Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wierzch drewnem przywalił i czekał. Chłop umie być cierpliwym.
Aby czasu nie tracić, napół zemstą, napół zawiścią wiedziony, Hryc na jesieni podkradł się nocą do pasieki sąsiada-gajowego i otwory ulów osmarował dziegciem. Chciał tylko mu jeden pień zniszczyć, ale, że sobie stracone pieniądze na razie przypomniał, a ule gęsto stały, więc trzy osmarował i uciekł szczęśliwie.
Ten figiel wydał mu się tak dowcipnym, że śmiał się zeń całą drogę, śmiał się ilekroć wspomniał, a że się nie pochwalił, to dlatego jedynie, że oprócz psa żadnej nie miał żywej istoty w pobliżu.
Figlem tym czuł się pasowanym na fachowego pszczolarza!
Brakło mu jednak pewnych wiadomości. Uczuł to wobec starego znachora, który pni kilkadziesiąt posiadał, bogacz był, miał wielką sławę i do pasa blizko sięgające kołtuny.
Dziad przyjechał do straży z kwitem na żerdzie, i wstąpił na gawędę.
Zaraz poznał Hryc, że ten wszystko wie, i praktyk pszczolich szczególnie świadom.
Czasu żaden z nich nie żałował — więc gadali.
Jesienna mgła snuła się nizko po lesie — biała, chłodna; z nad tumanu tylko wierzchy drzew widać było, że się zdały wyrastać z owych oparów — widziadła.