Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Umilkła, i tylko głuchy płacz się rozlegał, coraz to spokojniejszy.
Leżały bo na tej głowie — ręce, co umiały tylko pieścić i błogosławić...
Zcicha odszedłem.
Nad ranem duży wicher się zerwał, i deszcz spadł. Gdym potem ruszył na kurhan, by dopilnować zupełnego zrównania rozkopu — ujrzałem jodłę zwaloną.
Leżała na mogile jak postać rozkrzyżowana, piersią do ziemi, gałęźmi obejmując cały kurhan.
Z igieł sączył się deszcz — jak łzy.