Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


skując powoli przytomność — ty sam wiesz, że błota roztajały do gruntu.
— Ale kładki letnie są?
— Latem były, może jesienią popłynęły z wodą. Czy ja wiem... teraz nikt nie chodzi. Poczekaj do dnia.
— Aha, ile teraz dnia! Mnie pilno. Przepraw mnie przez kanał łodzią.
— A dasz 30 kopiejek?
— Może! — oburzył się chłop. — Dam dziesiątkę!
— To nie przewiozę.
— Jak chcesz. Znajdę twoje czółno i sam przejadę.
— Ojej! Tylko znajdź! — zaśmiał się pogardliwie żyd.
Zgasił lampkę i cofnął się do alkierza.
Czujko znalazł się znowu na dworze i zaczął szukać czółna po omacku. Zamoczył się przytem po pas, ale przecie odszukał, tylko że wiosła brakło. Na to właśnie rachował żyd.
Ale chłop nie odstraszał się byle czem.
Do łódki wszedł i zepchnął ją na wodę, potem gałęzią sosnową sterował i wiosłował zarazem. Prąd go daleko odrzucił, ale zahaczył się o resztki lodu i brodząc po pas na przeciwny brzeg się wydostał, zostawiając czółno na łasce losu.
— Niech teraz żyd szuka! — pomyślał złośliwie, ruszając raźno naprzód.