Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ocknął się w tej niepewności, dźwignął się z ławy, przeciągnął otrząsł i rozbudził zupełnie.
Wyjrzał przez szybę na świat: czarno i wicher wyje, w chacie też ogień zagasł.
— Miesiąc nie zejdzie. Trzeba iść! — zdecydował, opasując się i nakładając torbę.
Potem przypomniał sobie żonę i po omacku trafił do jej posłania przy piecu.
— Marynka, ho! Marynka! Ostań się zdrowa.
Kobieta obudziła się i spytała żałośnie:
— Idziesz, sokoliku?
— Idę. W piątek wrócę. Niezdrowa ty mocno?
— Oj, mocno! Daj ci Boże szczęśliwie wrócić.
— Ta wrócę, nie płacz, albo mi to pierwszy raz. Matka do ciebie przyjdzie rano. Prosiłem. — Pogładził ją po głowie, po omacku znalazł drzwi i wyszedł.
Wicher uderzył go całą siłą w piersi, naokół była jednolita ciemność ziemi i nieba. Chłop chwilę się oryentował, potem głowę wtulił w ramiona i poszedł drogą pieszczystą ku bagnom.
To, co człowiek wydelikacony wychowaniem i życiem miałby sobie za czyn bohaterski. Czujko uważał za rzecz powszednią i dlatego nic sobie nie robił z chłodu i dalekiej drogi. Nie myślał też o niebezpieczeństwie, ale puścił wodze marzeniom o przyszłości. Do wiosny codzienny zarobek i proceder posłańca zapewni mu chleb i kaszę, przez lato zarobić musi na konia, żona gęsi nahoduje