Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/113

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Bydło nie wymagało żadnej troskliwości. Ogryzłszy badyle szuwarów, wzięło się do łozy i olszyny, zaszyło się w gąszcz od chłodu i tam większą część czasu stojąc skulone, oczekiwało od przyrody pożywienia lub śmierci.
    I Nazar był głodny. Wymiona Bedrychy, która go żywić miała, niedostatek karmu wysuszył, ptaki jeszcze nie posłały gniazd, ryba się rozpierzchła, został tylko chleb, pleśniejący od wilgotnej ziemi, pięć wielkich bochnów, które miały wystarczyć do nowego i trochę przygniłych kartofli.
    Z tem sobie Nazar radził, jak umiał. Jadł ten chleb z solą i bez, rozmoczony w wodzie i suchy, wyczekując z równą jego bydłu cierpliwością, że go lato odkarmi.
    Pominąwszy głód, żywot miał lekki. Sypiał dużo pod kożuchem, potem siadywał przy ogniu, patrząc po niebie i ziemi. Przez dzień febra go trzęsła, wtedy z budy nie wychodził i nie warzył zupy z chleba; męczyła go ta bieda, ale jej zawdzięczał swe próżniacze położenie. Gdyby zdrów był, zatrzymanoby go w domu do cięższej roboty.
    Siedząc bezczynnie, obserwował ptaki. Leciały one wszystkie nad temi wodami, kluczami, pasmami lub kupą. Zmęczone były, chude, odzywające się żałośnie. Leciały przodem gęsi dzikie i bociany, smukłe żórawie i ciężkie dropie, a potem drobniejsza drużyna, cyranki i czajki, kurki, bekasy, słonki