Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Kobiety usunęły się ze wstrętem.
— Julku! — ozwał się któryś bratanek — ten Szwed śmieje ci się w twarz.
— Każdy umarły śmieje się z żywego! — wtrąciła staruszka.
Czaszka miała wszystkie zęby, tylko ją przewiercił korzeń jodły, jakby przygwoździł do ziemi.
Pokazałem to prababce.
— A tak! — rzekła. — Brało drzewo soki z człowieka, a on pytał ją z pod tej ziemi cudzej: Wyjrzyjno, czy wspominają mnie w Szwecyi?... — Nie — nie wspomianją ciebie, zbóju, nie dbają wcale o taką sławę, jak twoja!...
Odkryliśmy już cały szkielet. Wskazywał człowieka olbrzymiego wzrostu, w pełni rozwoju.
Na żebrach został jeszcze jakiś atom tkaniny; zresztą wiązanie to uderzone powietrzem znikało, rozsypywało się, jakby widzenie chwilowe.
— On w oczach ginie! — szepnął Julek. — Spostrzegłem, że był rozdrażniony i nie swój jakiś.
— Zostanie tylko czaszka, reszta się ulotni — odparłem.
Wszyscy otaczający nas, umilkli, przejęci uroczystością chwili.
— Za chwilę nie będzie już go! — rzekła prababka. — Atomy porwie powietrze i precz odrzuci, jak puchy ostów! Tyleż i on wart!
Pod motyką moją coś zadźwięczało — był to