Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/114

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    i jeszcze inne ćmy ptasze. Nazar ciąg każdy oczami po niebie prowadził, krzyków słuchał, rachował.
    »Zachód« jego, najwyżej wzniesiony, służył często ptakom za miejsce na nocleg. Okrywały go czasem siwe gęsi, a olchy pokrywały się chmarą wędrowników. Wtedy noc była pełna szelestów, nawoływań, ćwierkań, a chłopak w budzie czuł się niby wśród wielkiej bratniej kompanii.
    Po paru tygodniach poczęły wody zbiegać, rozdzielać się na tysiąc ramion, ukazały się na morzu lądy płaskie, zielone lub wyższe, czarne od krzaków i zarośli drzewnych. Wysepka Nazara uczyniła się wyspą, której szczyt koronowały olszyny, a między dwie wodne drogi, »proście«, wiosną tylko dla czółna dostępne, wcisnął się cypel nizkiego pastwiska, które w mgnieniu oka, przez noc jedną ciepłą okryło się zielenią.
    Buda pastusza na nie zwrócona była, mógł Nazar, leżąc u ognia pilnować bydła, które brodząc po grzbiety, chciwie łowiło pędy »czarnohołowu« i »pławuszki«.
    Ale on tam rzadko patrzał. Zajmowała go druga strona »zachodu«. Gąszcz tam dotykał wody, gęstniał z dniem każdym, zbiegał aż do rzeki kępami kaliny, łóz, złotawemi kitami pokrytych i zlewał się z nurtem, gęstwiną sitowia i tataraku. Zda się, zieleń kapała aż w nurt, ciekła po wodzie liśćmi białych i złotych grzybieni, które prądem