Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w nią łotry szczęścia próbować, jak ty próbował! Wziął ty nagrodę swoją, jakiej chciał. Mielże, miel, miel!...
A gdy to mówił, zajęczało drzewo nawet, zaklęło człowieka, co je shańbił, a staruszek sakwy swe z zydelka wziął i wyszedł, po powietrzu stąpając, jak po lodzie.
Ogień też zgasł i czarność objęła młyn, i cisza ponura, ino ów piasek na kamieniu zgrzytał, i wicher po śmigach bił, jakby cepami.
Przychodzą ludzie nazajutrz, patrzą — niema młyna; przychodzą syny Archipa — niema ojca!
Puhacz na osice siedzi, i ślepe, straszne oczy w nich wlepia, a wicher wkoło drzewa śnieg w lejki skręca.
Uciekli ludzie ze strachem, rozbiegli się po świecie synowie, pomarli i prawnuki ich, a owa osika, jak stała, tak stoi.
Ani jednego listka jej nie ubyło, na zimę też ich nie zrzuca, ale poschnięte na sobie trzyma.
Przez to i znać, że nieczyste to drzewo.
A wkoło ta góra piasku wciąż rośnie. Co miałby ją wicher rozwiać, to zda się jeszcze nanosi.
Ludzie wkoło już i siać przestali! A jakże piasek ma nie przybierać, jakże to drzewo ma nie stać, jakże Archip mlewo swe skończyć?
Braknież tu na świecie wichrów przeklętych braknież złodziei, braknie piachu bezpłodnego?