Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


То był jej sekret — jej potęga, talizman tych rąk, co umiały tylko błogosławić i pieścić...
Z pośród całej rodziny, jeśli możliwe ostopniowanie, najbardziej kochała dwoje sierót, po zmarłej córce.
Dwa małe łóżeczka stanęły w pokoju, i tych nie pozwoliła już sobie zabrać nikomu.
Nawet fortunką ich sama zarządzała, mówiąc zawsze synowi:
— Ty wuj jesteś. Mogą ludzie rzec, żeś opuścił cokolwiek. Ja już przywykłam dobrze sierocego pilnować.
Pilnowała też długie lata. Sieroty nigdy nie poczuły niedoli ani braku serca.
Lata biegły. Pisklęta porosły i wyfrunęły w świat. Dziewczynka kształciła się w klasztorze — chłopak kolegował ze mną na uniwersytecie.
Przecież to ja ją poznałem, i pobłogosławiły mnie te dłonie święte, i patrzałem na to arcydzieło ducha, tak piękne, jak się dwóch w życiu nie spotyka nigdy.
Było to tak. Wnuka tego — Julka — zostawiłem na uniwersytecie; byłem już profesorem, gdy on skończył nauki i do domu powrócił.
Pisywaliśmy do siebie niekiedy. Uważałem z listów, że hula i próżniaczy, ale ja sam mało co byłem lepszy, więc porozumiewaliśmy się doskonale.