Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czyła się, odkryła całe wnętrze, miazgę zduszonych owadów — miazgę ich pracy.
Miód się polał po ziemi, jak złota krew tego szarego narodu — deptały po nim postoły Hryca.
A on wciąż rąbał. Uczynił ze swego ula drwa, potem szczapy, wreszcie trzaski i wióry, aż sam zziajany, drżący od wysiłku, na te szczątki się potknął i upadł.
Nazajutrz — jakby nigdy w tem miejscu ul nie stał — tylko trochę drzazg zostało. Brzózki i osiki osypały go liśćmi rdzawemi, a potem od wichrów i wilgoci to drewno próchno zjadło, robaki stoczyły, jako zwykle bywa z ludzką pracą.
Następnego roku mrówki to miejsce sobie zagarnęły i rozwielmożniły się, ścieżyny bijąc, korytarze coraz wyżej budując, ściągając zdaleka budulec i pokarm.
Hryc ich, jak dawniej, nie tępił, bo Hryc tu nie chadzał, i pono nawet bór i służbę porzucił.
Znowu, jak przedtem, tylko pszczoły z osobna uwijały się po wrzosowisku — brały słodycze, kwietne pyły, i ociężałe łupem, wracały daleko, może o milę — do matki.