Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


niezawodna; miewała myśli prorocze, i przeczucia, które nigdy nie chybiały.
Nie lubiła się rozporządzać ani pytać. Rozkoszą jej starości były dzieci. Dla nich też szyła wyprawki, smażyła specyały, kupowała książeczki.
Dziatwy sporo było w domu: swawolnej, żywej, upartej, nieposłusznej. Przy niej one dobre były, i zawsze otoczona niemi spacerowała, czytała, robiła robótki. Nawet gdy odmawiała modlitwy swe długie, lub drzemała o zmroku, u kolan jej tuliły się główki czarne i jasne, po których dłonie jej przechodziły pieszczące.
Zdawało się jej może wtedy, że znów młodą jest, i że rodzony to jej drobiazg. Bo przecie i te — jak tamte, ona uczyła pacierza, bajeczek, i te doglądała w chorobach, i te uciekały pod jej skrzydła, ilekroć co zrobiły i spodziewały się kary. Wtedy ogarniała je jak kokosz troskliwa, i zasłaniała swą powagą, i już nikt nie śmiał dzieciaka tknąć, bo wtedy zwykła mawiać:
— Nie będzie mu nigdy dobrze na świecie. Na pracę pójdzie, na życie. Dajcie-że mu ten dom mieć dobrym w pamięci, aby o mnie nigdy nie zapomniał. A i ja prędko już od was pójdę — niechże i po mnie ma dobrą pamiątkę!
Dzieciak uniknął kary, a przecie jeśli winny był, wychodził od niej spłakany i zawstydzony, i długo nie broił.