Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w czerwoną chustkę. Była to stara książka — między jej kartki list wsunął i znowu, starannie zwinąwszy, do worka schował.
Potem na zydlu usiadł, spracowane, niezgrabne ręce na kolanach złożył i zamyślił się.
Lampa rzucała nań blask w pełni i twarz ta bezwąsa, bardzo młoda, nabierała wielkiej powagi.
Znał w kufrze, gdzie przechowywano domowe, drogocenne pamiątki, korale, pieniądze i najcieńsze odzienie, zwitek papierów żółtych na samym spodzie będący.
Raz na rok tylko matka je kładła na stole, na serwecie i pozwalała oglądać.
Był tam dokument ich rodowy, i drzewo genealogiczne, i herb jaskrawo malowany, i różne papiery z pieczęciami i z podpisami wielkich.
Przy tem oglądaniu oni trzej poważnieli bardzo i oczy im błyszczały.
Głowami prawie dotykali sufitu swej chaty, a mieli szare koszule i spencery samodziałowe, te karmazyny herbowe, a czytać ledwie umieli na książce do nabożeństwa, i niczem prawie od chłopstwa się nie różnili z pozoru.
A jednak to zdanie listu: »wpisany do heroldyi« — uczyniło odrazu z szeregowca wielkiego pana, martwa litera zaciężyła na nim, czyniąc w duszy jego ogromny przewrót.
Zdało mu się, że po sakramencie jest, tak uroczyście jakoś w nim było, tak cicho!