Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Z głuszy.djvu/166

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Późną nocą wyszedłem na przechadzkę do sadu.
    Dom był już ciemny i głuchy — tylko w oknie prababki świeciło się nieco przez grube firanki. Okno trochę było niedomknięte, a gdym je mijał, zastanowił mnie głos jakiś, który jakby odmawiał pacierze.
    Przeszedłem i znowu wróciłem. Teraz rozpoznałem głos staruszki mówiący z cicha i powoli — jak się to do snu dzieciom mówi:
    — Moja sierotko! Nie trać mocy. Pan Jezus blizko każdej pracy uczciwej. Bacz, ja przebyłam klęski i choroby — dlatego nie boję się ni ludzkiego sądu, ni śmierci! Jaż byłam łodygą, a wy ziarna moje. Rodziłam was i osłaniałem, taż rola mnie utrzymała, gdzie was posiałam, byście kwitły i owocowały. A tyś ze złamanego przed porą źdźbła powstał, jam ciebie najmocniej kochała!...
    Tu w mowę jej wpadło głębokie, głuche łkanie. Głos jej stał się jeszcze cichszym. Może to jej usta dotykały głowy, co leżała na jej kolanach.
    — Doradzę ci jak umiem, pomogę ile mogę — utulę.
    A ty mi za to zostaniesz — niedołęstwa dopilnować, oczy zamknąć, do mogiły zanieść. Jakżebym ja umarła spokojna, żebym ciebie nie miała przy sobie, kiedy was wszystkich ostatni raz pożegnam.
    — Nie zginiesz — nie — ziarno ty dobre jesteś, sieroto moja!