Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kto iskry krzesał z krzemienia. Wyglądało raz bliżej, znowu dalej, gasło, migotało, znowu gasło.
— Co to? — szepnął chłop nieruchomy, tamując oddech. — Kto tutaj może ogień palić? Czy to ogień? Czy tam ostrów?
Jasny punkt nie znikał. Stał w jednem miejscu i ów zwiastun człowieka, ogień, w tej pustce i bezludziu sprawiał wrażenie odstręczające.
— Pieniądze czart suszy na błocie! — zdecydował wreszcie Czujko. — Oj, wpadnę ja w jakąś okazyę. Może dnia zaczekać!
Rozejrzał się, szukając jakiejkolwiek od zimna osłony, ale wokoło tylko łozy stały, pokrywając topiel, i w haszczach dał się słyszeć znowu żałosny wilczy skowyt.
Chłop ruszył, czując, że iść musi.
Po chwili dąb nagi zamajaczył przed nim i z gałęzi porwała się cicho sowa, musnąwszy go prawie skrzydłem po twarzy.
Od dębu rozchodziło się dróg kilka. Chłop na jedną skręcił i po chwili, podniósłszy oczy, ujrzał znowu wprost siebie owo zagadkowe światełko. Było teraz bliższe i czerwone.
— Na kładkach się pali. Prosto na mojej drodze. Oj, będzie zła okazya! Żeby nie wilki, tobym dnia poczekał.
W tej chwili coś zaszeleściało w łozach, zabulkotała woda. Na drogę wyskoczył wilk.