Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Rozpoczynała się właściwa ciężka przeprawa. Przed chłopem leżała halizna kępiasta z torfowym podkładem, łatem zupełnie niedostępna.
Stefan skrzesił ognia i zapalił fajkę.
Potem odnalazł ślad zimowej drogi, ubitej poprzednio, a więc względnie bezpiecznej, i poszedł nią pełen otuchy.
Była godzina trzecia rano i ciemność nieprzebita.
— Kłamca miesiąc — pomyślał chłop — i zima macocha. Latem byłby wielki dzień.
Tymczasem brodził w ciemności, drobny, jak mrówka, w bezmiarze zdradliwych bagien. Parę razy zapadał po kolana w rzadki torf, raz upadł na kępinie. Były to jednak nic nie znaczące wypadki, i po godzinie drogi haliznę zostawił za sobą, zaczerniały przed nim łozy olbrzymie, splątane w wał. Droga zimowa wpadała w wązką wśród nich szczelinę i dalej rozgałęziała się, wiodąc albo do Wołkiń, albo w bok od stogu do stogu.
Czujko zatrzymał się chwilę, otarł wilgoć z twarzy i, chowając fajkę w zanadrze, rzekł:
— Szykuje mi się dobrze. Połowa drogi i wcale dobra, teraz trzeba baczyć szopki letniej i starego dębu, żeby trafić na kładki i nie zbłądzić. Uch, jakie łozy. Terazby lekko było ze trzy pęki uchwycić, bo strażnik nie zaskoczy. Wracając uchwycę!