Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Pszczoły zmęczone, zduszone, rozpełzły się po nowem mieszkaniu, ocierając skrzydełka, kupiąc się wokoło drewnianej klateczki, w której Hryc uwięził matkę.
Szumiało w ulu; chłop, nie mogąc się od nich oderwać — tamże opodal zanocował, na pościeli z wrzosów, bez ognia, wieczerzy, kaleczony niemiłosiernie przez komary.
Nazajutrz pszczoły wyległy na słońce na ścianę ula, tworzyły na drzewie szarobrunatne plamy ruchome, zrywały się, wracały znowu. Przy otworach tłok był i zamieszanie. Wychodzące opowiadały coś, inne cisnęły się do wnętrza. Żadna nie ruszyła do roboty. Wreszcie o południu około otworu ukazała się mucha dłuższa, z odwłokiem, dotykającym drzewa, gdy po nim pełzać zaczęła.
Pracownice wnet ją otoczyły.
Ona parę razy otarła skrzydełka, zadzwoniła przeciągłą pobudkę — zleciała.
W tej chwili tamte ją kłębem objęły. Łapkami poczepiane w girlandy, wzniosły się nad wrzosy wonne, zakołowały, poszły kędyś na bór.
Zdaleka obserwujący Hryc — ani się zatroskał.
— Suszą się! — pomyślał.
Ale wieczór nadszedł, a one nie wróciły.
Tedy zajrzał do ula. Na spodzie leżało parę martwych owadów ze zgarniętemi nóżkami, zmalałe w swej nicości — zabite zmęczeniem, czy osą-