Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


pień spróchniały, to i tlał dotychczas — wyjaśnił lokaj.
— Może! — potwierdził chłop, bynajmniej nie przekonany. — A taki ja tam okazyę miał, »karty« zamokły, i nie wiem, czy pan zapłaci. Nie z dobrego to taka okazya! — Pokręcił głową.
— Pan, jak pan... Trafię pod humor, to i zapłaci, ale wódka od pachciarza, to na pewno przepadła. Będzie mnie żona sworzyć!
Zwrócił się do lokaja prosząco:
— Wspomnijcie odpowiedź! Musi być blizko północy. Pora w drogę.
Po jakimś czasie, syty i ogrzany, znowu szedł ku kładkom.
Powiedział prawdę, że miał w piątek przynieść odpowiedź, powiedział prawdę, że przerwę naznaczył, ale nie powiedział najważniejszego powodu pośpiechu.
Chora żona? Nie. Co godzina niebezpieczniejsza droga? Nie.
Chodziło mu, aby ciemno było, gdy mijać będzie owe sążniste łozy przy haliznie, tak ciemno, żeby go strażnik nie znalazł, gdy sobie natnie parę pęków, tak ciemno, aby ze zdobyczą minął granicę wołkińską. Że postawił i w tem na swojem, można zaręczyć.