Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i wieczornych chłodów, już nawet cząbry kwitnąć przestały.
Żadnego nie było w lesie gwaru, ni ruchu, ni woni.
Pszczoły Hrycowe wychodziły później w pole, wracały zaraz po południu.
Praca była niespora, a i ta zbyteczna, bo ul pełen był miodu zapchany woskiem.
Wtedy to nieszczęście się stało.
Pewnego rana zaszumiało w ulu. Zrazu kilka głosów, potem kilkadziesiąt — w końcu setki, tysiące. Był to jęk jednogłośny całego narodu.
Na spodzie ula, na odłamku wosku, martwa, kurczowo zwinięta, leżała matka.
Tak ją znalazły te, które najraniej zmieniały warty u otworów.
W jednej chwili wieść obeszła — i rój cały się zleciał.
Do martwej szła każda, dotykała, obchodziła wkoło, trąciła różkami, oglądała wosk, szukała ran, posuwała tu i tam.
I każda żałośnie jęcząc odchodziła błędna, osowiała; nie zlatywała, pełzła jak robak.
Wnet się ład zmieszał, uczynił się chaos. Ul napełnił się masą owadów niesfornych, rozbitych — tłuszczą — nie narodem.
I ukazały się dopiero charaktery jednostek.
Zleciały jedne na plastry gotowe, poczęły ten