Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Oddałem się archeologii, i pewnego razu na wakacye otrzymałem list z zaproszeniem na wieś.
Wynalazł jakiś kurhan, prawił mi o nim cuda, a prosił tak szczerze i poczciwie, żem bez namysłu ruszył w te strony.
Zastałem w ich domu całą zebraną rodzinę. Wakacye zgromadziły ich wszystkich do staruszki. Przyjechali ze Wschodu, córka z Warszawy, i roiło się w starym dworze od dziatwy różnego wieku.
Julek mnie tam przywiózł ze swego majątku, i bywałem codzień, nie mogąc się do syta napatrzeć tej prababce; oczarowany przez nią, zachwycony.
Po tygodniu jużem się zżył z niemi i poznał. Dobrzy są łatwi do przejrzenia, bo nie mają nic do ukrywania. Rychło wtajemniczony byłem w ich stosunki, troski, pociechy, i mimowoli i ja też swoje powierzałem staruszce, jak oni wszyscy.
Tylko Julek stał na uboczu. Spostrzegłem, że wita babkę z pośpiechem, unika sam na sam z nią, że ona, całując go, miewa w oczach łzy i smutek i usta jej drżą niewyrażonemi słowy.
Ten jeden się nie tulił do niej, nie pieścił, nie przychodził z wyznaniami. Ona milczała, i nikt go nie zaczepiał, tylko chyba siostra niekiedy, cichutko, bardzo przytem nieśmiało.
Zwykle wtedy ofuknął się na nią i wcześniej odjeżdżał. Raz wreszcie nawet przy mnie wybuchnął:
— Kiedyż oni przestaną nareszcie jak malca