Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mnie musztrować? Odetchnę, gdy się pozbędę tej kurateli.
Babkaby chciała, żebym tylko za pługiem chodził. Broń Boże jakiej rozrywki i towarzystwa poza rodziną. Trędowatym jestem wśród nich, dlatego, że przedstawiam nowe prądy, dążenia, żem odrósł od ich pleśni, zacofania, konserwatyzmu.
Mam długi i żenię się bogato — tego to mi babka nie może darować, jak kryminału. Gdy zaś postanowiłem sprzedać te moje nędzne piaski i wynieść się do dóbr mojej żony — rzucono na mnie interdykt. Cóż robić! Ani myślę im uledz. Siostrę wyposażę — i zmykam stąd za dziesiątą granicę.
Rozdrażniony był chłopak, więcem go nie reflektował. Co znaczyć mogły moje słowa — gdy już staruszka nawet straciła wpływ.
Zrozumiałem tylko, jak ona cierpiała.
Nazajutrz witając ją w jej pokoju, spojrzałem mimowoli na dwa małe łóżeczka, które tam stały.
Spostrzegła mój wzrok i rzekła zcicha:
— Tak stoją i są jak gniazdka na jesieni. Kurz je już zaszedł, pajęczyny oplątały. Ptaszek odleciał i nowe gniazdko słać sobie zamierza. I dlaczego? Alboż mu w tem źle było?!
Opuściła głowę na piersi i umilkła, a jam poczuł odrazu do dawnego kolegi nienawiść.
Po chwili podniosła głowę i znów się odezwała, patrząc na mnie z pytaniem i prośbą zarazem.
Nieprawdaż, moje dziecko (tak każdego zwa-