Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się nieco i ukazały w uśmiechu, trochę głupowatym, śliczne, białe zęby.
Pochylił się, przesunął twardą dłoń po brzozowym pędzie.
— Śmigaj! śmigaj! Bydło cię tutaj nie stratuje! — zamruczał tonem łaskawego opiekuna.
Pęk wrzosu zerwał i popatrzył na pszczolą po kwiatkach pracę.
— Biedne wy! — szepnął. — Daleko wam tutaj lecieć ze dworu. Żeby wy durne nie były, toby do mnie z rojem przyleciały.
I dalibóg wygodęby miały! Pieńby się znalazł przy leśniczówce, i tubym was ochylił. Ale wy durne muchy, za milę do matki wracacie!
— A żeby wy, jak ja, matki nie znały, a ot żyję!
Jeszcze raz po gąszczu okiem przeszedł.
— Ot, wonkotecza! — mruknął, odchodząc.
Zaszedł jednak tam nazajutrz i dni następnych. Myśl o pszczołach ugrzęzła mu w głowie. Wprawdzie »pan« zabronił mu posiadania pasieki, ale przecie jeden ul na próbę — to nic; a zresztą kto go w tym gąszczu dojrzy? Nawet sobie miejsce nań obrał, w kotlinie szczelnie poszytej.
Ale i ula nie było. »Skarbowych« przy chacie straszno było ruszać. Jeszcze kto dojrzy i »donos« do dworu da.
Sumował Hryc dni kilka, wreszcie pewnej nocy