Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przychodziły ze znakiem baby stare, i sieroty głodne, i dziady słabe, a zimę do tego młyna, jak do śpichlerza, biegł zwierz z kniei i pola, a ptaszki, to jak ćma spadały i gospodarzyły jak u siebie.
Długo mełł Archip sprawiedliwie, choć go czasem zawiść kąsała, i ziarna nie wziął, i synom nie dał... służbę cenił! Aż tu raz kamrat młynarz do niego przyszedł i powiada tak i tak.
Skręciła mu burza wał; zawód okrutny, bo kolęda za drzwiami; troskę ma.
Tak prosi: »Kumie, użyczcie mi swego młyna. Zmielę co trzeba i miarkę wam oddam!«
A Archip nawet nie wiedział dotąd, co zacz miarka myłynarska.
Pomyślawszy, złakomił się i zgodził.
Mełł młynarz, mełł! Przybyły anioły dostawcy: »nie brak ci?« — pytają. — Nie brak! — odpowiada Archip.
A co ma braknąć, kiedy on sieroty i dziady zbywa: »nie kazał wam święty dawać«, a zwierzu i ptakowi piasek i trzaski ciska. A we młynie aż dudni kradzione młewo, a Archip, co na swojej miarce w progu siedzi, coraz wyżej się podnosi!
A potem sobie tak pomyśliwa:
— Teraz to, czego ptaszki nie rozdziobały, biedni nie wzięli, sobie przemielę. Przehandlują to syny na woły, na odzież, na ziemię!... A kto mi dowiedzie? a w końcu, com za młynarz, żebym wiek cały mełł, miarki nie biorąc? To mi się należy.