Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ciemnej konia do woza zaprzągł i na wyprawę ruszył do sąsiedniego boru.
Na wypadek ujęcia przez miejscową straż, włożył najgorszy łachman na grzbiet, na głowę dziurawy kapelusz, opasał się kawałkiem łyka, ino siekierę dobrą wyostrzył. Już pierwej stosowny pień opatrzył, mordował się do setnego potu, nim go na wóz złożył — noc całą manowcami krążył — wreszcie zdobycz na wyrąb przywiózł, między brzeźniak ukrył, i jeszcze wrzosem, dla lepszego utajenia, przysypał. Twarz jego miała wyraz złośliwego tryumfu, w oczach migotały ogniki bohaterstwa.
Przez parę tygodni, bojąc się domysłów i szpiegów, wcale tam nawet nie zachodził, a potem, uspokojony, wziął się do dzieła. W noce księżycowe wsuwał się w gąszcz, jak widmo, z tysiącem ostrożności wydłubywał barć w pniu olbrzymim, kując mało co więcej dziennie jak dzięcioł.
Siekierę miał tylko i nóż do tej pracy.
Robota posuwała się wolno. Jesienią na jarmarku ukradł w sklepie dłuto — wtedy mu raźniej poszło. Do zimy wydłubał połowę kłody.
Potem wrzosy, brzeźniaki i ul zaczęty śnieg pokrył i zasypał.
Hryc odłożył pracę do lata.
Ale zimą sąsiedni gajowy pień odkrył i poznał. Wezwano Hryca do sądu pod zarzutem kradzieży. Postawił dwóch krewniaków na świadków i sam przed kratkami palec na palec kładąc i klęcząc