Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


brano też ze sobą. Został zrazu jak intruz i wróg, potem jako obojętny, wreszcie jako ciekawość.
Dlatego też wolno go odkopać, naruszyć tę mogiłę, i tylko jodła go pożałuje.
Dobrze, iż go dziś odkopujemy. Niech teraz spojrzy na to pole, które stratował — jak ono kwitnie i szumi.
Oczy jej pociemniały od zawziętości, której nigdy nie miewała, a głos jej dziwnie był ostry.
— Dwa wieki przeleżał, a duch się błąka i błąka. Chciał do Szwecyi wrócić — a nie mógł, bo tam go nie przyjęli. Żywy czy umarły — przeklęty ten, co wynosi precz od swoich swe siły, młodość, pracę.
Nasienie chwastów najlżejsze bywa, najdalej leci — dobre ziarno ciężkie jest i blizko łodygi swej pada!
Słuchali wszyscy w milczeniu, nawet dziatwa nie pojmując dobrze, wlepiała w twarz babki rozszerzone źrenice, przerażona surowym tonem.
Patrzeli jednak wszyscy śmiało na nią i potwierdzili dorośli słowa jej głośnym pomrukiem.
Julek zwrócił się do mnie i rzekł:
— Skoczę ci do pomocy.
— Chodź! — odparłem niechętnie.
Zeszedł do dołu, usunąłem chłopów, i zaczęliśmy ostrożnie obadwaj usuwać resztki ziemi.
Natrafiliśmy na resztki trumny, a raczej na masę brunatną, z pod której nagle błysnęła nam w oczy czaszka i wypukłe żebra.