Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— »Było tak — opowiadał dziad stary — aż do tej wiosny, kiedy Oksenia zginęła. Była ona sierota, u ojczyma w chacie chowana, taj robotę przeciągnięta i krzywdzona, aż ją za mąż oddali za złego. Orze wół, aż go jarzmo zwali — cierpi człowiek, aż z niego moce wszystkie wyjdą.
»Takci tej wiosny zginęła Oksenia. Dzieciątko swoje zabrała z chaty i przepadła. Wody ogromne wtedy szły, kra, szumy — i dopiero gdy Stubło się uspokoiło, znaleźli rybacy z tej strony na Perezwach topielicę, wplątaną w łozy. A nie sama była — dzieciątko przy piersi trzymała. I po tem Oksenię poznali, bo zresztą już ją woda popsuła i raki ogryzać poczęły.
»Zlękli się rybacy śledztwa i ciąganiny, taj wiosłami odepchnęli trupa na drugą stronę jeziora, na brzeg drugiej wsi. A z tamtej wsi przybiegli i znowu tę śmiertelnicę tamtym podrzucili.
»I tak ona po śmierci pędzana była, i bita, i popychana, aż wreszcie z niej nic nie pozostało, ino kostne wiązanie i to spłynęło i rozeszło się po jeziorze.
»A za to ona pomściła się na tej wsi i na tamtej, i tak sobie zrobiła, że, która za życia kąta nie miała, gdzieby głowę przytulić, teraz ma het taki szmat ziemi, dla siebie jednej.
»Z początku to ino posłuch poszedł między rybakami: straszy na Perezwach, potem i Strzelce nie zechcieli tem chodzić, pastuszki uciekły, a wreszcie