Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zasklepiały gotowe plastry, a dzień cały szumiało tam, szumiało!
Po wrzosach, po drzewach, daleko wkoło latał owad niestrudzony — na noc osiadał plastry, ściany, spód ula, a ledwie na brzask się zbierało, szedł znowu do pracy.
Godzinami całemi Hryc się im przyglądał.
Wrzosowisko lilijowe przetknęły goryczki sine, złote nieśmiertelniki, przy ulu krzak paproci się rozrósł, brzeźniak już cień dawał, tylko przed ulem chłop drzewiny przetrzebił, piasek obnażył i zasiał melissy źdźbeł kilkanaście, pszczołom na przynętę.
Leżąc opodal, piersiami do ziemi, z brodą na rękach opartą, Hryc oczy pasł widokiem swego tryumfu.
Czasem owad z melissy zdejmował i gadał:
— Aha, moja ty, moja, nie pójdziesz ni do dworu, ni do boru. Matka jest.
Tak, matka była: Rodzicielka, skrzydeł pozbawiona, ociężała rodzeniem, wielmożna, niestrudzona w swej płodności.
Nie wychodziła nigdy na świat Boży, nie rządziła nawet, królowała tylko wśród narodu co ją czcił, królowała rodzicielstwem — na pozór marna, szara, bezkształtna!
Naród przez jej cześć był mocny, ona przez swe dzieci potężną.