Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


plon całoletni, na zimę oszczędzony, pożerać chciwie, tratując, topiąc się w słodyczy.
Tych była mniejszość. Rzuciły się na nie pracownice, zawistne znoju, karmicielki młodego pokolenia, i bój się wszczął.
Wkoło trupa matki poczęły padać trupy inne, mniejsze, skrzydlate, z wyprutemi wnętrznościami, drgające w ostatnich odruchach. Spód ula pokrył się wnet niemi.
Na zewnętrzną stronę kłody wyległa reszta roju, uczyniły sejm.
Część, partyami lub pojedynczo, ruszyła w świat. Te pamiętały ul, skąd wyszły, pasiekę, tę matkę, co ich zrodziła.
Wzniosły się nad brzeźniak i poszły w stronę daleką. Może ich przyjmą, a może pobiją jako intruzy — przed zimą.
Te co pozostały — to uczciwe pracownice.
Raz jeszcze zajrzały do ula, podumały chwilę i poszły po wrzosach, po późnych dzwonkach, po zroszonych trawach.
Zaczęły pracować. Chłodno było i rośno.
Ogarniała ich niemoc, niechęć.
Siadały na kwiecie późnym i brzęczały.
— Po co zbierać — niema matki.
I siedziały długo, długo, nie szukając plonu. A gdy wreszcie zebrały cokolwiek, pozostawały znowu leniwe, ociężałe:
— Po co nieść do ula — niema matki.