Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z łóz nadbrzeżnych nad oczerety wstępuje biała para, zwija się i kłębi. Nieznaczne tchnienie powietrza pędzi ją naprzód; posuwa się więc między drzewa, idzie po kępach, po topieli — dochodzi do skraju błota, i staje, jakby ku czemuś wyzierała.
Tam łąki i Stubło żywe, a za Stubłem wieś gwarna. Kłąb szary ku ziemi przypada, wije się i wraca, owej granicy żywego świata nie mogąc przestąpić.
Płomyki zimne i blade z nią się łączą — i nieuchwytne, fantastyczne, i biegną, tworząc ruchome kaganki.
Przez środek jeziora leży olcha zwalona nad czarną wodą. Księżyc staje nad nią i patrzy. Kłąb pary znowu nad matrwą tonią kołuje, aż skupia się na drzewie owem i przybiera pewne kształty.
To Oksenia, topielica!
Na kłodzie odpoczywa, do piersi dziecinę tuląc. Ni na tym brzegu, ni na tamtym, ni na tym świecie, ni na tamtym, ot, gdzie ją zła dola rzuciła.
Odpoczywa i czeka. A czeka cierpliwie na krzywdzicieli swoich. Przyjdą, gdzie i ona przyszła.
Miesiącem oświetlona, króluje wśród topieli. Milczenie i cisza. Nie skarży się Oksenia, a czarna woda głosu nie ma na swą niedolę. Czasami tylko gdy wicher się przewinie, zaruszają się olchy, łozy, oczerety, pochyli się do toni postać z oparów — twór wyobraźni. A wtedy coś jęczy — długo, żałośnie... coś płacze i łka.