Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/031

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po wyciętym borze został szmat nagiej ziemi. Wyschłe mchy wiatr powydzierał i długi czas tylko piasek przesypywał i zamiatał. Potem na tym piachu poczęły wysypywać się wrzosy i macierzanki, wyskakiwać brzeźniak drobny, wytykać osiki, zawsze trwożliwe. Wreszcie, niewiadomo skąd, gąszcz się wzięła. Gdy gajowy odludek, co pustki tej strzegł, zaszedł tam przypadkiem, aż się zdziwił, jaki ten szmat nagi dostał kobierzec.
Postoły jego tonęły we wrzosach, do pasa sięgały drzewiny-niemowlęta.
Brzeźniak woniał — rozdeptane cząbry woniały, a po liliowem wrzosowisku uwijały się pszczoły, tańczyły błękitne, drobne motylki.
Ptak żółto-szary, leśna »omelka« gnieździła się nizko w karłowatej sośninie, nad ciszą unosił się, na nieruchomych skrzydłach, rabuś skowrończy, »garagol«.
Gajowy — naprzód pochylony, węsząc, nadsłuchując, z karkiem podanym pod żar słoneczny, stał tak długo — zdziwiony.
Usta jego, milczącem życiem zacięte, rozeszły