Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Nie miała żądła, ni jadu — matką bo była.
Chadzał Hryc do swego ula całe lato. Przywiązaniem to mu się stało, myśleniem, kochaniem.
Ludzka stopa nie bywała tam, ludzkie oko nie widziało tej szarej kłody, tylko on jeden.
Od drogi ludzkiej i bydlęcych ścieżek, dzieliły ten szmat »pomłodzi« grzązkie czahary, łozy, torfiaste kępy.
Zrazu z obowiązku, potem z upodobania Hryc tam chadzał.
Z boru w ług mokry i zdradliwy, potem w łozy i leszczynę.
Na przerwach, poczynionych przez strumyki rdzawe, na zdradliwych oparach kładki sobie poczynił, a chadzał zygzakiem, jak zwierz.
Trwał jego rój lato skwarne, dochował się cało do jesieni, aż do pory, gdy brzeźniak począł nabierać na liście plam złotych i brunatnych, przerzedzać się ze swej zielonej ozdoby.
Wrzosy stały się brunatne, z paproci oblatywał pył rodzajny i różne prochy, źdźbła, ziarna, wiatr-siewacz niósł i ciskał.
Mądrze ukryte ptasze gniazda odsłaniała jesień i na siatki pajęcze, rozpięte wśród gałęzi, co rana osiadała biała rosa.
Pokraśniały ługi od kaliny i jarzębiny, w leszczyny spadły orzechówki, i o twardym dzióbie krzykliwe, przelotne łupieżce.
Zblakło niebo, a wody pociemniały od rannych