Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Gadali naprzeciw siebie stojąc, fajki ćmiąc, spluwając bezustannie.
Targ w targ, zgodził się znachor Hryca z urządzeniem pszczolego państwa oświadomić, a w zamian miał dostać »lisznię« furę żerdzi.
Nad lasem wiatr powiał, mgła poczęła się osuwać, z szelestem kropli opadać, zwisać na igłach sosen. Znachor odjechał.
Hryc odtąd często do jego pasieczki chadzał, uczył się teoryi i praktyki zarazem. Następnej wiosny nad ulem zawiesił pęk kwitnącej łozy, pszczołom na przynętę, i codzień zaglądał na wyrąb — obserwował. Pszczoły, jak zwykle, krążyły po ziołach, brały woski, miody — i precz je niosły. Pojedyńcze pracownice łowił Hryc ostrożnie za skrzydełka, widział na szczecinkach łapek żółte pyły — gadał do nich, namawiał do swej kwatery.
Z ręki jego uwolniony owad odlatywał przecie do matki, daleko, może o milę.
Przed rojeniem wyglądał kwatermistrzów, ale się nie zjawili.
Do barci zapewne rój szedł, Hryc gonić go począł, ciskając nań piaskiem, biegnąc co tchu, kalecząc się o gałęzie.
Nareszcie rój opadł na krzak, chłop go w rzeszoto zebrał, płótnem okrył. Szara ćma pocięła go zajadle, bólu nie czuł, namiętnością opanowany.
W tryumfie zaniósł na wrzosowisko, i gdy żar słoneczny przygasł, w swoim ulu osadził.