Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



— Bacz, tam na górze osika stoi. Kiwa się ona tu i tam, liśćmi przebiera, jak żyd, co groszaki rachuje; czasami piszczy, jak niesmarowane koło... ot, jak zwyczajnie wszelka osika. Aha! ale! myślicie, że to drzewo żywe, takie rosnące, na co pokazuję! Nie... to młyn Archipa!...
— A... a... a! — dzieciom oczy w słup stają, serca biją, jak dzwony farne.
— Aha! Osika stoi i stoi. Żeby to drzewo było, toby dawno przepadło. A ono, do końca świata ten młyn mleć będzie!
A bacz... pod osiką... bywa, że zając biega. To Archip ony do wiatru swój młyn nakręca, śmigi wypierzą, nastawia dyszel. Ot, co jest!
— Czemu tak? Czemu tak? — pytają dzieci. — Czemu to osika nie osika, zając nie zając?
— Ot, czemu! Był Archip mielnikiem u świętego Mikoły, dożył starości i szczęścia synów, a niebogaty był.
Tak to żywot na wiatraku zbył, co mełł, a mełłł, bo wiatry świętemu służyły. Przynosiły mu anioły zboże, a on za obowiązek miał zmleć je i rozdać, ktoby od świętego Mikoły znak miał.