się naprzód posunął.
Pełen tępej rezygnacyi, zawrócił wstecz, ale wypadek ten zmieszał go, odurzył.
— Może mnie co wodzi! — pomyślał, ogarnięty zabobonnym strachem. — Dębu nie widać, a szopka ledwie majaczyła. A może to i nie szopa była? Tfu!
Przeżegnał się kilkakrotnie i nagle stanął. W czarnej głębi błysnęło światełko. Było to jakby