Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wyobraź sobie, moje dziecko, chcieli mnie łaskawi w opiekę małżeńską. Alem rzekła: — dobrodzieje — raz człowiek się rodzi, raz umiera, raz męża bierze. Zaopiekuje się mną Pan Jezus!
To mówiąc podnosiła oczy wielkie, jasne, które nie umiały karać, ani potępiać — i dodawała z tryumfem:
— No — i patrz! Pan Jezus zawsze był niedaleko mojej biedy!
I spoglądała po synach już siwych, po wnukach dorosłych, po prawnuczętach, które lubiły się bawić na dywanie u jej nóg, jak kotki swawolne, i zamyślała się, uśmiechając się do wspomnień.
Kiedym ją poznał — już odpoczywała. Jeden syn był doktorem, drugi zdolnym prawnikiem, obadwa na dalekim wschodzie. Najmłodszy wedle obyczaju został przy ziemi, którą ręce i głowa tej kobiety oczyściły z długów, uprawiały i rządziły przez pół stulecia.
Jej to dziełem były budynki i dostatki, urodzaje, porządek; sady ona pozakładała, sprzęt każdy nabyła, przechowała stare zabytki i pamiątki.
Syn był wzorowym obywatelem, i drogą matki szedł dalej, tylko — w innych czasach wzrosły, zachował jej cnotę i pracę — nie utrzymał jej pogody. Nie rządziła więc już — tylko królowała.
Zdania swego nie narzucała nigdy, a przecie uchowała rozum jasny, a z wiekiem nabrała jasnowidzenia poniekąd. Słowo jej było mądre, rada