Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/122

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    zielona z dnem torfiastem, zdradliwem, i przyglądały się im młode, tegoroczne ptaszki, próbujące swych skrzydeł i siły.
    Aż pewnego dnia Ohapa nie przyszła nad zatoczkę. Nazar zdziwił się, wyczekiwał, nasłuchiwał dzień cały daremnie.
    — Szelma! — pomyślał — musieli jej z domu jadła podwieźć, to się opycha!
    Splunął i odszedł. Ścieżynę już był sobie w gąszczu przetarł ciągłą wędrówką, szczelinę taką, jaką zwierz sobie do źródła znaczy. Powrócił na nią do budy wieczorem, osowialy.
    Tej nocy jakiś strach go dusił. Sowa usiadła na olszynie i jęczała, a bąk nieswoim głosem chrapał i coś chodziło w gąszczu, coś świeciło. Chłopak kożuchem się nakrywał, ogień palił, i zębami szczękając, czekał ranka.
    Skoro świt zerwał się i pobiegł do zatoczki. Czekał godzinę, dwie, zaczął wołać:
    — Ohapa! Ohapa! Bywaj!
    — Bywaj! — odpowiedziało echo po wodzie.
    Zresztą nikt nie odhukiwał, nikt nie przychodził, tylko, strwożony krzykiem zapewne, zerwał się od brzegu wysepki dziewczyny ptak wielki i zakołowawszy, opadł z Nazara strony w gąszcz oczeretów i łozy, kędy topiel i trzęsawisko było.
    Ptak ten oderwał myśl chłopca od Ohapy. Był to bąk samotnik, którego on dotąd nigdy z blizka