Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/116

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    był strasznie, siły nie miał żadnej, tylko zwinność i podstępność zwierza.
    Dnie mijały, nie przynosząc żadnej rozmaitości. Nazar przestał zupełnie głos wydawać, nawet na bydło swe nie wołał, przed łodzią, ujrzaną zdala, krył się w zarośla, zapomniał rachuby czasu. Wzrok mu się zaostrzył, słuch nabrał nadzwyczajnej wrażliwości, ruchy przypominały czającego się drapieżnika. Przez większą część dnia, półnagi, z twarzą swą obrzękłą i dziką, z gęstwiną powichrzonych włosów na wielkiej głowie, był straszny.
    Pewnego południa wychylił się tak z gąszcza, uczepiony jedną ręką odrośli wierzbowej, drugą z prętem zakrzywionym wyciągał nad wodę, starając się uchwycić i do siebie przyciągnąć kitę szuwaru, na którym uczepione wisiało drobne gniazdeczko.
    Podobny był w tej pozie do olbrzymiego pająka lub nietoperza.
    Chwilę wisiał nad wodą, nagle odrośl puściła, rozległ się plusk i głuche stęknięcie. Naprzeciw z drugiego brzegu ozwał się śmiech szyderczy.
    Nazar wybił się na wierzch i kilku uderzeniami rąk odpłynął z głębi. Tedy do pół ciała w wodzie, szlamem okryty, spojrzał bojaźliwie w kierunku owego chichotu. Tam na leżącym pniu wierzbowym siedziało dziecko, dziewczynka może ośmioletnia i patrzała ku niemu.