Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


właścicieli, by im za długą ich gościnność podziękować.
Młodzież rzuciła się naprzód do kurhanu, a my ze starszymi uprosiliśmy staruszkę na ten spacer.
Dzień był śliczny, więc się wybrała chętnie, jak zawsze eskortowana przez wszystkie dzieci.
Na kurhan wnieśliśmy ją na rękach i usadowili wygodnie w cieniu jodły.
Dzień już zstępował z południa, nad polem w ukośnych promieniach słońca unosiły się słupy muszek i tumany zbożowego kwiatu.
Staruszka spojrzała na las wzrokiem, jakim się patrzy na bardzo ukochanych, i rzekła do syna:
— Da ci Bóg dobre żniwa i plenne kłosy. Przepiórka, jakby jej odpowiadając, rzuciła swe letnie hasło i wszyscy wyjrzeli na pole.
— Dawnom już tu nie była! — mówiła dalej. — Jodła dużo urosła. Ano już dzisiaj zginie, bo niepotrzebna; Szwed się uwolni z pokuty.
— Jakto? — zapytano ciekawie.
— Bo Szwed tu leży za karę, że ziemię swą rzucił i na łupieżce boje poszedł.
Gdy padł, oddano mu wprawdzie honory wojskowe, grały mu trąby i bili dobosze, i paliły muszkiety. Wspomniał o nim król z pochwałą, a żołnierze trzy dni ten kopiec sypali. Cóż z tego, kiedy on w cudzej ziemi leży, a z kulą w sercu, taką kulą, jaką częstują rabusiów i psy włóczęgi.
Nie postawiono mu krzyża ani pomnika, nie za-