Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/126

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    W męce tej, potem zimnym okryty, Nazar do Bedrychy się przytulał, u boku jej skulony, drżący i tam wreszcie zasypiał, ciepłem bydlęcia w połowie ogrzany, w połowie mokry i skostniały od rosy.
    Zwierzę, przeżuwając, spoglądało czasem ku niemu, czasem polizało go po głowie szorstkim językiem, wokoło chóry ptasze grały.
    Znowu bywał głodny Nazar, bo chleb się skończył, a pamięć czasu stracił i tylko po trawach i wodzie rachował, kiedy przecie o nim w chacie sobie przypomną.
    Nadchodziła ta pora. Zdala widywał ludzi po sianożęciach, słyszał dalekie kos pobrzęki, a trawy kwitły i miodowe wonie szły mu w nozdrza, a słońce smaliło ogniem. Gniazda opustoszały; cały »zachód« zcichł i bardziej się jeszcze przed okiem ludzkiem ukrył w kitach wybujałych oczeretów.
    Stanęło wszystko w pełni letniego rozwoju! Bydło Nazara miało sierść lśniącą i boki gładkie, spasło się na pokaz, podskoczyły w górę olszyny i kalina, trawa była po pas. Tylko pastuszek był jednakowo nędzny i drobny ze skręconemi w kołtun włosami, odarty, zczerniały od febry, upału, wichru.
    Na widok kosarzy za rzeką, przypadał do ziemi — drżał na głos ludzki, bał się odezwać.
    Brat, co doń przybył nareszcie, wioząc na malutkiej łódce chleb, sól, kaszę i koszulę, długo hu-