Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nad podziw była starowina. Wiek ją zgarbił i nieznacznie do ziemi ciągnął.
Czuła to i mawiała ze spokojną rezygnacyą:
— Pora, dziateczki, pora... Doglądałam ziemi dobrze, teraz ona mi za starunki da ciche przechowanie.
Bialutka była — cała srebrna — a twarz zmarszczki pokryły jak jabłko suszone, a ręce miała całe przejrzyste, że patrząc na nie o błogosławieństwo trzeba było prosić, a oczy przyblakłe, miewały zamyślenia nieziemskie, a usta bezzębne tylko dobre słowa mądrych doświadczeń, spokojnych rad, świętego pobłażania.
Kiedy ją wspomnę — ja stary — tę prababkę dobrych ludzi, myślę, że za nią i modlić się nie trzeba, chyba o żywot jej podobny i o śmierć taką na kresie spełnionego zadania prosić.
Ośmdziesiąt lat miała, gdym ją poznał — ośmdziesiąt lat spełnionych obowiązków
Owdowiała młodo. Zostawił jej mąż fortunę zaszarganą i przytem pięcioro drobnych dzieci.
Widziałem jej miniaturę z owych czasów, sama ją pokazywała, opowiadając z prostotą: