Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/120

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    żną, z węzełkiem na plecach. Zdejmowała wtedy postoły, podnosiła wyżej spódniczkę, zakasywała rękawy po ramiona. Z miną też poważną wchodziła do wody i prała bieliznę, obyczajem kobiet dorosłych każdą sztukę obijając o nogi, wyżymając gestem zręcznym, naprzód podana, wyciągając ramiona swe drobne i chude, cała w świetle drżącem, ruchomem, słońca sianego przez czuby olszyny.
    Potem rozwieszała bieliznę na krzakach, zawsze ważnością swej pracy bardzo przejęta. Naprzeciw Nazar się jej przyglądał, zwykle milczący.
    Ten był również miniaturowem wydaniem dorosłego parobczaka.
    Przemyślny i chytry, złośliwy w myśli, apatyczny w czynie, napozór obojętny, kochający się w brudzie i niezależności. Szpetny, złem odżywianiem się w rozwoju fizycznem powstrzymany, umysłowo mało co więcej rozwinięty niż zwierzę, miał już wszystkie instynkty dorosłego parobka, przytem nad wiek dojrzałą praktyczność i rozsądek.
    Gdy dziewczynka, ustrojona na niedzielę, pyszniła się przed nim, miał ochotę błotem ją obrzucić, zwalać i wydrwić, jak to czynił w wiosce swej na ulicy.
    Ale zatoka była głęboka, i nimby dopłynął, dziewczynaby gdzieś w gąszcze uciekła. Gdy prała swe koszuliny, on na przeciwnym brzegu przypatrywał się poważny z ręką wspartą o bok i źdźbłem