Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ła), że długi są jak liszki w sadzie. Trzeba je obierać i tępić bezustannie. Przecie jednak dla liszek nie opuszczamy sadu, ani też nie podpalamy drzew rodzajnych. Zdaje się ludziom, że coś nowego wymyślą — a umierając przejrzą, że stare były ich pomysły jak stare grzechy i cnoty, jak stara ziemia i ludzka natura.
Mówiła coraz to ciszej: zrazu do mnie, w końcu do swych trosk niewyraźnych, szmerem, tchem były ostatnie słowa.
Stanowczo znienawidziłem teraz Julka, bo czułem, że gdy spełni swe zamiary — staruszka zgaśnie, jak zdmuchnięty kaganek strażniczy.
Żeby go nie widzieć, zająłem się kurhanem. Stał tuż za ogrodem, a na szczycie miał wielką jodłę.
Wkoło niego leżały pola uprawne, które w tej chwili, w czerwcu, były jak marzenie ciche i cudne.
Wziąłem się do dzieła, wiedząc z góry, że będzie to grób szwedzki. Wartości naukowej nie przedstawiał on prawie żadnej; rozkopywałem poprzednio już wiele jemu podobnych.
Ale nęciły mnie te pola, ciepło, pogoda, rozmowy z pracującymi wieśniakami, więc spędzałem przy robocie tej całe dnie z rozkoszą.
Odkopaliśmy kamienie, potem resztki ogniska, i nareszcie pewnego popołudnia dotarliśmy do plamy tłustej, zwiastującej blizkość ciała. Skoczyłem więc do dworu oznajmując, że Szwed czeka na