Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Teraz Sylwester skarby te srocze obrachowywał z dziwnem biciem serca.
Zbierze się może osiem rubli, żyd da na przyszłość zadatek, a resztę...
— Sylwester! — zabrzmiał obok niego cienki głosik. Zadrżał i odskoczył od furtki. Była to pani kapitanowa w powrocie ze spaceru.
— Pana niema?
— Tak! — odparł już służbowym tonem.
— A ty czego tutaj gawronisz? Obiad nastawiony. Produkty przyniosłeś?
On szedł za nią, odpowiadając machinalnie — słucham! na wszystko.
Teraz ani o dokończeniu czytania, ani o snuciu planów nie było co myśleć.
Węgiel rozgorzał pod maszyną, rozległo się tłuczenie, siekanie, szczęk rądli, syczenie pary, a nad tem dyszkant pani kapitanowej i płacz dziecka.
— Po obiedzie upierzesz trochę bielizny, wytrzepiesz dywany, firanki i trzeba też oczyścić lampy, dziecko wynieść trochę na spacer. Potem z listem pójdziesz i kuchnię wyszorujesz przed świętem. No, no, tylko żywo z tym obiadem, pan za godzinę wróci.
Spocony, zdyszany, żołnierz uwijał się z robotą. List go palił w zanadrzu, troska rozpierała piersi, ale ani przez myśl mu nie przeszło sekundę chociaż służby zmitrężyć.